czwartek, 6 lutego 2020

SubLunar "A Welcome Memory Loss" 2019 - recenzja




Skład: Łukasz Dumara - wokal

Łukasz Wszołek - perkusja

Jacek Książek - bass

Michał Jabłoński - gitara

Marcin Pęczkowski - gitara

Niby nie powinno się oceniać dzieła po okładce, ale ja akurat jestem jednym z tych, którzy zaraz po otrzymaniu płyty w pierwszej kolejności zwracają uwagę na projekt okładki. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy nośniki fizyczne nie są już tak bardzo popularne, jak kiedyś, dobra i dopracowana grafika stanowi przysłowiową "kropkę nad i” każdego ambitnego dzieła muzycznego. W przypadku swojego debiutanckiego albumu podkarpacka grupa SubLunar zadbała o wysoką jakość i zaangażowała do projektu okładki polską artystkę mieszkającą w Wielkiej Brytanii Bernadettę Dziubiński, która namalowała specjalnie w tym celu obraz inspirowany ich muzyką.

Na krążku „A Welcome Memory Loss” znajduje się dziewięć kompozycji, z których najdłuższy utwór ma ponad trzynaście minut. Płyta rozpoczyna się co prawda dość mrocznie, kawałkiem „Debris”, ale są to raczej kompozycje nastrojowe, co jest zasługą przede wszystkim wokalu Łukasza Dumara. Jedna z moich ulubionych na tym krążku to uduchowiona i bogata w zmienność nastrojów „Grains of Sand”.

Krążek to w większości rytmiczne i gitarowe progresywne granie, które momentami zahacza o mocniejsze klimaty metalowe. Ciekawym zabiegiem było umieszczenie „The longest minute” pomiędzy „Invisible”, a „Squere one”. Jak sugeruje sam tytuł utworu, trwa on minutę i różni się nastrojem od wspomnianych dwóch kompozycji, a jednocześnie jest doskonałym pomostem łączącym oba kawałki.


Na albumie nie znajdziemy ani klawiszy ani wielkich popisów solowych, co według mnie jest jego zaletą i wszystkie zawarte na nim "muzyczne opowieści" tylko na tym zyskują. SubLunar na pewno nie nudzi - mamy  tu zaskakujące zwroty, gitarowe i wokalne, które chwilami są niczym recytowanie wiersza. Mocnym uderzeniem jest ostatni numer „Suspension of Disbelief”. Przyznam szczerze, że po przesłuchaniu całego krążka najbardziej pasowałby mi na początku płyty. 
"A Welcome Memory Loss" zaskoczyła mnie zarówno nieprzeciętnością jak i wyrazistością. Znajdziemy na niej rozbudowane utwory bogato malowane dźwiękami gitary, perkusji i wokalu.  To album, który zapewni ponad godzinne zapomnienie w rock progresywny na naprawdę dobrym poziomie. Płyty słuchałem z niemałą dozą przyjemności, dlatego polecam ją uwadze w szczególności fanom rocka progresywnego.


(c) Anna i Tomasz Piątkowscy

wtorek, 21 stycznia 2020

"Gramy emocjonalnie i nostalgicznie, ale o czymś co dopiero się tworzy" z Jackiem Ziębą i Krzysztofem Rutką, muzykami krakowskiej formacji Transmission Zero, rozmawia Tomasz Piątkowski.

Na swoim oficjalnym profilu piszą: "broadcasting from a world being born" (tłum. transmisja z rodzącego się świata). Wybrali sobie do tego dość niepopularny gatunek - post rock. Na ich najnowszym krążku nie znajdziemy więc wokalu, a żaden z utworów nie będzie miał skróconej, radiowej wersji, którą chętnie grałyby rozgłośnie komercyjne, bo nie jest to muzyka dla wszystkich i co do tego muzycy grupy Transmission Zero nie mają złudzeń. Jest jednak w ich graniu coś, co przenosi odbiorcę na zupełnie inny poziom komunikacji - od punktu, gdzie "transmisja" ma swoje źródło aż poza przestrzeń - w sobie tylko znane obszary. Być może to sprawia, że dostrzega ich coraz większa grupa fascynatów post rocka i to zarówno w kraju, jak i zagranicą. Album Transmission Zero znalazł się bowiem na liście "Top 10 List" holenderskiego radia De Mist, a kanał WherePostRockDwells umieścił go na 32 miejscu post rockowych Albumów 2019 Roku. Fascynacja i konsekwencja, z jaką ci młodzi muzycy podążają obraną przez siebie ścieżką, każe nam jednak wyrazić nadzieję, że jest to dopiero początek ich sukcesów i być może już niedługo Kraków będzie także znany w świecie jako ośrodek transmisji post rocka na najwyższym poziomie. 


fot. Karol Budrewicz

Skąd u was pomysł na tworzenie takiej muzyki?


