poniedziałek, 2 lipca 2018

Polski metal mógł kiedyś pozamiatać Europę - z liderem Ceti - Grzegorzem Kupczykiem rozmawiają Tomek Piątkowski i Sławek Orwat

Poniższy artykuł ukazał się oryginalnie na blogu Muzyczna Podróż


Fot. Anna Piątkowska


Grzegorz Kupczyk - legenda polskiego heavy metalu, najsłynniejszy wokal w polskim ciężkim rocku. Legenda Turbo, Ceti, Non Iron i wielu innych rockowych bandów, oraz występów gościnnych (Esqarial - „Klassika”, PanzerX). Współpracował z Czesławem Niemenem na płycie Czarna Róża (Bieg Straceńców, Ściana Płaczu). Z liderem Ceti spotkaliśmy się tuż przed koncertem tego zespołu w The Pioneer Club w miasteczku St. Albans - tym samym, gdzie w niedalekiej przeszłości gościły już tak znane polskie kapele metalowe jak Quo Vadis (dwukrotnie) i Pandemonium

fot. Artur Tarczewski

Dzień wcześniej podążyliśmy wraz z Tomkiem do Londynu, gdzie udało nam się "złapać muzyków Ceti pomiędzy Pałacem Buckingham, a Trafalgar Square i spędzić z nimi kilka chwil na rozmowach i spontanicznej sesji zdjęciowej. Rozmowa z Grzegorzem przebiegała w niezwykle przyjaznej atmosferze, a nasz gość nie unikał żadnych tematów i ze szczerą otwartością dzielił się z nami swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Zapraszamy do lektury.



Tomek Piątkowski: Młody Grzegorz Kupczyk i początki jego aktywności muzycznej, jak to się zaczęło? 


Grzegorz Kupczyk: Pewnie to z genami wyniosłem. Pierwszy raz na scenie stanąłem, zdaje mi się, jako sześcioletni gówniarz i śpiewałem piosenkę “Te opolskie dziołchy”.


Potem była szkoła podstawowa... stawałem z drewnianą łyżką przed lustrem i udawałem, że trzymam mikrofon. Wydzierałem się na klatce schodowej i jestem do dziś pełen podziwu dla moich sąsiadów, że mnie nie wyzywali, bo echo niosło (śmiech). Pod koniec szkoły podstawowej założyłem pierwszy zespól wokalny, a w szkole zawodowej poznałem ludzi, którzy chcieli grać. Pojawiły się pierwsze zespoły: De Luxe, Wbrew, Quant, Kredyt. Oczywiście były też poboczne projekty, były szanty, grałem bluesa i wiele innych. Z Kredytu trafiłem bezpośrednio do Turbo, a dalej to już wiecie. 



Sławek Orwat: Nazwę Ceti zaczerpnąłeś z programu poszukiwań cywilizacji pozaziemskich NASA z 1971 roku. Aż tak fascynuje cię życie pozaziemskie?


Grzegorz Kupczyk: Tak, jestem wielkim fanem tematu UFO i w ogóle science-fiction. Mam setki książek o tej tematyce, przygodowych, science-fiction jak i naukowych. Sam też próbowałem kiedyś pisać książkę o tematyce science-fiction, ale jak doszedłem do trzechsetnej strony, to gdzieś zaginęła i do dziś nie wiem, co się z nią stało. 



Właściwie to zawsze odkąd pamiętam, interesowałem się tematyką science-fiction jak i tematyką biblijną. Bardzo lubię ten temat drążyć, dociekać, zastanawiać się. Kiedy powstawał zespół, to rożne były pomysły na nazwę, ale w końcu - a co mi tam - nazwaliśmy go skrótem od Communication With Extraterestrial Inteligence. Teraz ten program nazywa się już The Search for Extraterrestrial Intelligence i przez to Search skrót brzmi już SETI, ale nasza nazwa Ceti została


Sławek: Czy tego chcesz, czy nie, zawsze będziesz już kojarzony z pewnym legendarnym utworem, który publicznie wykonałeś już pewnie tysiące razy na różne sposoby i z rożnymi składami. Czy jest to dla artysty błogosławieństwo, czy przekleństwo, że ma w swoim dorobku taki kawałek, z którym zawsze już się będzie się kojarzył niezależnie od tego, pod jakim szyldem wychodzi na scenę? 

Fot. Artur Tarczewski

Grzegorz Kupczyk: Wiesz co, przekleństwem to może nie jest, ale na pewno jest to upierdliwe. Tak się akurat złożyło, że jedna z piosenek, którą śpiewam, jest jednym z największych przebojów w historii polskiego rocka. Cóż, staram się śpiewać "Dorosłe dzieci" najlepiej jak umiem i wszystko w temacie (śmiech). 


Sławek: Czy z Wojciechem Hoffmannem i z pozostałymi muzykami Turbo łączą cię dobre, przyjacielskie relacje? 


Grzegorz Kupczyk: Tak, relacje mamy dobre. 


Sławek: Jak oceniasz drogę, którą Turbo poszło bez ciebie? 


Grzegorz Kupczyk: Hmm... trudne pytanie. Na pewno wystartowali dobrze, ale to, co teraz tam się dzieje i to nie tylko ja tak uważam, jest trochę takim rozmienianiem się na drobne. 
Niestety, to nie jest już ta klasa, która była kiedyś. Ja nie chciałbym wypowiadać się w zasadzie w tym temacie, ponieważ jakby nie wypada mi i cokolwiek powiem złego, czy średniego, będzie odczytywane, że jestem złośliwy. Mówić znów, że wszystko jest dobrze i pięknie, byłoby niezgodne z moim sumieniem, więc lepiej będzie jak damy sobie po prostu spokój. Generalnie uważam, że niepotrzebnie zespól Turbo robi pewne rzeczy, lecz nie jest to moja sprawa. Ja mam swój zespół i to jest mi bliższe. 


Fot. Anna Piątkowska


Tomek: Będziesz w tych dniach koncertował w kraju, w którym pod koniec lat 70-tych pojawiło się zjawisko nazwane New Wave of British Heavy Metal. Z tej fali wywodzą się m.in. Judas Priest, Iron Maiden, Saxon, Motorhead. Czy zaobserwowałeś podobne zjawisko w w Polsce? 




Grzegorz Kupczyk: Wiesz, w Polsce jest bardzo dużo dobrych zespołów i zawsze to powtarzam, że gdyby władze na to pozwoliły i zaopiekowały się wtedy tą młodzieżą, to polski rock, polski metal mógłby bez problemu pozamiatać Europę. Takie jest moje zdanie i ci sami ludzie, którzy kiedyś się ze mnie śmiali, teraz sami zaczynają pewne rzeczy zauważać. 


Sławek: Jest bardzo dużo niewykorzystanych szans na zrobienie zagranicznej kariery takich zespołów jak Quo Vadis, Pandemonium i kilku innych równie świetnych kapel. Światowy poziom popularności tak naprawdę osiągnęły jedynie Vader i Behemoth, ale to są dość skrajne nurty heavy metalu. A co z klasycznym metalem i popularnym w latach 80-tych hard rockiem?


Fot. Artur Tarczewski


Grzegorz Kupczyk:
W tej chwili jeżeli chodzi o typową czystą muzykę hardrockową i heavy metalową to tak naprawdę zostaliśmy tylko my - Ceti. 


Sławek: Jest jeszcze Nocny Kochanek, ale oni traktują metal prześmiewczo. 


Grzegorz Kupczyk: Cokolwiek to jest, trudno to gdziekolwiek zakwalifikować. Mają swoje 5 minut, znaleźli na siebie sposób, korzystają z tego i za chwilę pewnie zaraz to się skończy. Tak samo było z Kabanosem i z innymi podobnymi kapelami. W takim małym kraju jak Polska taka pompa nie może trwać długo. 


Sławek: Z metalem jest obecnie tak, że albo się śpiewa się "z jajem" po polsku, jak robi Nocny Kochanek, albo śpiewa się go po angielsku. Czy niemożliwe jest zrobienie dziś czegokolwiek w metalu śpiewając po polsku na poważnie? 


Fot. Artur Tarczewski


Grzegorz Kupczyk: Ależ oczywiście! Przygotowujemy teraz nowy materiał i na poważnie zaczęliśmy zastanawiać się, w jakiej wersji ta płyta powinna zostać nagrana - polskiej, czy angielskiej i nawet nasi kontrahenci poprosili, żeby zrobić ją raczej po angielsku. Sprzedaż płyt w Polsce jest taka, a nie inna, a przez miesiąc, czy dwa sprzedamy tych płyt za granicą więcej, niż przez rok w Polsce.


Tomek: W roku 1989 powstał zespół Ceti, ale ten moment wiążę się także z obsadą wokalisty w Non Iron. Jak się tam znalazłeś? A przy okazji warto może przypomnieć postać zapomnianego już dziś nieco Leszka Szpigla, który zdecydował się wtedy na wyjazd do Niemiec. 