Jacek Zięba: Częściowo samo tak wyszło. Wszystko zaczęło się od słynnej już, dla mnie historii, kiedy postanowiliśmy uciec z Krakowa, bo odbywały się tutaj Światowe Dni Młodzieży, co oznaczało straszną ilość ludzi, wszędzie (śmiech). Chcąc stąd uciec, pojechaliśmy do jednego domku w lesie, a potem do drugiego domku na wsi, oczywiście grając na tym etapie jeszcze w różnych projektach. Znajomy przed wyjazdem zażartował, żebyśmy wzięli instrumenty, bo i tak cały czas coś gramy. To my stwierdziliśmy, że to absolutnie nie jest głupi pomysł i weźmiemy ze sobą sprzęt. Załadowanym samochodem pojechaliśmy w te wszystkie odludne miejsca, gdzie zaczęliśmy sobie coś tam pogrywać. Tak powstawały pierwsze pomysły, które przetrwały do dzisiaj, a tak naprawdę tam zaczęły się klarować. Ja cały czas miałem gdzieś w sobie dryg postrockowy, gitarowy i stwierdziłem, że może coś z tym spróbujmy porobić. Zrobiliśmy wtedy trzy numery, które miały potem swoje większe lub mniejsze zmiany, ale są obecnie na płycie. Po wszystkim pozostało nam znaleźć tylko perkusistę. Skontaktowałem się ze swoim znajomym, zagraliśmy próbę, która okazał się po prostu kosmiczna! To było coś niesamowitego! Po tej próbie wiedziałem już, że nie jestem w stanie robić czegoś innego i niestety dotychczasowy projekt, w który byłem wcześniej zaangażowany, będę musiał opuścić. Odtąd na poważnie zaczęliśmy iść w stronę Transmission, robić dużo prób. Wtedy częściowo jeszcze wkręciłem Krzyśka w mój poprzedni projekt - We Stay for Tomorrow, bo mieliśmy koncert do zagrania z zespołem Spoiwo z Gdańska. Zapraszam do posłuchania - bardzo dobra kapela. Wróciliśmy jednak do prób z Transmission Zero. Nie pamiętam jednak czy mieliśmy już na tym etapie nazwę. Chyba jeszcze nie. Po próbie nawet nie rozmawialiśmy ze sobą. Popatrzyliśmy tylko na siebie i pokiwaliśmy głowami. Poczuliśmy tę przepaść tym projektem a innymi. Zaczęliśmy grać razem jako coś nowego, w tym, co ja kiedyś robiłem i wiedzieliśmy, że właśnie tutaj jest coś, na czym trzeba się skupić. Częściowo to wyszło trochę ode mnie i myślę, że to jest dobry kierunek. Próbowaliśmy też grać post black lub rocka progresywnego, ale okazało się, że post rock najbardziej gdzieś tam po mojej stronie działa i podoba się nam wszystkim.





“Transmission Zero” jako nazwa oznacza, że wasza muzyka nie ma konkretnego odbiorcy, czy jest próbą nadania wiadomości w otchłań? Jak ją rozumieć?


Jacek Zięba: Bardzo ciekawa interpretacja. Podoba mi się (śmiech). Im więcej interpretacji tym lepiej, a ta muzyka daje takie możliwości. Jeżeli chodzi o nazwę, to dla każdego z nas, kiedy zakładaliśmy nasze trio, wtedy jeszcze z innym perkusistą, to był nowy początek - taki „na poważnie”, z postanowieniem 'przyciśnięcia” i zobaczenia, co się stanie. Dla mnie po pięcioletnim robieniu „czegoś” wjechał nagle jakiś konkret i zaangażowania z każdej ze stron. Dla Krzyśka to był powrót do grania na basie i próba realizacji czegoś na poważnie. Oczywiście nie z myślą o zarobku, czy niesamowitym sukcesie - zrobieniem materiału, pokazania go i sprawdzenia, czy się obroni. Dla naszego ówczesnego perkusisty był to także powrót do grania po przerwie. Może stąd w nazwie to „Zero”, bo w pewnym sensie był to dla nas wszystkich punkt początkowy - punkt zerowy. „Transmission” to wszystko to, co możemy robić na scenie nie mając wokalu – możemy grać muzykę, przekazywać jakąś transmisję, jakieś emocje . Tylko od odbiorcy zależy, w jaki sposób ją odbierze, co o nas pomyśli i co będzie czuł. Nazwa to połączenie, tego, czym jest ta muzyka i zarazem pewnego punktu zwrotnego. To hasło powstało, kiedy zaczęliśmy luźno rozmawiać ze sobą o tym, co chcemy zawrzeć w nazwie. Dla nas jest to transmisja z rodzącego się świata, pierwsza transmisja, do której wracamy. Często muzyka postrockowa jest o końcu, o tym, że wszystko kiedyś się kończy. My też gramy emocjonalnie i nostalgicznie, ale o czymś, co dopiero się tworzy, a nie o tym, co ma się skończyć.


fot. Agata Maziarz

Wasz long play ukazał się 25 czerwca, wcześniej mieliście nagranie koncertowe ”Live in Piękny Pies”, którego świetnie się słucha. Dźwięki na żywo dodają jeszcze więcej barw waszej muzyce, która sama w sobie jest bardzo obrazowa. Z czego to wynika?


Jacek Zięba: Wydaje mi się, że sam gatunek jest bardzo obrazowy. Muzycy z australijskiej grupy Sleepmakeswaves powiedzieli kiedyś, że post rock daje im możliwość porozumienia się z odbiorcami ich muzyki bez znajomości języka, który zupełnie jest bez znaczenia na koncertach, bo sama muzyka się broni. Każdy wyraża na swój sposób wyobrażenia i emocje, które tworzą się w nas podczas kiedy gramy i my je w ten sposób przekazujemy. Odbiór naszej muzyki jest sprawą indywidualną.


Jeden z portali NewNoise napisał o was: „Z głowami w chmurach astronauci z Transmission Zero prezentują ścieżkę dźwiękową do metafizycznych i astronomicznych doświadczeń”. Takie coś ma kawałek Vostok 0, Closed Circuit oraz totalny odjazd kosmiczny, apokaliptyczny jest w Adrift/Alive. Czy na pewno to jest tylko post rock?




Jacek Zięba: To jest coś, czego szukamy. Nam się w pewnym momencie wydawało, że to coś innego. Staramy się być na bieżąco i obserwować co się dzieje na scenie postrockowej na świecie, co jest mainstreamowe w gatunku, który sam w sobie nie jest mainstreamowy. Nie wiem, czy gramy inaczej, czy dziwniej, bo najgorzej ocenić swoją pracę. Po koncertach zdarza się, że przychodzą do nas ludzie i to nie tylko znajomi czy rodzina i mówią, że było super. Dla nas to jest oczywiście duży komplement. Coś jednak musi być w tej muzie (śmiech). Ciężko nam stwierdzić, co dokładnie tworzymy. Poczekajmy na rozwój sytuacji, na to aż kolejne media nas zauważą. Zobaczymy czy nam przykleja jakąś naklejkę i czy będziemy się z tym zgadzać.


Którą z kompozycji uważacie za najlepszą na płycie?



Krzysztof Rutka: Na pewno Vostok 0 oraz Illusion of Coincidence to dla mnie najważniejsze kawałki.


fot. Agata Maziarz

Jacek Zięba: Za Sebastiana, naszego perkusistę, odpowiem, że będzie to Adrift/Alive. Chyba dlatego, że dołączył do nas dopiero po pewnym czasie, kiedy pewną część materiału mieliśmy już gotową. Do tego utworu akurat nie mieliśmy nagranej perkusji i Sebastian zaczynał z nami właśnie od tego kawałka. To jest chyba ten powód, dlaczego jest tak przywiązany do niego emocjonalnie. Dla mnie jest to dość ciężkie pytanie tak naprawdę. Lost and Found pozostał w prawie niezmienionej formie, odkąd go nagraliśmy prawie dwa lata temu, ale emocjonalnie najlepszy jest Vostok 0, Illusion of Coincidence, bo tam się najwięcej dzieje i jest to obecnie najlepszy przekrój naszej twórczości.



Podczas słuchania płyty, odnosi się wrażenie jakby przechodziło się z jednej opowieści muzycznej do drugiej. Tworzą one jakąś wspólną więź. 


Jacek Zięba: Każdy z numerów powstawał osobno. W zamyśle był to koncept album, ale dopiero od momentu, kiedy usiedliśmy z Sebastianem nad tytułami utworów. Gadaliśmy sobie swobodnie i zaczęła się nam z tego wyłaniać jakaś historia astronauty. Krzysiek stwierdził, że kawałek obecnie nazwany Vostok 0, kojarzy mu się ze startem w kosmos. Vostok to była pierwsza misja kosmiczna. Dodaliśmy „0”, bo to jest o takich lotach, o których nikt nie wie, a które mogły się kiedyś wydarzyć. Kombinowaliśmy trochę z okładką, z człowiekiem w lesie i zniszczoną anteną. Takie science fiction wjechało, że może wyleciał w kosmos, wrócił i może mu się wydaje, że jest na innej planecie. Wytworzyła się następnie kolejność utworów - jakieś tam historie i o czym opowiadają. Zostawiliśmy jednak wolność interpretacji słuchaczowi, żeby nie myślał teraz o rakiecie, tylko o czymś innym i zostawił to dla siebie.


Krzysztof Rutka: Tak więc ta historia jest nieoficjalna, dlatego nie zrobiliśmy do płyty żadnej książeczki. To są tylko nasze wyobrażenia i jak to odbieramy.



Te kompozycje można bez problemu także wmontować do filmów science fiction. Bylibyście świetnym supportem przed festiwalami filmowymi o takiej tematyce.



Jacek Zięba: Jest w Krakowie festiwal filmu, zawsze można spróbować tam uderzyć, jako muzyka ilustracyjna. Część naszych inspiracji wynika również z muzyki filmowej albo z muzyki do gier. Tak jest to science fiction: jest to film, jest to opowieść. Więc jak najbardziej jesteśmy otwarci na takie rzeczy.


Krzysztof Rutka, Jacek Zięba/ fot. Anna Piątkowska

Krzysztof Rutka: Jesteśmy jak najbardziej otwarci na takie typu rzeczy, ale wszystko powoli, najpierw promocja płyty. Mam nadzieje, że uda nam się wskoczyć na ten wyższy poziom, żeby być w stanie zorganizować jakieś własne eventy. Mamy już trochę znajomości w środowiskach post rockowych, można by zorganizować taki festiwal. To byłaby super sprawa, choć to jest jeszcze wciąż zbyt niszowe.


To też jest plus dla Was, bo macie większe możliwości wybicia się.


Jacek Zięba: Jeżeli chodzi o Polskę i jeżeli się uda wybić. Jeśli ktoś zainteresowany tym nurtem w Polsce nas zauważy, co się powoli dzieje, to fantastycznie, bo nie ma tego dużo tak naprawdę. Nawet to, że mamy już płytę i nie jest to epka czy tylko live, ale longplay, który jest konkretny, to nadaje nam może nie renomy, ale wynosi nas na jakiś poziom. 


Czego Wam życzyć?


Jacek Zięba: Na pewno festiwali, podczas których fajnie byłoby się z kimś zmierzyć. Występy w klubach, nagranie płyty - wszystko fajnie, ale festiwal to byłoby wyzwanie.

fot. Anna Piątkowska

Krzysztof Rutka: Więcej powodzenia w tym, żeby ludzie dawali nam szansę i odpisywali, bo siedemdziesiąt procent klubów czy rozgłośni radiowych oraz innych mediów publicznych nie odpisuje. Ciężko jest się samemu gdziekolwiek przebić.


Wszystkiego dobrego chłopaki, bardzo dziękuję za rozmowę.



Jacek Zięba, Krzysztof Rutka: Dziękujemy!