Fot. Anna Piątkowska


Grzegorz Kupczyk: To był specyficzny rocznik. Takie nazwiska jak nasza Marysia [Maria "Marihuana" Wietrzykowska - przyp. red.], ja, Magda Durecka, Leszek Szpigiel, Maciej Matuszak z Wilczego Pająka, Tomek Goehs, Paweł Stasiak z Papa Dance i jeszcze kilku innych... myśmy wszyscy kończyli Szkołę Muzyczną w tym samym roku, tyle że my (Marysia i ja) wydział wokalny, a oni piosenkarski. Nauka na wydziale wokalnym trwała cztery lata, a na piosenkarskim dwa lata, a że my z Marysią przyszliśmy trochę wcześniej, więc wszyscy kończyliśmy tę szkołę razem. Nie wiem dlaczego Leszek wyjechał wtedy do Niemiec, ale poproszono mnie żebym nagrał i dokończył pierwszą płytę Non Iron Inni Niepotrzebni. Pomyślałem... czemu nie, ale wyszło tak, jak wyszło. Myśmy z Jasiem Musielakiem się przyjaźnili, no i na kogo padło, na tego bęc, a że padło na mnie, to zrobiliśmy dwie fajne płyty, a potem to ja już miałem Ceti i nie miałem żadnego interesu w tym, żeby zostać w Non Iron. 


Tomek: Zaśpiewałeś na dwóch płytach? 


Grzegorz Kupczyk: Na dwóch 


Tomek: Na Inni niepotrzebni śpiewa Leszek Szpigiel. 


Grzegorz Kupczyk: Ale jedną piosenką ze mną 

Fot. Sławek Orwat

Sławek:
Za oficjalną datę powstania Ceti uważa się 12 października 1989. Co kierowało 31-letnim dojrzałym mężczyzną, aby zaczynać coś nowego? Niespełnienie w Turbo? 

Grzegorz Kupczyk: Tak, niespełnienie w Turbo. Myśmy zaczęli grać taką muzykę, którą nie to, że nie rozumiałem. Ja jej nie akceptowałem w moim wykonaniu. Ja byłem zawsze raczej wokalistą klasycznym, czyli Led Zeppelin, Deep Purple i te sprawy i ja po prostu takie rzeczy chciałem śpiewać, a tam zaczęły aię jakieś trashowe i techno metalowe jazdy, a to dla mnie zupełnie odpadało. 
To miało być pierwotnie jako odskocznia, miałem nagrać, pośpiewać i to miało się skończyć, a okazało się, że zespół po dwóch, trzech nagraniach ma dwa wielkie przeboje no i poszło. 



Sławek: Na debiutanckim krążku Czarna róża wydanym w 1989 roku gościnnie wystąpił Czesław Niemen. Jak udało ci się namówić kogoś takiego do współpracy z zespołem, który stawiał dopiero pierwsze kroki? 


Fot. Tomasz Piątkowski


Grzegorz Kupczyk: To jest duża zasługa takich panów jak Krzysztof Wodniczak i Ryszard Gloger - ówczesny szef redakcji muzycznej Radia Merkury. Oni z Czesławem dość blisko się znali i to oni nas ze sobą skumali, dogadali i byli moimi mentorami w tym temacie. Pamiętam, że przekazaliśmy mu kasetę z nagraniami. Przyszedł w dniu, w którym zaczynaliśmy zgrania... świetny człowiek! 


Tomek: Na okładce płyty Demony czasu nazwa zespołu jest ledwie widoczna. Album praktycznie wygląda tak, jakby był firmowany tylko twoim imieniem i nazwiskiem. Dlaczego zdecydowałeś się na taki zabieg? 




Grzegorz Kupczyk: Tomasz Dziubiński nie chciał nazwy Ceti, a ja pomyślałem sobie, że się wycwanię. No dobra... wydamy to jako Grzegorz Kupczyk, a że skład był ten sam, grafikowi, który to robił, kazałem ukryć nazwę. A najlepsze jest to, że Dziubiński zauważył to dopiero po dwóch latach od ukazania się płyty! (śmiech). 


Fot. Artur Tarczewski

Sławek: Jak myślisz, czy ludzie bardziej dziś rozpoznają słowo Kupczyk, czy Ceti? 


Grzegorz Kupczyk: Kupczyk. 




Sławek: Wiadomo, że czasu już się nie odwróci, ale czy gdyby ten zespół od początku nazywał się Kupczyk, mógłby osiągnąć większą popularność? Myślałeś o tym? 


Grzegorz Kupczyk: Pewnie że myślałem. 


Sławek: Muszę ci powiedzieć, że kiedy namawiałem moje tutejsze środowisko do przyjścia na wasz koncert, to pomimo, że zespól istnieje już blisko 30 lat, większość ludzi wiedziała, kim jest Grzegorz Kupczyk, ale mało kto kojarzył nazwę Ceti


Grzegorz Kupczyk: Powiem ci, że spotkałem się ostatnio z czymś dramatycznym. Ludzie często nie wiedzą, co to jest TSA czy Perfect. 




Sławek: Wierzę. Jakiś czas temu byłem na grillu i leciały sobie w tle różne piosenki, w tym oryginalne wykonanie „Dni których, nie znamy”. W pewnym momencie jakiś nastolatek woła: "znam to! Bednarek!"


Grzegorz Kupczyk: Bo u nas w mediach nie edukuje się, nie wyjaśnia się, co z czego się wzięło i nie tłumaczy się młodym ludziom genezy ważnych piosenek. 


Tomek: W jednym z wywiadów powiedziałeś: „...moim autorytetem jest Dekalog...”. Mógłbyś to rozwinąć? 




Grzegorz Kupczyk: Uważam, że przykazania nam podane są bardzo mądre i tak naprawdę wcale nie są trudne do przestrzegania, tylko należy zastanowić się, kto tutaj się bardziej pomylił, czy Ten, który te przykazania dał, czy ci, którzy je wzięli, bo czasem mam wrażenie, że obie strony nie dorosły do tego. 


Fot. Anna Piątkowska


Sławek: Mam także swój pogląd na ten temat, gdyż przez około 5 lat przy pomocy teologów próbowałem poznawać prawdy zawarte w Biblii...


Grzegorz Kupczyk: Ja też, bo Kawalerię... pisałem w oparciu o Biblię. 




Sławek: Od lat staram się na przykład zrozumieć skąd wziął się Romantyzm w sztuce i to jego nieustanne nawiązywanie do demonów i zjawisk nadprzyrodzonych. Nie będę odkrywczy, jeśli powiem, że opisany przez Miltona w "Raju utraconym" bunt aniołów był zapewne idealnym wzorcem dla buntu młodych twórców Romantyzmu wobec prawd naukowych, czyli tego wszystkiego, co można dotknąć i zbadać empirycznie. Bóg człowiekowi dał wolną wolę, a istoty wyższe, które stały tuż przy Nim tego daru nie otrzymały i część z nich zwróciła się przeciw Stwórcy. 


Fot. Artur Tarczewski


Grzegorz Kupczyk: Mówisz bardzo fajną rzecz. U nas Marysia jest bardzo wierząca i kiedyś rozmawiając z nią powiedziałem, że Bóg wcale nie jest doskonały, bo gdyby był, nie pozwoliłby ludziom na wojny i wtedy Marysia powiedziała, że Bóg dał nam wolną wolę, przez co dla mnie tym bardziej nie jest kompetentny, bo skoro z tego tytułu są wojny i wszelkie zło, to jako Istota doskonała, powinien wiedzieć, że temu gatunkowi nie można dać wolnej woli i wszystko w temacie. 




Tomek: Który z wokalistów polskich i zagranicznych najbardziej wpłynął na twoją karierę? 


Grzegorz Kupczyk: Z polskich to stanowczo Niemen, Wojciech Gąssowski w zespole Test. Ja słuchałem przedziwnych wokalistów. Potrafiłem słuchać zespołu Babsztyl, Aleksandra Nowackiego z Homo Homini i prawdopodobnie ta moja wszechstronność, o której tak często się mówi, wynika z tego, że słuchałem przeróżnej muzyki, słuchałem piosenki aktorskiej, Ireny Santor, Skaldów i wielu innych i dlatego ja to wszystko do teraz w sobie mam. 


Fot. Artur Tarczewski


Tomek: A zagraniczni? 


Grzegorz Kupczyk: Od zarania dziejów zawsze wpływali na mnie Ian Gillan, David Coverdale i może trochę mniej Ozzy Osbourne, ale oczywiście też bardzo go lubię. 


Tomek: Dave Coverdale chyba jednak najbardziej na ciebie wpłynął, bo kiedy go słucham, to mam wrażenie, że wasze wokale bardzo mocno są do siebie podobne. 




Grzegorz Kupczyk: Pewnie, że tak! (śmiech). Miałem fioła na puncie naśladowania jego techniki i prowadzenia frazy wokalnej. Uwielbiam i śmiertelnie zakochany jestem też w Led Zeppelin i w Plancie i to jest mój silny numer jeden. Był u mnie jednak taki moment, kiedy Marysia powiedziała: przestań udawać kogoś, kim nie jesteś, śpiewaj swoim wokalem i będzie dobrze. Wziąłem to sobie do serca i taki był koniec moich eksperymentów i to było najlepsze, co mogłem zrobić. 


Fot. Artur Tarczewski


Sławek:
"Na progu serca" był waszym pierwszym wielkim przebojem, który przez wiele tygodni okupował czołowe miejsca radiowych list przebojów. Grzegorz Kupczyk (śpiew, gitara basowa), Marihuana (instrumenty klawiszowe), Andrzej Łysów (gitara). Jak dziś wspominasz tamten czas? Czy coś zmieniłbyś patrząc z dzisiejszej perspektywy? 