(c) Anna i Tomasz Piątkowscy


czwartek, 5 grudnia 2019

"Od samego początku chcieliśmy obracać się w przestrzeni piosenki szlachetnej" z Adamem Nowakiem, wokalistą, gitarzystą i autorem tekstów zespołu Raz Dwa Trzy rozmawia Tomasz Piątkowski

Przez polską scenę muzyczną przewinęło się w ciągu ostatnich trzech dekad wiele zespołów. Jedne trwają do dziś, inne zdecydowały się na zawieszenie działalności. Są też takie, których twórczość prawie zawsze wywołuje uśmiech, budzi pozytywne skojarzenia, bez których trudno wyobrazić sobie polską piosenkę. Do takich zespołów należy Raz Dwa Trzy, który w 2020 roku będzie świętował trzydziestolecie swojego istnienia. Tę ważną rocznicę poprzedziła trasa koncertowa zespołu zatytułowana "Ważne Piosenki", w ramach której w maju tego roku grupa zawitała z koncertem do Londynu. Nie mogliśmy odmówić sobie ogromnej przyjemności, jaką była rozmowa z Adamem Nowakiem. Spotkaliśmy się z nim w jednej z londyńskich kawiarni, gdzie zapytaliśmy o rzeczy ważne i nieważne w tekstach jego piosenek oraz życiu artystycznym.


fot. Anna Piątkowska

Które piosenki według Adam Nowaka są „ważne”? 

To Grzesiu wymyślił tytuł trasy koncertowej „Ważne piosenki”. Każda piosenka, która niesie pewien przekaz, może być ważna. To jest dość ogólne wyrażenie i trzeba byłoby je jakoś sprecyzować. Wszystko to, co można w piosence zawrzeć osobistego, niekoniecznie musi równać się opowiadaniu historii o sobie, bo każdy autor opowiada o czym chce. Każda piosenka, która nosi w sobie coś osobistego, pod którą jest jakieś osobiste przeżycie, ta piosenka jest dla mnie ważna. Czy udało mi się takie piosenki napisać, tego nie wiem. Na pewno wiem, że takie piosenki słyszałem i są dla mnie wzorem. Piosenki Kabaretu Starszych Panów, czy Wysockiego, Cohena albo Młynarskiego, jest mnóstwo autorów, wykonujących i tworzących takie, które można uznać za ważne. Czy to będzie "Szuja" Kabaretu Starszych Panów, czy lekka frywolna piosenka napisana przez Agnieszkę Osiecką, to są wszystko ważne kompozycje, bo za nimi stoi talent, chęć podzielenia się pewną impresją na jakiś temat, a wszystko zawarte jest w bardzo krótkiej formie, która jest jedną z najtrudniejszych do zrealizowania, ponieważ nie zawsze poeci od ciężkiego gatunku, potrafią napisać piosenkę i nie zawsze tekściarz musi pisać poezję. Istnieją piosenki szlachetne i nieszlachetne. W naszym zespole od samego początku chcieliśmy obracać się w przestrzeni piosenki szlachetnej, czasem trudnej. Nie lubię pojęcia „piosenka poetycka” lub „poezja śpiewana”, bo uważam, że nie istnieje taki gatunek.





Wspomniałeś o „Kabarecie Starszych Panów”, ale ty również miałeś swoją przygodę z kabaretem. Jak twoja działalność kabaretowa oraz teatralna wpłynęła na twoją twórczość?


Polegało to na tym, że poszedłem na studia, ponieważ trzykrotnie nie przyjęto mnie do szkoły aktorskiej. Dziękuję za to Bogu do dzisiaj, że powstrzymał czyjąś rękę przed podpisaniem się za moim przyjęciem, a to dlatego, że nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że aktor jest osobą, która wykonuje czyjeś polecenia, a ja jestem na tyle autonomiczną jednostką, że prawdopodobnie w którymś momencie bym się zbuntował i musiałbym zmieniać zawód. Robiłem różne rzeczy w życiu, w których kazano mi robić bardzo różne rzeczy i umówiłem się kiedyś ze sobą, że poszukam takiego zajęcia, które spowoduje, że będę mógł i musiał żyć z tego, co sam wymyślę. Jestem zwierzęciem stadnym i podoba mi się bycie w grupie, dlatego nie chciałem być nigdy bardem. Jak poszedłem na studia pedagogiczne do Zielonej Góry, wiedziałem, że będę coś robił na tych studiach, śpiewał piosenki, czy pisał. Kompletnie nie miałem pojęcia, że w Zielonej Górze jest słynny kabaret „Potem”. Kiedy zaczynałem tam na studia, oni akurat zawiesili działalność, ale zdążyłem poznać tych ludzi. Od razu poznaliśmy się z Darkiem Kamysem i z Władkiem Sikorą. „Potem” zawiesiło działalność, a ponieważ sztuka nie znosi próżni, to wspólnie wymyśliliśmy ocenzurowane wiersze i piosenki z lat 50-tych, które musieliśmy jeszcze raz cenzurować, jako program przed cenzorem. Powstał w ten sposób kabaret „Drugi Garnitur”, czemu bardzo się sprzeciwiał Tomek Kowalski, kolega z tego kabaretu. Mówił, że to Sikora wymyślił coś takiego, że oni są pierwsi, jako „Potem”. Tę nazwę odnosiłem do tego, że mamy w sobie większą moc bycia komediantami, jako osoby z „Drugiego Garnituru”, niż ci, co byli na piedestale, czyli kabaret „Potem”, a więc przerobiliśmy to na swoją modłę. To doświadczenie mi bardzo dużo dało, bo nie tylko się wiele nauczyłem, ale też dużo podglądnąłem, jeżeli chodzi o warsztat pracy, bo przebywaliśmy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę. To doświadczenie przeniosłem do działalności zespołu: systematyczność, nieczekanie na wenę, spotykanie się codziennie, granie, przebywanie ze sobą, rozmowy, ćwiczenia, pisanie piosenek.

Kabaret Potem” fot. Archiwum PAKI

Zadałem to pytanie dlatego, że, moi poprzedni rozmówcy, często podkreślali, że teatr dla nich był lekcją współpracy z publicznością.


Można uprawiać monodramy, ale najdoskonalszą formą teatru jest jednak działanie grupowe. Od maszynisty, którym byłem, po gwiazdę scen teatralnych, którą nigdy nie byłem (śmiech) i nie żałuję tego. Poszedłem się przekonać, jak wygląda działalność teatru na co dzień, jeszcze zanim przystąpiłem do egzaminów do szkoły teatralnej. Zaangażowałem się tam jako maszynista i garderobiany, co było bardzo ciekawym doświadczeniem w moim życiu, bo skłoniło mnie to do zadania sobie pytania, czy aby na pewno chcę to robić. Kiedy zdałem już egzaminy, ale się nie dostałem do szkoły aktorskiej, było mi oczywiście przykro, szczególnie, że młody człowiek w pierwszej kolejności traktuje to w kategorii porażki, bo nie wie, co go czeka później. Z drugiej strony jednak uczestniczy się w pewnym misterium, tworzeniu tajemnicy. Moje doświadczenia z teatrem przeniosłem na działalność zespołu. 

fot. Agnieszka Wachel - Gackowska

  Piosenka „Nie pal” pomogła Adamowi Nowakowi rzucić palenie? 


Zdecydowanie nie (śmiech). Pierwowzór który mnie zainspirował powstał w latach 80-tych. Usłyszałem w radiu piosenkę, gdzie jakiś słynny pisarz w Nowym Yorku, żeby zniechęcić ludzi do palenia, wyśpiewywał krótką frazę „Don't smoke, don't smoke, don't smoke”. Pomyślałem, że mogę to w jakiś sposób kontynuować, w formie pastiszu, żartu muzycznego, gdzie wytłumaczę jakie kłopoty wiążą się z paleniem i na czym to polega, kiedy ktoś czuje się lepszy od rówieśników, zaciągając się papierosem w wieku dwunastu czy trzynastu lat. Ja wiem, że w tej piosence jest rodzaj śmierdzącego dydaktyzmu. Byłem hipokrytą, że śpiewałem tę piosenkę, ja to wszystko rozumiem, ale doświadczenie jest doświadczeniem, czyli jak „będziesz palił, to będziesz kaszlał i będzie ci źle” . Mówię to poprzez doświadczenie, rzucałem palenie kilkukrotnie, więc wiem, że to jest trudne przeżycie. 


Określałeś wasze albumy takimi terminami jak „landszafty muzyczne” („Jestem Polakiem”, „To ja”), „happy spirit" („Cztery” i „Sufit”), „bridge music” („Niecud”). Jak określiłbyś muzykę płyt „Trudno nie wierzyć w nic” oraz „Skądokąd”?



„Landszafty muzyczne” to definicja obrazków muzycznych. Myśmy wtedy skupiali się na tworzeniu właśnie obrazków muzycznych, co było fajnym myśleniem o muzyce. Bardzo podobał mi się ten okres. Potem wyszła płyta „Cztery”, która miała kompletnie inną poetykę od dwóch poprzednich. Był w niej pewien rodzaj erupcji radości, związany z okresem początku lat 90-tych. Chcieliśmy dać słuchaczom nie tyle wesołe piosenki, ile tworzące tak zwaną „pogodę ducha” i dające nadzieję. Stąd powstał termin „happy spirit”. Na płytach „Sufit” i „Niecud” był rodzaj „bridge music”. Z naszej strony chęć połączenia różnych estetyk, które mają w przekazie powodować, że nie jest nam obca żadna estetyka oraz również odniesienie się do różnych wypowiedzi starszych kolegów, którzy bardzo w tamtym czasie narzekali, że jak były lata 70-te, czy 80-te, to byli gwiazdami, a teraz kiedy przyszły nowe czasy, to nikt ich już nie chce. Pamiętam, że wtedy powiedziałem, żeby chwilę poczekali a wszystko to, co robili, wróci, bo mody i estetyki muzyczne zataczają koło. Tak się stało w przypadku Zbyszka Wodeckiego, który powrócił ze swoim „Mitch&Mitch”, w tak ciekawej, dynamicznej i pełnej radości odsłonie, że sam później przyznał, że czuje się „odkurzony” i troszkę młodszy. Nigdy nie zastanawiałem się jak nazwać te albumy, które powstały później, czyli „Trudno nie wierzyć w nic” oraz „Skądokąd”, bo żadna z idei, a ja niespecjalnie lubię idee w muzyce, i żaden z tych pomysłów, które były wcześniej, nie jest w żaden sposób podobny do tych dwóch płyt. One są w treści kompletnie inne, bo poszliśmy w zupełnie w innym kierunku. Jako zespół do tej pory stricte akustyczny na „Trudno nie wierzyć w nic”, „Skądokąd” zaczęliśmy używać instrumentów elektrycznych, co dla nas wywodzących się z estetyki balladowo-jazzującej było prawdziwą rewolucją. Te dwie płyty nie potrzebowały żadnego wspomagacza, jeżeli chodzi o medialne nazewnictwo, bo były to piosenki, które miały w założeniu żyć własnym życiem wśród słuchaczy. 



Motyw policjanta ze stolic europejskich przewija się często w Waszych autorskich albumach. Jaka jest jego rola w waszych kompozycjach i skąd ten pomysł?