Grzegorz Kupczyk: Zawsze wychodzę z założenia, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Zawsze jest tak, że jeżeli coś się dzieje, to dzieje się po to, żeby wydarzyło się coś następnego. Z tego, co pamiętam i co wspominam, to niewiele w swoim życiu bym zmienił, bo skoro coś się wydarzyło, to widocznie tak miało być. "Na progu serca" nagrywałem na gitarze basowej. Potem była zabawa z komputerem, bo nie mieliśmy jeszcze wtedy perkusisty i ten kawałek był - tak jak powiedziałeś - tworzony w trzy osoby, czyli ja, Andrzej i Marysia i dopiero potem ten skład był rozbudowywany. Jedliśmy i spaliśmy w studiu Izabelin, bo nie było wtedy dla nas hotelu (śmiech). 


Fot. Anna Piątkowska


Tomek:
Pozwól, że wrócę na chwilę do czasów Turbo. Wytłumacz mi, w jaki sposób album Dorosłe dzieci uniknął w latach 80-tych cenzury? 


Grzegorz Kupczyk: On był cenzurowany, tylko tak jakoś wyszło, że przeoczyli parę rzeczy. Pamiętam, że cenzura przyczepiła się na poważnie dopiero wtedy, kiedy „Dorosłe dzieci” schodziły już z list przebojów, a poza tym, to nie przypominam sobie, żeby - poza kilkoma drobiazgami - Turbo miało kiedykolwiek jakiś poważniejszy problem z cenzurą. Jakoś nas to ominęło, albo ja o tym po prostu nie wiem. Być może załatwiał to menadżer. 




Pamiętam tylko, że był problem z utworem „Sztuczne oddychanie” w momencie: „...budzą mnie poranne lęki, budzi mnie poranny wzwód...”, który był wyciszany. Potem ten kawałek był nagrany przez Ceti i też był wyciszany dokładnie w tym samym momencie (śmiech). 


Fot. Artur Tarczewski


Sławek: Na krążku Lamiastrata wykorzystane są motywy baśniowe. Podobne odniesienia znamy z albumów grupy Collage. Ballady Kata też pełne są demonów i nawiązań do świata niematerialnego. Jak myślisz, dlaczego ta tematyka jest tak lubiana przez ostro grających dojrzałych mężczyzn? 




Grzegorz Kupczyk: Ta tematyka otwiera horyzonty. Wszystko można wymyślić, o wszystkim napisać, a mężczyźni - jak dobrze wiesz - do końca życia są dorosłymi dziećmi. Ciągle musimy mieć pod ręką jakieś zabawki, kolejki, śrubokręty, samochody i zawsze lubimy się czymś bawić, z czegoś pośmiać, o czymś pomarzyć i tak powstała Lamiastrata. 


Fot. Artur Tarczewski


Sławek: W
jednym z wywiadów powiedziałeś, że Lamiastrata jest najważniejszym albumem w dorobku zespołu, bo od niego tak naprawdę ludzie zaczęli słuchać Ceti. Pod koniec roku 2000 ukazał się natomiast krążek Demony czasu uznany za najlepszy w waszym dorobku przez wielu krytyków, co potwierdza też ilość sprzedanych egzemplarzy. Który z tych dwóch albumów jest w twojej opinii tym najważniejszym? A może jest jeszcze inny? 




Grzegorz Kupczyk: To zależy jak do tego podejdziemy. Na pewno ważna jest Lamiastrata, na pewno Czarna róża, bo pierwszy. Ważny też jest Shadow of the Angel, którą Kaczkowski w Trójce zapowiedział: proszę państwa to naprawdę jest polski zespół. Trzy ostatnie albumy też są ważne i dlatego trudno powiedzieć który, bo każdy coś ważnego wniósł. Ja myślę, że z punktu widzenia, który ty masz na myśli, to jednak Lamiastrata, bo on nie był jeszcze albumem komercyjnym, przez co stał się albumem kultowym i w związku z tym będziemy go wkrótce wznawiać na winylu. 


Fot. Artur Tarczewski


Tomek:
Wsłuchując się w dwa ostatnie albumy Ceti Brutus Syndrome i Snakes of Eden i The Book of Souls Iron Maiden można zadać sobie pytanie: czy Ceti jest polskim Iron Maiden, czy to Iron Maiden jest brytyjskim Ceti? 




Grzegorz Kupczyk: Wiesz co, to jest zbieg okoliczności. Naprawdę! Ja nas nie porównuję, to ludzie nas porównują. Kiedyś zadano mi pytanie: "dlaczego Kupczyk śpiewa jak Dickinson", a jak ja zamiast na nie odpowiedzieć, zadałem inne: "a może to Dickinson śpiewa jak Kupczyk?" i dodałem: stary, zastanów się, jesteśmy z tego samego rocznika, różnimy się tylko dwoma miesiącami, zaczęliśmy śpiewać mniej więcej w tym samym czasie, w podobnych zespołach. Kto wtedy myślał, że w ogóle istnieje Iron Maiden? Wtedy chłopak się wyautował (śmiech). 


Fot. Artur Tarczewski


Sławek:
Pomimo upływu lat, twój głos i kondycja na scenie są bez zarzutu, a energią, jaką prezentujesz podczas koncertu mógłbyś zarazić niejednego dwudziestolatka, który dopiero rozpoczyna swoją przygodę z muzyką. 




Grzegorz Kupczyk: To jest naturszczykowskie, ale to wymaga też dużo pracy, higieny życia, siłowni, biegania. To tylko tak ładnie z góry wygląda, a tak naprawdę to jest potwornie ciężka praca, żeby to utrzymać, ale nie będę ukrywał, że mi się to bardzo podoba, że jestem w takiej, a nie innej formie, bo był to przecież mój rodzaj inwestycji w samego siebie. Mnie zawsze śmieszy, kiedy słyszę, że Kupczyk na koncertach daje radę. Raz już nawet nie wytrzymałem i w jednym wywiadzie powiedziałem: słuchaj, do furii mnie doprowadzacie, kiedy piszecie, że daję radę, bo dawać radę to można przy przenoszeniu worków na budowie, a na scenie to ty po prostu musisz dać rade. Wchodzisz i albo jesteś dobry, albo won! 


Fot. Artur Tarczewski


Tomek:
Ostatnie albumy nagraliście w języku angielskim. Macie zamiar wrócić do języka polskiego? 


Grzegorz Kupczyk: Był taki zamiar, ale dopóki nie ruszy sprzedaż płyt w Polsce, mija się to z celem 




Sławek: Czyli generalnie jest szansa, żeby wrócicie do języka polskiego? 


Grzegorz Kupczyk: Nie potrafię tego obiecać (śmiech). 


Fot. Anna Piątkowska


Sławek:
Czyli nastawiacie się jednak na zagraniczną karierę? 


Grzegorz Kupczyk: Wiesz, fajnie się gra zagranicą, ale czy my zrobimy tam karierę? To jest łut szczęścia, to jest ruletka, ale jakbym powiedział, że o tym nie myślę, to kusiłbym los. 




Sławek: W twoim życiu muzycznym odnotowałem trzy konflikty. Pierwszy z nich pojawił się około roku 1994 podczas nagrywania albumu Rasizm, rok później w składzie Ceti pojawili się Marcin Sauter i Valdi Moder, który po sześciu miesiącach został usunięty ze skutkiem natychmiastowym. W roku 2003 na kilka miesięcy opuściłeś Turbo na skutek konfliktu z wytwórnią Metal Mind. Który z tych momentów przeżyłeś najgorzej? 


Nasza cierpliwa fotoreporterka wywiadu Anna Piątkowska z Mistrzem (fot. Sławek Orwat)


Grzegorz Kupczyk:
Trudnym przeżyciem dla mnie, na pewno było odejście Andrzeja i Macieja Przybylskiego, przez co musiałem prawie cały skład montować od nowa, ale na pewno najgorszym, co mogło się wydarzyć, było przyjęcie do zespołu Sautera i Modera. To była absolutna pomyłka, to był dramat. Okazało się, że Moder po prostu nie umiał grać na gitarze, co wydawało się wszystkim niemożliwe. Tak, on nie umiał grac na gitarze! 




Jak zaczynał grać próg wyżej, to on już nie słyszał, że gra obok, bo nauczył się grac na pamięć jakieś tam rzeczy i miał chłop po prostu pozamiatane. Znalezienie gitarzysty po tym wszystkim było dość trudne i karkołomne. Na szczęście znalazł się Przemek Burzyński i został chyba ze cztery lata. Po nim pojawił się Barti, którego zresztą odkrył dla mnie Wojtek Hoffmann i dzięki Bogu, bo to doskonały muzyk i przyjaciel. Jest z nami do dzisiaj i mam nadzieję, że tak zostanie. 

Kolekcja zdjęć z wybitnymi wokalistami z kręgu ostrych brzmień Tomkowi Piątkowskiemu powiększyła się. Po Philu Moggu  z UFO tym razem najjaśniejsza gwiazda z Polski - Grzegorz Kupczyk (fot. Sławek Orwat)


Tomek:
A wracając do twojego dawnego konfliktu z Metal Mind... nie obawiałeś się powrotu pod ich skrzydła? 


Grzegorz Kupczyk: Teraz jest zupełnie inaczej niż kiedyś. Ja jestem obecnie zachwycony współpracą z Metal Mind. Bardzo nam pomagają, wspomagają, wspierają.... zupełnie inna bajka niż dawniej. 


Fot. Artur Tarczewski


Tomek:
Twój najważniejszy koncert w całej karierz
e? 


Grzegorz Kupczyk: Wydaje mi się, że Metalmania 86, bo to było być, albo nie być w Turbo. Bardzo fajny dla mnie personalnie, był też wspólny występ z Glenem Hughes w Proximie. 





Sławek: „Usta Micka Jaggera”, powiedz coś o tym. Rzadko cię chyba o to pytają? 


Grzegorz Kupczyk: To była bardzo fajna sprawa. Oni chcieli tam wykorzystać muzykę The Rolling Stones, ale ich menadżer się na to nie zgodził, więc zwrócili się z tym do mnie, a ja zgodziłem się. Nagrałem to, zarobiłem bardzo dużo pieniędzy, a teatr dostał jeszcze nagrodę za wykonanie muzyki Stones-ów. Bardzo fajna przygoda. 


Tomek: Masz jakieś głębsze relacje z polską sceną metalową i hard rockową w Anglii? 


Grzegorz Kupczyk: Tak, cały czas, a Facebook bardzo pomaga. 


Fot. Artur Tarczewski


Sławek: Z czego wynika ban dla rocka, a dla metalu w szczególności w niemal wszystkich największych polskich stacjach radiowych? Kto tak naprawdę za tym stoi? 


Grzegorz Kupczyk: Wydaje mi się, że duży udział w tym ma jednak Kościół. 




Sławek i Tomek: Naprawdę?! 


Grzegorz Kupczyk: Tak mi się wydaje, bo nie wiem czy wiesz, ale ja byłem przepraszany przez portale internetowe o tematyce kościelnej za to, że nazwano mnie satanistą. Jako jedyny heavy metalowy wokalista zostałem oficjalnie za to przeproszony w gazetach, w necie i na starej stronie internetowej na pewno to znajdziesz. 

Fot. Artur Tarczewski


Sławek:
Czy dlatego tak cię nazwano, że w 2014 skrytykowałeś zakaz koncertu Behemotha w Poznaniu? 


Grzegorz Kupczyk: Nie. Przyczepili się do mnie za płytę Kawaleria Szatana nie znając tekstu. Wiesz, tam była zadyma straszna, bo wyraziłem tam dość odważne poglądy. 




Jestem osobą wierzącą, a to, że nie chodzę do kościoła, zresztą... kiedyś, ktoś bardzo mądrze powiedział, że nie trzeba być religijnym, żeby być wierzącym i na odwrót. Najlepiej jest nie robić jeden drugiemu krzywdy. 


Tomek: Odbiegając na moment od Ceti, możesz powiedzieć parę zdań na temat współpracy z Esqarialem i powstaniem płyty Klassika


Fot. Artur Tarczewski


Grzegorz Kupczyk:
Płyta jest jedną z najlepszych w życiu, jaką nagrałem. Zaproponował mi to Mariusz Kmiołek. Pojechałem do nich na próbę, zaśpiewałem im linie melodyczne i tak już zostały, potem weszliśmy do studia, oni część nagrali we Wrocławiu, ja nagrałem wokale w Poznaniu i w Pile i wyszło to, co wyszło. Kiedy to usłyszałem, to szczęka mi opadła. Wyszło naprawdę bardzo dobrze. 




Tomek: Wśród słuchaczy ta płyta jest oceniania jako jedna z najlepszych w historii polskiego heavy metalu. 


Grzegorz Kupczyk: Ja teraz walczę o to, żeby ją re-edytować i żeby wydać ją w dobrym nakładzie, bo to jest płyta, która zasługuje na to na pewno. 


Fot. Artur Tarczewski


Sławek:
Sporo miałeś na drodze swojego życia artystycznego podsumowań i rocznic. Pojawiali się na nich różnie goście, w tym legendy lat 80-tych. Kogo myślisz zaprosić za rok na wasze trzydziestolecie?






Grzegorz Kupczyk: W lutym zaczęliśmy dopiero poruszać ten temat i zastanawiać się. Mógłbym zrobić tak, jak robi większość zespołów, czyli pozapraszać moich byłych muzyków, ale tak naprawdę... (zastanowienie) 


Sławek: Myślałeś o tym, żeby zaśpiewać kiedyś w duecie z Romanem Kostrzewskim? 


Rozmowa z Markiem Piekarczykiem podczas koncertu TSA w Londynie (fot. Marek Jamroz)


Grzegorz Kupczyk:
Był kiedyś taki pomysł, żeby zrobić koncert trzech "tenorów". Miał być Kostrzewski, Ja i Piekarczyk, ale... dostałem Złoty Krzyż Zasługi i zaczęły tu i ówdzie padać pytania typu: dlaczego nie ja i rożne takie tam... 


Sławek: Serio takie rzeczy się dzieją?! 




Grzegorz Kupczyk: To jest ludzkie. 


Sławek: To może teraz się uda? 


Grzegorz Kupczyk: Widzisz, Marek niedawno odszedł z TSA... trudno w tej sytuacji cokolwiek przewidzieć.

***







Jesteśmy na tyle kolegami, na ile jest to możliwe". Ze zwycięzcami 44 Notowania Listy Polisz Czart Markiem Andrzejewskim, Janem Kondrakiem, Piotrem Selimem i Katarzyną Wasilewską - muzykami Lubelskiej Federacji Bardów rozmawiają Sławek Orwat i Tomasz Piątkowski

 Poniższy artykuł ukazał się pierwotnie na blogu Muzyczna Podróż

Tuż przed rozmową w londyńskim POSK (fot. Dominik Witosz)

Sławek Orwat: Przed rokiem 1999 każdy z was był już artystą w pełni ukształtowanym, posiadającym określony dorobek i doskonale znającym swoją wartość. Co w roku 1999 was połączyło, a przecież było was wówczas nieco więcej, był m.in Igor Jaszczuk, byli też inni artyści. Co takiego wydarzyło się, że nagle zechcieliście stworzyć coś, gdzie trzeba liczyć się z opinią innych osób, a nie tylko z własnym zdaniem? 



Jan Kondrak: Przez cały rok 1998 już się spotykaliśmy i graliśmy co miesiąc wspólne programy. Nazwa LFB jeszcze wówczas nie funkcjonowała, ale myśmy już jako środowisko istnieli. Pomysł był mój. Po prostu zaprosiłem wszystkich, których lubiłem, i których... (uwaga, to jest bardzo ważne) przynależność do ekipy była na podstawie "paszportu". Tym paszportem było zwycięstwo w jakimś ogólnopolskim festiwalu piosenki artystycznej, literackiej, kabaretowej. Tędy nabór szedł. Jeśli ktoś wygrywał przegląd, był przeze mnie zapraszany do współpracy w ramach tak zwanej kotłowni biesiadnej i to trwało równiutko rok.

Koncert w londyńskim POSK (fot. Dominik Witosz)

Sławek Orwat: Za rok będziecie obchodzili swoje dwudziestolecie. Czy w tym czasie stworzyła się u was jakaś gradacja? Czy zespół posiada lidera, czy też panuje u was całkowita demokracja? Sama nazwa federacja już coś wskazuje. Kto w takim razie faktycznie kieruje zespołem, bo przecież w kategoriach zespołu należy was jednak postrzegać? Powiedziałeś przed chwilą, że wszystko rozpoczęło się od twojego zaproszenia... 

Jan Kondrak: ...ale mimo mojego zaproszenia, ja nie jestem twórcą Federacji.


Piotr Selim: Ten zespół jest szczególny i wyjątkowy. Każdy z nas jest tu indywidualnością, przynosi swoje własne utwory do opracowania i ma jakiś pomysł na każdy z nich, jak ma on brzmieć i w jakiej formie, jak te chórki powymyślać. Pracujemy na zasadzie partnerstwa i działamy tak już prawie od dwudziestu lat. Tego lidera w sumie nie ma. Każdy z nas jest liderem i wychodząc podczas koncertu na swoją piosenkę, jest frontmanem. 

Sławek Orwat: Oczywiście wspólnie rozpisujecie to wszystko aranżacyjnie? 

Piotr Selim: Tak! Jeśli na przykład ja śpiewam swoją piosenkę solową, to wtedy ja jestem solistą, a koledzy śpiewają chórek. Jeśli śpiewa Janek jako solista, wtedy my zamieniamy się w chórek, natomiast bazą dla każdego wykonawcy zawsze jest instrumentarium i czuć tę potęgę, jeśli ma się te pięć czy sześć głosów koło siebie. 

Sławek Orwat: Kasiu, jak się czuje kobieta, jako rodzynek, w gronie nie tylko mężczyzn, ale i artystów wybitnych? 


Katarzyna Wasilewska (fot. Dominik Witosz)

Katarzyna Wasilewska: Wyśmienicie się czuję. Jest to zacne towarzystwo i wdzięczna jestem, że mogę pośród nich być. 

Sławek Orwat: Nigdy nie obserwowałem was wcześniej na żywo. Dotychczas widziałem tylko przed dwoma laty solowy występ Marka i dlatego dopiero dziś podczas waszej próby zrozumiałem ogromną rolę twoich skrzypiec w całokształcie waszych aranżacji. Zwłaszcza było to słychać w utworze "First We Take Manhattan", który dzięki twoim skrzypcom brzmiał jak kawałek rockowy. Koniecznie musicie kiedyś nagrać tę interpretację. 

Marek Andrzejewski: Ja bym jeszcze wrócił do twojego pytania o lidera. Sytuacja nie jest taka prosta jak na przykład w przypadku The Rolling Stones, a tam też przecież nigdy nie było prosto, bo Keith Richards i Mick Jagger cały czas rywalizują o to, który z nich jest w tym zespole ważniejszy. W naszej orkiestrze nie ma jednego wokalisty tak, jak jeden jest Mick Jagger w The Rolling Stones, więc wyobraź sobie skalę trudności.