To pojawiało się od początku, od naszej pierwszej płyty. Zależało mi tu na zamieszczeniu tak zwanego „leitmotiv'u”, a wtedy jeszcze nie wiedziałem, ile płyt nagramy i ile będziemy wspólnie funkcjonowali jako zespół. Wymyśliłem sobie, że na płycie, która już jest i być może na następnej, będzie rodzaj leitmotiv'u, którym będzie się można posiłkować, nie cytując samego siebie. Wiem, że starsi koledzy z branży, którzy bardzo lubią swoje kompozycje, uwielbiają cytować swoje pomysły na kolejnych płytach i potem pytać dziennikarza albo słuchacza „gdzie jest mój cytat z poprzedniej płyty” itd. Ja się w to nie bawię, to nie jest moja piaskownica (śmiech). Zależało mi na rodzaju leitmotiv'u, najlepiej sprawdziła się tutaj dość dowcipnie ujęta, seria o policjantach. Trochę bazująca na obserwacji stereotypowej, bo na przykład, jeżeli myślimy o Francuzach, to wiemy, że oni piją wino, uwielbiają siedzieć przy stole i dużo rozmawiać. Mnie Francja akurat się skojarzyła z francuską furgonetką. Natomiast tytuł „Policjanci w Chicago niszczą stare gazety”, nadałem dlatego, że pamiętałem opowieść Wojciecha Manna, do którego przyszedł Leszek Winder, który nagrał płytę instrumentalną i szukał pomysłu na tytuł. Wojtek Mann powiedział mu wtedy, że utwór instrumentalny powinien przede wszystkim przyciągać uwagę tytułem. Im bardziej absurdalnie, tym lepiej. W związku z tym powstało: „Policjanci w Chicago niszczą stare gazety” albo „Policjanci w Warszawie…hm”. Był rok dziewięćdziesiąty i policjanci wtedy jeszcze biegali za przestępcami trzymając się za czapkę lub aktówkę, którą mieli z tyłu, a dopiero później zostali lepiej umundurowani. 

fot. Sławek Przerwa

Czy byłeś w tych wszystkich miejscach, z których pochodzą ci wszyscy policjanci?

Nie byłem nigdy w Grecji. Byłem w Sztokholmie, ale później, zanim powstał „Policjanci w Sztokholmie gonią się po seks szopie” (śmiech). Liczę, że żadna ze służb mundurowych nie obraziła się za tak niekonwencjonalny sposób ujęcia ich w naszej twórczości.


Nagraliście albumy z twórczością Agnieszki Osieckiej oraz Wojciecha Młynarskiego, które sprzedały się w nakładach ponad 100 tys. egzemplarzy. Oba albumy są koncertowe i tylko koncertowe, jak myślisz skąd taka ogromna popularność tych nagrań? 





Piosenki Agnieszki Osieckiej zaaranżowaliśmy na prośbę Zosi Sylwin z Programu Trzeciego Polskiego Radia, która chciała uczcić piątą rocznicę śmierci inaczej niż do tej pory. Czyli zawsze spotykało się grono tych samych osób, które śpiewały piosenki napisane dla nich. Zosia podejrzewała, że my to zrobimy zupełnie niekonwencjonalnie i tak to zrobiliśmy. To był rodzaj działalności alternatywnej i skoro zostaliśmy o to poproszeni, a był to ważny twórca piosenek, to pomyśleliśmy, że zagramy taki koncert. Wzbudził on bardzo duży aplauz, był puszczany przez pewien czas w radiu. Ktoś wpadł na pomysł, żeby wydać płytę. Jak już wydaliśmy płytę, to pokazał się krótki minirecital w telewizji i okazało się, że cieszy się jakąś gigantyczną popularnością. Myśmy wtedy grali po dwadzieścia pięć koncertów w miesiącu. To był dla nas szok, bo ta popularność, którą już mieliśmy, zupełnie nam wystarczała. Zgłosił się do nas w tym czasie ś.p Wojciech Młynarski z pytaniem, czy byśmy zagrali jego piosenki. Nawet byłem umówiony na rozmowę, ale pomyślałem sobie, że jest za wcześnie, aby nagrać dwie płyty, jedna po drugiej, tym bardziej że mieliśmy w szufladzie nagrany materiał do „Trudno nie wierzyć w nic”, której premierę musieliśmy przesunąć o rok. Zdecydowałem, że kiedy ta płyta się ukaże i minie trochę czasu, to wrócę do pomysłu z piosenkami Wojciecha Młynarskiego. Tak tez się stało po siedmiu latach. To była trudna praca. U Osieckiej mieliśmy do czynienia z piosenkami pisanymi dla innych wykonawców, a tutaj był bardzo charakterystyczny artysta, na którego trzeba było znaleźć sposób i odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest Wojciech Młynarski. To, że był satyrykiem, tekściarzem, tłumaczył piosenki, również wykonywał swoje piosenki i nigdy nie chciał być poetą. Zadałem sobie pytanie, kim jest dla mnie i właściwie jedna odpowiedź przyszła mi do głowy - rodzajem mędrca, takiego w najlepiej rozumiany sposób, czyli osoby, do której się przychodzi i pyta jak filozofa: jak dobrze żyć? On w swoich piosenkach odpowiada na to pytanie, pokazuje, co jest w nas słabe, co jest w nas niedobre i jeżeli ktoś uważnie będzie słuchał jego piosenek, to jego życie może ulec polepszeniu. Jeżeli wyciągnie wnioski z jego piosenek i słów, które w nich są. To było trudniejsze nagranie. Nie mogliśmy nagrać podobnej estetyki do piosenek Agnieszki Osieckiej, musieliśmy wymyślić coś, co spowoduje rodzaj odpowiedzi na pytanie, kim jest Wojciech Młynarski, jaki sposób będzie najbardziej trafny. Padło na wykonanie stricte akustycznie, momentami trochę chuligańskie, żeby kompletnie odmienić estetykę utworów, które były zawsze kojarzone z wykonaniem Wojciecha Młynarskiego. W efekcie cieszyło się to bardzo dużym zainteresowaniem. Grywamy te koncerty do dzisiaj. Wczoraj zagraliśmy w Nowej Hucie pełen koncert z piosenkami Wojciecha Młynarskiego. 