Sławek Orwat: Z wami jest trochę tak, jak z angielską grupą Archive, gdzie jest bodajże czterech równorzędnych wokalistów i do tego jest u nich tak, że kiedy śpiewa jeden z nich, to utwór jest osadzony np. w progresji, kiedy śpiewa drugi, to jest to już trip hop, a kolejna pani wykonuje nagle kompozycję utrzymaną w klimacie Portishead! Ten zespół jest niesamowicie eklektyczny, miesza rock, psychodelię, ambient trip hop i trudno jednoznacznie tak naprawdę określić co jeszcze. 

Marek Andrzejewski: Czyli, że zmienia się stylistyka? No to u nas jest bardzo podobnie. Tu się przenikają przeróżne światy, różne wrażliwości i przeróżne... 

Piotr Selim: ...doświadczenia muzyczne. 

Jan Kondrak: Tak, demokracja u nas panuje, bo istnieje między nami demokratyczny układ federacyjny. Relacje tego typu są także wtedy, kiedy idzie o sprawy organizacyjne. Jeśli ktoś ma pomysł, gdzie mamy zagrać i na jakich warunkach, to po prostu od początku do końca ten koncert robi, pilotuje go i potem się z niego rozlicza. Często jest tak, że ktoś jeden ma pomysł na koncerty, a potem ktoś kolejny daje mu zmianę i organizuje w innym miejscu Polski szereg kolejnych koncertów i znowu reszta mu się nie wtrąca do spraw organizacyjnych, bo lepiej jest, jeśli są one w jednym ręku.

Fot. Dominik Witosz

Marek Andrzejewski:
Sytuacja jest u nas zawsze jasna: ten kto organizuje koncert, ten ponosi za niego odpowiedzialność. 

Tomasz Piątkowski: Taka sytuacja ma miejsce przeważnie w grupach rockowych, kiedy to największe indywidualności zbierają się na jeden, dwa albumy i nazywamy ich wówczas supergrupą. Wy także jesteście indywidualnościami i czy w związku z tym też można nazwać was supergrupą? 

Marek Andrzejewski: Ja byłbym za i powiem ci dlaczego. Myśmy nie zawiązali się w grupę na dwa albumy, tylko na jeden koncert, ale ponieważ to się spodobało naszej publiczności, dostaliśmy sygnały, że ludzie chcieliby nas w takiej formie, w takiej zbieraninie, takim zbiorze, więc postanowiliśmy dać sobie szansę na drugi koncert, a potem to już poszło dalej i trwa tak już dwadzieścia lat.


Tomasz Piątkowski: Supergrupy zbierają się tylko raz na jakiś czas, a później najczęściej kłócą się, rozpadają itd. Wygraliście wiele nagród indywidualnie, każdy z was ma jakieś szczególne talenty. Jak dogadujecie się ze sobą. 

Marek Andrzejewski: Z olbrzymią złośliwością się dogadujemy (śmiech). Trzeba nas obserwować. 

Jan Kondrak: Takiego określenia używał często nieżyjący już młody lubelski dziennikarz Jacek Szymczyk, który pracował w kilku lokalnych pismach i prowadził audycje w paru rozgłośniach radiowych. To on bardzo wcześnie stwierdził, że jest to model pracy supergrupy, gdy idzie o wzorzec estradowy. Gdy idzie natomiast o wzorzec teatralny, to my jesteśmy piwnicą artystyczną i niczego innego nie wymyślamy niż warszawski STS, gdański Bim Bom, wrocławski Pałacyk czy krakowski Loch Camelot.

Fot. Dominik Witosz
Marek Andrzejewski: Ale tylko jako model piosenki. 

Sławek Orwat: Czy można was porównać do Piwnicy Pod Baranami? 

Jan Kondrak: Oczywiście, że można. 

Sławek Orwat: Tylko kto w takim razie pełni u was rolę Piotra Skrzyneckiego? 

Jan Kondrak: Dosłownie nikt dlatego, że Piotr Skrzynecki był na etacie w mieście, a my wszystko robimy na zasadzie pospolitego ruszenia. Kto chce, ten robi i bardzo często jest tak, że ktoś prowadzi koncert. Na początku wymyślaliśmy sobie konferansjerów, potem ja przejąłem rolę takiego powiedzmy, Skrzyneckiego, bo wprowadziłem do naszych występów narrację. Teraz już nam się to znudziło i w związku z tym koledzy i koleżanki tez się odzywają i zaczyna być współprowadzenie. Są tez i takie koncerty, kiedy w ogóle nie ma żadnego "Skrzyneckiego" i rządzi tylko muzyka. Różnie to bywa. My mamy tak obszerny dorobek, że nie da się o nas powiedzieć, że stosujemy jakiś jeden szablon na wszystkie nasze zachowania sceniczne, ponieważ są to różne materiały muzyczne.


Kiedy np. śpiewamy Stachurę i kiedy język Stachury jest tak odrębny od języka codzienności, bo są to poematy, a nie piosenki, to tam nie da się słowa powiedzieć, żeby nie bolało. Zwykłe konferansjerskie słowo w zderzeniu ze Stachurą boli, więc tam nic się nie mówi, tylko się gra. I dlatego Lubelską Federację Bardów trudno określić jednym zdaniem, a skoro nas trudno jest określić jednym zdaniem, to znaczy, że my nie jesteśmy towarem. My jesteśmy niehandlowi. Nas właściwie nie sposób sprzedać, ponieważ nie wiadomo do końca, kim my jesteśmy. Bardzo trudno jest nas obanderolować i wystawić na sprzedaż, bo dla nas to, co robimy, jest życiodajne. I teraz wracam do pytania, dlaczego to może tak trwać. Dlatego, że każdy się tutaj realizuje, każdy ciągnie w swoją stronę ile wlezie, ile uciągnie i za każdym razem dostanie pomoc od koleżeństwa. Chcesz w lewo ciągnąć? Proszę bardzo, to teraz pójdziemy trochę w lewo. W związku z tym nie idziemy do przodu na skróty, tylko idziemy... 

Marek Andrzejewski: ...zygzakiem. 

Sławek Orwat: Czyli tak trochę jak w rugby, gdzie piłkę ciągle trzeba podawać do tyłu... 


Fot. Dominik Witosz
Jan Kondrak: Tak! Psychologicznie rzecz ujmując, to my przejęliśmy model funkcjonowania Budki Suflera, która jeszcze dłużej gra niż my i co ciekawe... Budka Suflera zaprosiła sobie na zakończenie kariery z obcych zespołów nie będących rodziną tylko nas dlatego, że my przejęliśmy ich model nie bycia kumplami na siłę. Co to znaczy w praktyce? To, że nie obchodzimy razem Świąt, nawet Wielkanocnych, które są fantastyczne, bo żałobne i nadawałyby się medialnie. Dużo się w nich dzieje. Ktoś kogoś zabija, ktoś kogoś pożera i z tego się robi nadzieję. 
Chrzciny z rzadka, bo tylko Piotrek jest ojcem chrzestnym jednego z dzieci Marka, ale to są rzeczy przygodne, które nas prywatnie łączą i nie ma w tym żadnego planu, tak jak często jest w młodych zespołach rockowych, że oni wszystko robią razem. Jedzą razem, śpią z tymi samymi dziewczynami itd. itd. Tutaj nigdy czegoś takiego nie było i nie ma. Po prostu spotykamy się w pracy i jesteśmy na tyle kolegami, na ile jest to możliwe. Jak trzeba się pokłócić, to robimy to, ale zawsze znajdujemy drogę do siebie. Więc tych kłótni jest naprawdę stosunkowo niewiele, można nawet powiedzieć, że ich nie ma i że bezkolizyjnie to wszystko przebiega.

Marek Andrzejewski: My chyba za bardzo się ze sobą różnimy, żeby się kłócić. 

Jan Kondrak: Trzeba mieć wspólne zainteresowania, żeby się pokłócić, a my ich nie mamy (śmiech). 

Sławek Orwat: Mam tę przewagę nad dwoma z was, że rozmawiałam już z trzecim. Dwa lata temu zrobiłem dość długi wywiad z Markiem Andrzejewskim i będę miał dziś kilka pytań do was przez pryzmat jego ówczesnych wypowiedzi. Oto jedna z nich: „Edward Stachura jest mistrzem Jana Kondraka, jest także - co tu ukrywać - naszym mistrzem i jest to jeden z najwybitniejszych nie tylko poetów, ale pisarzy polskich.” Czy można z tej wypowiedzi skonstatować, że bez Stachury nie byłoby Lubelskiej Federacji Bardów? Czy jest to aż tak silna inspiracja? 

Marek Andrzejewski: Aż tak to nie, bo tam należałoby jeszcze powiedzieć, że naszym mistrzem jest również Leonard Cohen, jest Dylan, jest Okudżawa, a nie tylko sam Stachura.

Edward Stachura
Katarzyna Wasilewska: Karol Wojtyła... 

Piotr Selim: ...Wysocki... 

Marek Andrzejewski: ...a moglibyśmy sobie poprzypominać jeszcze paru kolegów.


Jan Kondrak: Ja na przykład bardzo lubię twórczość satyryczną Grześkowiaka. Koledzy za daleko w tym kierunku nie idą, ale Marka Andrzejewskiego dałoby się namówić na pisanie w stylu Grześkowiaka i on się wyrobiłby się w stu procentach w tej stylistyce. Ja od samego początku piszę zgryźliwe, bo Grześkowiak charakteryzował się zgryźliwym poczuciem humoru. Grześkowiak umarł i ja to śmiało kontynuuję. Wychodzi mi to. Niewykluczone, że jestem z Polski. Tak więc my patronów mamy dużo i to bardzo różnorodnych, ale ja za żadnego z nich nie dam się zabić.


Sławek Orwat: Przejdźmy do czasów, kiedy byleś Freddie Mercurym. 

Jan Kondrak: Tak, wiem. 

Sławek Orwat: Ten epizod mnie bardzo interesuje (śmiech pozostałych) i a propos zgryźliwości, to nie jest to broń Boże moja zgryźliwość zamierzona, bo Freddie chyba jednak kojarzy się wszystkim dobrze. Co to był za czas? 

Piotr "Miki" Mikołajczyk i Jan Kondrak - Zakon Muzyczno Literacki
Jan Kondrak: Ja lata młodzieńcze spędziłem z gitarą i spędziłem je w takich mediach jak Wolna Europa. Tam zaczynałem publikować swoje utwory. W związku z tym nie miałem wejścia na oficjalną polską estradę. Musiałem krążyć gdzieś tam po obrzeżach i w drugim obiegu, w szarej strefie funkcjonować i kiedy wyszedłem z niej w latach dziewięćdziesiątych, kiedy Polska odzyskała suwerenność, postanowiłem założyć Zakon Muzyczno Literacki. Chciałem prowadzić artystyczny model życia, który niejako nastąpił, ale trochę później. Chciałem móc się zamykać na całe miesiące i pracować studyjnie i bardzo rzetelnie. Szukałem ludzi do współpracy i nie znalazłem ich. Na moment, na parę lat udało mi się współpracować z Piotrem "Miki" Mikołajczakiem, który zamieszkał po prostu u mnie w domu i to był taki zakon. Dwóch zakonników, którzy zajmowali się głównie piciem koniaku. 

Sławek Orwat: W regułę takiego zakonu to ja bym się mógł wpisać. 

Jan Kondrak: Naprawdę tak było. Cohen też zamykał się w klasztorze i na koniec przyznał, że głównie nauczył się tam pić koniak. O sobie też mogę to powiedzieć, tylko, że myśmy mistrza nie mieli, tylko ścigaliśmy się w mistrzostwie, kto więcej wypije. Ja na przykład zakąszałem, a Mikołajczak nie. W związku z tym była to tak silna różnica, że musieliśmy się rozstać (śmiech wszystkich). 
On został w rezultacie filmowcem, a ja zostałem w tym, co robię do dziś. To był Zakon Muzyczno Literacki, który przez wiele lat zrealizował wiele projektów, a że ja byłem wówczas absolutnie zafascynowany Freddie Mercurym, starałem się osiągnąć coś w wokalistyce idąc jego tropem, czyli pokazywać bardzo dużo skomplikowanych technik wokalnych, mniej koncentrując się na pracy kompozytora, czyli w ogóle się nie koncentrując i trochę koncentrując się na pracy autora tekstów, ale nieco innych, niż wcześniej.

Pisząc dla siebie jako wokalisty zacząłem bowiem pisać z rozrzedzonym sensem i bardziej dźwięcznie. Czyniłem tak po to, żeby można było moje walory wokalu uzewnętrznić, bo kiedy pisze się gęsto, bezkompromisowo, to polszczyzna zaczyna szeleścić, zgrzytać i zaczyna przeszkadzać w śpiewaniu i wtedy wokaliści polscy przechodzą szybko na angielski i z punktu widzenia Warszawy i Pałacu Kultury stają się w rezultacie nie wiadomo kim, ale mimo wszystko osiągają pewne efekty. Ja nie chciałem rezygnować z polszczyzny, ale zmieniłem się jako pisarz i zacząłem pisać teksty krótkie, bardziej okrągłe, bardziej otwarte na „o” i „e”, bo te dźwięki mi wychodziły lepiej i dlatego zrobiliśmy wtedy naprawdę sporo materiału, głównie telewizyjnego.


Wyszła jedna płyta, która płytą się nawet nie okazała, bo w międzyczasie wydawnictwo wydało kasetę i zbankrutowało. Zbankrutowało głównie przez nas. Nazywało się Pol Mar i dziesięć tysięcy tej kasety poszło w świat. Był to ważny epizod w moim życiu. Pomyślałam wtedy, że się już nic więcej w moim życiu nie stanie, więc napisałem "Piosenkę w samą porę" i chciałem popełnić samobójstwo (śmiech), ale że nie umiałem tego zrobić, to założyłem Lubelską Federację Bardów. 

Marek Andrzejewski: Zaraz, założyliśmy ją wspólnie (śmiech) 

Jan Kondrak: Nie. 

Marek Andrzejewski: Tak, chwileczkę... 

Jan Kondrak: Nie, nie założyłem Lubelskiej Federacji Bardów, tylko zacząłem kopać działkę na której ona urosła, czyli zacząłem się udzielać społecznie i rozglądać się za możliwością organizowania. 


Sławek Orwat: Piotrze, ty też byłeś w tej grupie założycielskiej. 

Piotr Selim: Byłem od początku. 

Jan Kondrak: Lubelska Federacja Bardów powstała w 1999 roku, a od 1998 roku na moje zaproszenie, chciałem przypomnieć, występowaliście. 

Marek Andrzejewski: To były słabe koncerty (śmiech). One były beznadziejne. 

Jan Kondrak: One charakteryzowały się tym, że telewizja i radio siedziały na wszystkich tych koncertach i robiły z nich skróty. To się bardzo podobało mediom, czyli my jesteśmy również dziećmi mediów, ponieważ takiej formuły artystycznego spotykania się nikt wcześniej nie miał.



Sławek Orwat: Kiedy dwa lata temu robiłem wywiad z Markiem Andrzejewskim, nadałem naszej rozmowie tytuł „Ekologiczny Bard z Lublina”. Marek powiedział wówczas takie słowa: „my najczęściej używamy instrumentów akustycznych, przez co jesteśmy ekologiczni. Ekologiczni w myśleniu oraz ekologiczni w sposobie pisania piosenek i ich wykonywania. Jest w tym coś czystego przynajmniej w zamyśle i nie chcemy, aby nasza muzyka była zafarbowana, zamotana fotoshopem, wyretuszowana". 

Marek Andrzejewski: Należałoby zapytać kolegów, czy oni się podpisują pod taką definicją? Ja mówiłem wówczas o swojej płycie autorskiej Akustycznie, którą nagraliśmy z Kasią, natomiast teraz rozmawiamy o Lubelskiej Federacji Bardów. 
Piotr Selim: Masz rację, bo do tej pory było tak, że wszystkie nasze płyty były nagrywane live, czyli były koncertowe. 

Jan Kondrak: Kiedy mamy do wyboru klawisz czy fortepian, wybieramy fortepian i za każdym razem tak będzie.


Marek Andrzejewski: Żywy instrument. 

Katarzyna Wasilewska: Skrzypce akustyczne też. Dzisiaj wyjątkowo grałam na elektrycznych, bo nie dało się innych przewieść przez granicę. 

Jan Kondrak: U nas jest ogromna dominacja głosów ludzkich. Zobacz, że my od samego początku ich używamy, a na początku to nawet jeszcze więcej ich używaliśmy, bo wtedy było sześciu śpiewających mężczyzn i jedna dziewczyna i staraliśmy się układać to wszystko tak, jakby to był septet wokalny. Dopiero potem dochodziły instrumenty, sekcja rytmiczna i trochę tych głosów wycofaliśmy, ale one nadal funkcjonują, nadal są chórki, które nie są traktowane tak jak w muzyce popowej, gdzie chórek jest na trzecim planie muzycznym. U nas chórek zawsze wchodzi jako partner i często wymiennie jak u Cohena, gdzie dziewczyny wchodzą z chórkiem zamiast głównego wokalisty.



Marek Andrzejewski: W ogóle to należałoby zapytać, co chcieliśmy zrobić z Cohenem. Nie chcieliśmy śpiewać jak Cohen, nie chcieliśmy śpiewać jak Zembaty, nie chcieliśmy śpiewać jak inni dlatego, że tak nie potrafimy. Chcieliśmy zaśpiewać Cohena po peostu tak, jak my sami go przeżywamy, czyli tak, jak każdy z nas oddzielnie potrafi go w sobie wyemitować. Dlatego ani nie idziemy za Zembatym ani nie idziemy za oryginałem. 

Sławek Orwat: Utwór "Memories" w interpretacji Zembatego jest dla mnie arcydziełem. Ja za każdym razem płaczę ze śmiechu, kiedy go słucham, a zwłaszcza fragmentu, w którym Maciej Zembaty wciela się w postać nastoletniej, kanadyjskiej blondynki przeżywającej swoje pierwsze erotyczne uniesienia w szkolnej sali gimnastycznej.



Jan Kondrak: Tak... brudna, przepocona sala gimnastyczna. Otóż Maciej Zembaty miał ten rozum i to szczęście, że wiedział, o czym to wszystko jest i jak bardzo nowatorskim autorem na gruncie piosenki jest Leonard Cohen. Nowatorskim, ponieważ on przekraczał ustalone dla piosenki granice i normy estetyczne, a głównie moralne. Cohen bez przerwy rozbierał kobiety, emocjonalnie, psychicznie je rozbierał, dokonywał wiwisekcji na kobietach, a one tego nie czuły, nie wiedziały. On przekraczał granice w sposób niezauważalny, przenikał jak szpieg, jak agent 007 światowej piosenki. Zembaty jako pierwszy to zrozumiał, potrafił o tym pięknie mówić i stworzył do tego wielką narrację. Śpiewał natomiast fatalnie.