Zespół Raz Dwa Trzy był wiele razy nagradzany. Jesteście cały czas w czołówce polskiej muzyki. Niewielu zespołom udało się sprzedać 100 tysięcy egzemplarzy przy każdym wydanym albumie. Co jest dla was miarą waszego sukcesu?


Jest to dość często zadawane pytanie. Ja próbuje odpowiadać, że miarą sukcesu jest być może uwrażliwienie słuchacza na coś, co jest dla nas ważne. Kiedyś Bogusława Szafera zapytano o geniusz, a on odpowiedział: „Geniusz, geniusz... A czym jest geniusz bez rozgłosu?” Ja się nie czuję geniuszem, natomiast jeżeli się chce nawiązać kontakt z odbiorcą, a żyjemy w świecie popkultury, to chyba nie ma innego wyjścia. Zwłaszcza jeżeli chce się żyć z tego, co się tworzy i wymyśla. Uważam, że na piosenkach niespecjalnie powinno się zarabiać, nie powinny być produktem, powinny być wolne od tego, ale funkcjonujemy w zestawie zależności z różnymi ludźmi. Żyjemy z tego, co wymyślimy.


Wspomniałeś kiedyś, że Twój perfekcjonizm przy tworzeniu muzyki doprowadza czasem do tego, że album nie może być ukończony przez długi czas. Mówisz: „Mam nieustający głód zmian”. Z czego to wynika? Kryzysu uniwersalnych wartości czy niezaspokojonych ambicji? 



Nie. To jest pewna przypadłość, o której mówił między innymi Leszek Janerka. Ja, póki sam się z tym nie zmierzyłem, to nie wiedziałem dokładnie, o czym mówi. Jeżeli tworzysz coś i masz nieograniczony czas do wprowadzania zmian, to prawdopodobnie tego nigdy nie skończysz. W związku z tym musi być jakaś wyznaczona data, do której nagrywasz płytę. Na przykład: od pierwszego do dwudziestego piątego maja nagrywasz płytę i jak tego nie zrobisz, to musisz zamknąć etap i ewentualnie kiedyś do niego wrócić, jeżeli masz na to pieniądze i czas. Nagrywanie płyty to duże przedsięwzięcie, przynajmniej kiedyś. Teraz to właściwie można nagrywać w warunkach domowych, co jest jeszcze bardziej niebezpieczne dlatego, że siedząc i dłubiąc nieustannie w domu, tym bardziej może zaistnieć ryzyko, że jej nigdy nie skończysz. Dobrze jest przygotować się na próbach, wejść do studia, nagrać, co jest do nagrania i trochę stracić szansę, by móc coś jeszcze raz poprawić. Niech to żyje na koncertach i wtedy się zmienia. Myślę, że wszyscy mamy wystarczającą ilość szarych komórek w zespole w naszych głowach, by wiedzieć, że wykonywanie tych samych wersji piosenek przez dziesięć czy dwadzieścia lat jest nie do zniesienia. Ja nie umiałbym niektórych utworów, wykonywać w tej samej formie, bo zanudziłbym się na śmierć (śmiech).


Raz Dwa Trzy fot. Agnieszka Wachel - Gackowska

Kiedyś podczas rozmowy pan Andrzej Kaźmierczak powiedział mi, że jednym z przyczyn niewydania albumu przez Cytrusa było właśnie nieustanne dążenie do perfekcji.


Jeżeli masz możliwość nieustannego drążenia, zamiast tworzyć muzykę i ją ewentualnie zapisywać, zaczynasz "drążyć drążenie", bo masz taką możliwość. Trzeba samemu sobie odebrać taką możliwość, żeby nie zaistniało niebezpieczeństwo, że zaczynasz na przykład, pisać piosenkę o pisaniu, albo śpiewasz o śpiewaniu, bo to już jest wewnętrzne życie dzieła sztuki i wykonawcy. Nie wiem, czy efekt będzie interesujący.

fot. Anna Piątkowska

Temat wiary i Boga często przewija się w piosenkach Raz Dwa Trzy. Niektóre utwory mają formę dyskusji z Bogiem? Czy Adam Nowak często kłóci się z Bogiem? O co człowiek dzisiaj kłoci się z Bogiem?

Ja nie tyle kłócę się z Panem Bogiem, ile oddaje mu często sprawy w jego ręce i jak tylko to robię, to okazuje się, że istnieją takie rozwiązania, na które bym nigdy nie wpadł. To jest kwestia refleksu. Oczywiście można powiedzieć, że to samo się wydarzyło, że Pan Bóg w to nie ingerował, ale ponieważ jestem osobą wierzącą, to odczytuję to jako sygnał od jednostki transcendentnej, bo jeżeli się do niej zwróciłem z pewnym dylematem, to nie oczekuję odpowiedzi, a ta odpowiedź przychodzi. To mi się zdarzyło w bardzo ważnych sprawach, więc nie widzę powodu, dlaczego miałbym negować jego istnienie, skoro się do niego odnoszę. Niespecjalnie się z nim kłócę, bo jednak jest dla mnie autorytetem. Traktuję go jako zjawisko, do którego się zwracam z dylematami i jest mi bardzo w tym pomocny. Nie jestem osobą egzaltowanie wierzącą, u mnie to przechodzi przez rozum. Staram się mieć otwarte serce, ale z Panem Bogiem spotykam się bardziej myślowo, niż w modlitwie i aktach strzelistych. Myślę, że on dużo spokojniej patrzy na rzeczywistość niż my (śmiech).