Głos miał wprawdzie niski, prze co bardzo podobny do Cohena, ale nie miał dobrego poczucia rytmu, w związku z czym odbierał tym piosenkom energię, jaka płynie z powtarzalności i ekwiwalencji czyli z rytmu. On nie czuł frazy. Koncerty Zembatego trwały zawsze cztery godziny, a Leonarda Cohena dwie i wszystko na ten temat. Maciej Zembaty - jak już wspomniałem - miał bardzo niską barwę głosu, w czym przypominał Leonarda Cohena i to były jego całe kompetencje. 
Nie umiał grac na gitarze, nie wiedział, co to jest fraza, ale głębią głosu i sposobem życia do złudzenia przypominał Leonarda Cohena, a że był pierwszy i stworzył jeszcze wokół tego narrację, również tę radiową, to się przyjął i ten jego wzorzec jest wzorcem kanonicznym. Jego tłumaczenia są niemal doskonałe, ale doskonałe nie są. Niektóre są doskonałe, a niektóre są takie sobie. Niektóre są w ogóle koszmarne i nie na temat, bo niektóre fragmenty dodawał sam od siebie, czego robić nie wolno, a on to robił. Większość polskich tłumaczy niestety dodaje od siebie autorom duże fragmenty. 

Leonard Cohen (fot. Rama)
Sławek Orwat: Jak radzicie sobie z promocją i ze "sprzedażą" swojej twórczości w komercyjnym świecie współczesnego show-biznesu? 

Jan Kondrak: My nie jesteśmy w stanie udźwignąć wszystkiego zwłaszcza, że nam dosłownie nikt w niczym nie pomaga i ani media się specjalnie za nami nie uganiają, ani urzędy. Musimy o wszystko walczyć i generalnie musimy odwoływać się do publiczności. Przecież co najmniej połowa z naszych piosenek ma cechy przeboju i to nie dlatego, że ścigamy się z Zenonem Martyniukiem, tylko dlatego, że musimy tak robić. U nas też można spotkać absolutnie tandetne zwroty melodyczne i tandetne pochody harmoniczne po to, żeby za bardzo nie odbiegać od powszechnego gustu, gdyż my będąc trubadurami czy truwerami i uprawiając dworną muzykę moglibyśmy nagle znaleźć się w muzeum i grać koncerty dwa razy w roku.

Maciej Zembaty (fot. Henryk Kotowski)
Dzięki temu, że jakiś czas temu zaczęliśmy adresować naszą muzykę do szerszego kręgu widzów, to mamy tę widownię nieco szerszą i możemy (ja i Marek) utrzymywać się z biletów. Reszta koleżeństwa nie ufa temu i poszła na etaty. Tak się sprawy mają. To tyle a propos tradycji. Myśmy opuścili tradycję dworu rycerskiego, dworu pańskiego i tradycję rycerską i pomieszaliśmy ją z tradycję dziadów wędrownych, lirników, którzy dla ludu prostego wymyślali coś, co potem stało się muzyką ludową. My bardzo mocno czerpiemy z nurtu ludowego i ludycznego. Zobacz, nasze piosenki są bardzo ludyczne. "Raz na walcu" jest przecież piosenką ludyczną, "Misie" są piosenka ludyczną, ku zabawie i my musimy to stosować.
Dlaczego? Dlatego, że jednak nie jesteśmy Piwnicą pod Baranami i u nas nikt nie jest na etacie. Skrzynecki był na etacie, był hodowany przez Kraków, a my musimy się po prostu utrzymać z rynku, czyli jak dziad wędrowny, który przyszedł do karczmy i śpiewał. I jak śpiewał odpowiednio, to mu dali jeść, a jak nieodpowiednio, to mu nie dali i zdychał pod płotem. My jesteśmy w tej samej sytuacji. Jesteśmy małą, wędrowną orkiestrą, która musi utrzymać się z rynku, z biletów i o tym też trzeba pamiętać, kiedy słucha się tych piosenek. 

Tomasz Piątkowski: Macie bardzo dobry kontakt z publicznością. Niemal cały czas uśmiechacie podczas koncertu, co powoduje bardzo dobry kontakt z publiką. 

Jan Kondrak: Nie zawsze tak było. Początki były o wiele bardziej na baczność.

Fot. Mirosław Kraszewski
Sławek Orwat: Myślę, że gdybyś tylko chciał, to mógłbyś być drugim Skrzyneckim. 

Jan Kondrak: Po co mam być drugim Skrzyneckim? Wolę być pierwszym Kondrakiem. Piotr Skrzynecki, jak go obserwowałem, charakteryzował się tym, że stosował tak zwaną lirykę apelatywną. Mówił coś takiego: „Chodźcie, chodźcie, chodźcie, chodźcie, chodźcie... Jaka piękna, jaka piękna... chodźcie, chodźcie...” i dzwoneczek: dzyń, dzyń, dzyń. I tyle mówił. Ja natomiast wiedząc, że nie stoi za mną ani piwnica ani kubatura czegoś magicznego, bo za mną nic nie stoi, ani kubatura ani urząd, nic.

Ja staram się tworzyć narrację, która w ludziach zostanie, wybuduje pewną kubaturę, pewną przestrzeń i osadzę w ludziach pewną narrację o tym, do jakiego stopnia moi koledzy są świetni i wspaniali. Zauważ, że oni tego nie robią. To ja robię, ja buduję tę architekturę. 

Sławek Orwat: Wracając do gatunkowości. Poezja... 

Jan Kondrak: Za często używacie słowa poezja. Poezja jest wtedy, kiedy najpierw to napisał poeta, a potem zostało to wydane w książce i ocenione przez polonistów, czyli przeze mnie jako rzecz wartościowa literacko, czyli oryginalna i dopiero potem zaśpiewana przez Grechutę, Niemena, Demarczyk czy kogoś innego. To jest poezja śpiewana. Na ogół nazywacie poezją śpiewaną piosenkę o nieco większych ambicjach literackich, ale to jest piosenka literacka. To nie jest poezja.



Sławek Orwat: Kiedy obserwuję indywidualne poczynania artystyczne każdego z was, to jesteście w pewnych kwestiach bardzo różni. Na przykład Marek spory procent swojej twórczości łączy z jazzem, u Piotra natomiast ze zrozumiałych względów jest dużo klasyki. Jesteście więc żywym dowodem na to, że każdy tekst literacki, głębszy... 

Marek Andrzejewski: ...wyżej zorganizowany... 

Sławek Orwat: można osadzić w bardzo różnych konstrukcjach melodycznych, w różnych aranżacjach wykorzystując do tego celu najróżniejsze zestawy instrumentalne. Jednocześnie kiedy jest taka potrzeba, potraficie wyjść na scenę jako Lubelska Federacja Bardów i zagrać wasz jakże różnoraki stylistycznie repertuar na tym samym instrumentarium. Jak wy sami postrzegacie swoją twórczość? Czy wszystkie wasze albumy solowe są integralną częścią dyskografii Lubelskiej Federacji Bardów, czy też każdy z was prowadzi swoją własną, odrębną i całkowicie indywidualną dyskografię? 


fot. Mirosław Kraszewski

Marek Andrzejewski: Jest i tak i tak dlatego, że występ na scenie, albo nawet i płyta musi być w jakiś sposób spójna, albo też jednorodna po to, żeby nie była nie wiadomo czym. Musi być czymś. W związku z tym, kiedy pracujemy w jednym zespole, to nie pozwalamy sobie na eksperymenty całkiem od czapy, bo wiemy, że to by tylko rozrywało ten cały materiał, który i tak jest wyciągnięty raz w jedną, raz w drugą, a raz w tę stronę. To jest takie cielę, które ma cztery głowy i idzie w różne strony naraz, więc, żeby rzecz się w ogóle udała, to musi nastąpić kompromis, musi nastąpić dogadanie się i pomimo, że ciągnie nas w różne strony gatunkowe, to jest w nas jednak pewna przyzwoitość, pewne poczucie formy i całości, które powoduje, że nie gramy przeciwko sobie, tylko ze sobą i które nie pozwala nam na to, żeby za bardzo sobie odjeżdżać w te nasze rejony, na które pozwalamy sobie tylko w tych momentach, kiedy działamy solowo. Tam - owszem - możemy tak zrobić, bo wtedy to jest tylko moja odpowiedzialność i tylko na mnie spadnie za to nagroda lub kara, ale jeśli ja to zrobię w zespole, to nagroda wprawdzie spadnie wtedy na wszystkich, ale jeśli jednak spadnie kara, to spadnie ona także na moich kolegów, którzy nic nie zawinili temu, że mi odpier...ło. Jasne?

fot. Mirosław Kraszewski
Piotr Selim: To jest tak, jak Marek powiedział. Na koncertach federacyjnych, jak zresztą dzisiaj słyszeliście, tych piosenek każdy z nas śpiewa kilka. W przypadku naszej czwórki mamy więc koncert składający się z kilkunastu piosenek, które rozkładają się na przykład tak: pięć - pięć - pięć - trzy czy dwie, czyli utworów w naszym indywidualnym wykonaniu nie jest tak dużo. To jest tak, że tych piosenek mamy stworzonych dużo więcej, ale w federacyjnym repertuarze dajemy tylko jakieś wybrane utwory i staramy się, aby zawsze były to utwory najlepsze, czyli takie, żeby był to bardzo dobry tekst, żeby była bardzo dobra muzyka, żeby nie zrobić sobie krzywdy i nie zrobić krzywdy kolegom, tylko po prostu nieść zespół do góry. Natomiast w indywidualnych projektach możemy ryzykować. Na przykład tak jak mówisz, na płycie W rytmie bolera mam piosenki, które inspirowane są muzyką Fryderyka Chopina, jest tam Nokturn, jest jedna piosenka inspirowana Etiudą Rewolucyjną i to jest we mnie, bo ja gram i ćwiczę klasykę od ponad trzydziestu lat. Ja od tego nie chcę uciekać, tylko ja z tego po prostu czerpię i wykorzystuję to w kompozycjach i w graniu na fortepianie. 


Sławek Orwat: Wasze piosenki nie nudzą. Piosenka literacka potrafi być czasem od strony kompozycyjnej i aranżacyjnej zwyczajnie nudna zawierając przy tym arcy ważne treści i głębokie metafory. Są tacy wykonawcy, którzy po trzeciej, czwartej piosence po prostu mnie nudzą i to nie dlatego, że śpiewają o byle czym, ale prawie każda ich piosenka jest muzycznie kopią poprzedniej. Wasza muzyka jest nie tylko świetna treściowo. Wy potraficie dodatkowo ubrać ją tak, że słuchający ani prze moment nie czeka na jej zakończenie, tylko chce, aby trwała i trwała... 

Jan Kondrak: Sławku, my jeszcze jedną rzecz robimy, o którą ja zadbałem w opisie na naszej stronie internetowej. My jesteśmy energetyczni. Co to znaczy? My śpiewamy z naddatkiem ekspresji, podczas gdy te teksty nie wymagają aż takiej ekspresji scenicznej. My je podajemy w taki sposób po to, żeby zainteresować nimi was siedzących na widowni. Zachowujemy się z pewną przesadą. Piwnice artystyczne tego nie robią. My jesteśmy gorętsi od Baranów. My śpiewamy bardziej gorąco, a czerpiemy tutaj z tego całego oszołomstwa rockowego.

Fot. Anna Piątkowska
Tomasz Piątkowski: Kiedy robiąc taką muzykę, jaką robicie, można poczuć się bardem? Kiedy wiesz, że jesteś bardem? 

Jan Kondrak: Niech każdy odpowie za siebie. Zacznę jako pierwszy. Dla mnie synonimem sztuki bardowskiej jest zajmowanie się sprawami społecznymi i publicznymi. Jest to - można by powiedzieć - „liryka obywatelska”, ale to obywatelstwo nie dotyczy tutaj obywatelstwa danego kraju, tylko obywatelstwa świata. Myślami jestem tu bardziej za Dylanem, za Cohenem, za Okudżawą, bardziej za wielkimi. Ja definiowałbym barda nie jako tego, który ma uchronić kraj przed upadkiem, tylko ludzkość przed zagładą, czyli działalność barda to jest działalność misyjna, bez przerwy podejmująca interwencje w świecie i reagująca na zagrożenia. Jest to działalność, która kiedyś, w dawnych wiekach była działalnością wieszczek i wieszczów.


W literaturze starożytnej mamy instytucję wieszcza, do którego szło się po wróżbę i wywoływało się wojnę, albo nie wskutek decyzji Pytii i wróżbitów. Czyli jest to ktoś, kto podejmuje interwencję w świecie, robi to świadomie i zależy mu na tym, żeby dawne wzory kulturowe, które konstytuują daną kulturę, stale adoptować do potrzeb współczesności, czyli być całkowicie zanurzonym w kulturze i poprzez okulary kultury patrzeć na współczesność i tej współczesności podawać dawne wzory, ale tak zmodyfikowane, żeby ta współczesna, bieżąca kultura mogła z nich korzystać. Czyli jest to nieustanne sprawdzanie aktualności mitów kulturowych, wzorów kulturowych i w razie sprawdzenia ich nieprzydatności, nieaktualności, aktualizowanie ich, modyfikowanie ich. 

Piotr Selim: Ja zorientowałem się, że mogę być bardem, kiedy wygrałem Ogólnopolski Festiwal Bardów we Włocławku. Było to jeszcze przed powstaniem LFB. Okazało się, że skomponowanie i wykonanie utworu jest wystarczające, aby spełnić przesłanki regulaminowe. Nic to jednak nie zmieniło w moim światopoglądzie, czyli - tworzyłem piosenki w sposób, który odpowiadał mnie, a nie definicji. Tak też postępuję dalej.


Myślę, że część moich z Hanią piosenek można ująć jako “piosenki bardowskie”, lecz sądzę, że znaczna część naszego repertuaru to po prostu piosenka literacka. Bardem chyba też nie do końca się czuję, bo do rewolucji (każdej) w moim wykonaniu droga jest daleka i zawsze wiedzie przez negocjacje, ale Hania... o tak - ona zawsze jest gotowa wskoczyć na barykadę i dlatego bardziej chyba to ona jest bardem, a nie ja.

Fot. Dominik Witosz
Marek Andrzejewski: 19 lat temu wydawało mi się, że do etykiet i szufladkowania ludzie podejdą racjonalnie, bez przesady, będą mieć swoje zdanie. Myliłem się. Łata, to łata. Teraz widzę, że przyjęcie łaty bard było moim błędem (mówię za siebie). W opinii ogólnej bard nie kojarzy się z muzykiem ani trochę, a jest raczej zarozumiałym, pouczającym, naburmuszonym dziadem, bez dystansu do samego siebie. Barda widzą ludzie (w tym niestety dziennikarze) jako obiekt muzealny, relikt przeszłości, wapno i atawizm. Takiej opinii nie udało nam się zmienić... 




Autorzy dziękują Annie Piątkowskiej i Magdzie Karasek za nieocenioną pomoc w redakcji powyższej rozmowy oraz czynną i duchową obecność podczas tego blisko dwugodzinnego spotkania.

***

Tomasz Piątkowski: Urodziłem się w 1982 roku i należę do pokolenia zmian systemowych w Polsce. Pochodzę z miasteczka Jelcz Laskowice, w którym powstawały słynne ciężarówki. Do mojego zainteresowania muzyką przyczynił się szkolny radiowęzeł, z którego po raz pierwszy usłyszałem kawałek zespołu Metallica pod tytułem “One”, od którego zaczęła się moja fascynacja muzyką. Od tamtego momentu, zupełnie zelektryzowany magią gitary Kirka Hammeta. Poświęcałem niemal każdą wolną chwilę na zgłębianie wiedzy o muzyce. O muzyce rockowej wiem zapewne równie wiele, co o historii, która jest drugą z moich namiętności. Obie traktuję jako źródła niekończących się wątków do rozmów i dyskusji, które z chęcią i upodobaniem jestem w stanie prowadzić z każdym, o każdej porze dnia i nocy. Przybycie na Wyspy Brytyjskie pozwoliło mi poznawać tutejszą scenę muzyczną, otworzyło przede mną możliwości uczestnictwa w koncertach, a czasem nawet osobistego spotkania z legendami świata muzyki jak chociażby występ grupy UFO w St Albans w 2016 roku, po którym na backstage'u spotkałem się osobiście z członkami zespołu. Od niedawna stawiam pierwsze kroki w roli dziennikarza. Uczestniczyłem już w wywiadzie z Lubelską Federacją Bardów oraz z  legendą polskiego heavy metalu Grzegorzem Kupczykiem. Wraz z moją żoną Anią przeprowadziłem wywiad z Darkiem Malejonkiem.





Sławek Orwat - Muzyki słuchał wcześniej niż potrafił mówić. W dojrzałość wprowadził go stan wojenny. Przez półtora roku był redaktorem muzycznym tygodnika Wizjer oraz współorganizował dwie edycje WOŚP w Luton, gdzie także prowadził polskie programy w internetowym radio Flash i brytyjskim Diverse FM. W roku 2010 założył kabaret 3 x P, który wystąpił m.in podczas imprezy poprzedzającej zawody strongmanów Polska - Anglia. Z londyńskim magazynem Nowy Czas współpracuje od marca 2011 a od roku 2015 z portalem Polski Wzrok z siedzibą w Bedford (UK). W latach 2012 - 2014 prowadził autorską audycję Polisz Czart na antenie brytyjskiego radia Verulam w położonym niedaleko Londynu St. Albans. Program ten był przez rok także emitowany na platformie radiowej Fala FM z siedzibą w kanadyjskim Toronto, a od czerwca 2015 jest nadawany na antenie Radia Near FM w Dublinie (Irlandia). W lipcu 2012 związał się z warszawskim magazynem JazzPRESS, a w październiku tego samego roku z wychodzącym w Sosnowcu kwartalnikiem Lizard. Tłumaczenie jego wywiadu z Leszkiem Możdżerem ukazało się w brytyjskim magazynie London Jazz. Poza działalnością dziennikarską można go także spotkać w roli konferansjera. Największą imprezą, jaką miał okazję zapowiadać dla blisko 2,5 tysięcznej widowni był zorganizowany przez Buch IP 8-go marca 2014 londyński koncert Nosowskiej, Brodki i Marii Peszek. W styczniu 2014 współorganizował Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy w Hull.