Gdzie dziś widzicie się na rynku muzycznym w Polsce? Czy wobec coraz bardziej spłycających się gustów muzycznych odbiorców macie poczucie misji, czy może bycia elitą, która odcina kupony od swojego dorobku muzycznego?


 Ani jedno, ani drugie. My po prostu cierpliwie czekamy, żeby zebrać pomysły do najbliższej płyty. Bardzo bym chciał, żeby dało się to zrealizować w najbliższym czasie. Nie czuję się żadną elitą, jestem normalnym człowiekiem, który wykonuje takie, a nie inne zajęcie. Może dlatego jest mi trochę łatwiej, bo w ten sposób nie wznoszę pretensji do braku zainteresowania naszym zespołem. Niespecjalnie nam to zainteresowanie jest potrzebne, skoro jeździmy na koncerty, które są wypełnione publicznością do ostatniego miejsca. Mnie tej popularności zupełnie wystarczy. Nie wiem jakbym radził sobie w życiu, gdybym musiał uciekać i przemykać ulicami. Te okazy sympatii związane z popularnością z docenieniem tego, co robimy są bardzo miłe i ta sporadyczność jest w zupełności wystarczająca. Nie wyobrażam sobie takiej popularności, jaką mają najbardziej znane gwiazdy w naszym kraju, już nie wspomnę o światowych wykonawcach. Dziwię się trochę niektórym bardzo popularnym artystom występującym na co dzień w telewizjach i internecie , że skoro robią to w takim zakresie, to dlaczego zgłaszają pretensje (śmiech).




Minęło już dziewięć lat od waszego albumu autorskiego „Skądokąd”? Dlaczego tak długo trzeba czekać na nową płytę?



Dlatego że w naszych życiach niezawodowych zachodziły różne zmiany. Przynajmniej u mnie, moja głowa nie była na tyle wolna, żebym mógł się oddać temu, co bym bardzo chciał. Musiałem zrealizować wiele „poza zespołowych” rzeczy. Wychodzę na prostą, więc niedługo będę mógł się zająć wyłącznie swoją przyszłością. 




Emigracja jako możliwość spojrzenia z dystansu na realia w Polsce? Czy doświadczyłeś tej perspektywy w swoim życiu i jak pomogła ci ona w lepszej ocenie rzeczywistości?


Nigdy nie byłem emigrantem, chyba że wewnętrznym, to mi się zdarzało (śmiech). Emigrant wewnętrzny załatwia sprawy sam ze sobą. Zawsze byłem pełen szacunku dla ludzi, którzy mają odwagę spakować walizkę i wyjechać do innego kraju. Często ludzie, którzy nie znają języka wyjeżdżają robiąc skok na naprawdę głęboką wodę. Ja to traktuję w kategorii ryzyka i odwagi, bo wszystko może się przytrafić w obcym kraju. Trzymam kciuki za wszystkich emigrantów na całym świecie, bo znajdują się często w obcym kulturowo miejscu, niezrozumiani przez autochtonów, niemile widziani, a jednak mają odwagą bycia w innym miejscu i tworzenia sobie nowego życia.

fot. Anna Piątkowska
Współpraca redakcyjna Izabela Sanocka
(c) Anna i Tomasz Piątkowscy

czwartek, 31 października 2019

"Dla nas liczy się przede wszystkim zabawa" - z Arturem Kanią i Robertem "Franzem" Wudarskim z Podwórkowych Chuliganów rozmawia Tomasz Piątkowski.

Do polskiej muzyki trafili wprost z płockiego podwórka i są bardziej znani w swoim środowisku, niż się do tego przyznają. Nie znoszą szufladkowania i wielkich słów pod swoim adresem, a w internecie na próżno szukać wywiadu z nimi. Swoją markę potwierdzają przede wszystkim licznymi koncertami, które grają zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami. Chociaż w Londynie można ich usłyszeć prawie co roku, swoją przyszłość wiążą z Europą Wschodnią. Podkreślają, że od początku swojej działalności liczyły się dla nich tylko muzyka i dobra zabawa, co może być jedną z przyczyn, dla których tak skutecznie wymykają się stereotypom i konwenansom biznesu muzycznego, który co prawda zdaje się istnieć gdzieś obok nich, ale zupełnie nie przeszkadza im w tym, co od lat robią na scenie. Bohaterowie niniejszego wywiadu, Podwórkowi Chuligani, to według nas najlepszy dowód na to, że w dzisiejszym zmanierowanym świecie szczery przekaz w muzyce ma szansę obronić się sam.


fot. Anna Piątkowska

 Jak to się stało, że zostaliście Chuliganami z płockiego podwórka ?



Artur Kania: To była połowa lat 90. Muzyka ska wchodziła wtedy jakoś do Polski, a wydawnictwo Rockendroller ze Szczecina promowało ten rodzaj muzyki. Część naszych znajomych poznała tę muzykę wcześniej, między innymi Franek. Ja tam może zetknąłem się trochę z tym rodzajem, słuchając punk rockowych kapel, ale nie wiedziałem wtedy jeszcze, że wykorzystują w swojej twórczości właśnie ten gatunek. Potem jakoś z Frankiem rozmawialiśmy przy okazji koncertu płockiego, że fajnie byłoby zrobić taką właśnie kapelę ska. Po jakimś roku razem z bębniarzem, z którym już kiedyś wcześniej grałem w jakiejś kapelce, zwerbowałem gitarzystę i pykaliśmy sobie w trzech. Mówię do Franka, że skoro jest skład, to czy robimy to, co kiedyś gadaliśmy. Na początku było nas czterech, potem doszła trąbka i tak to się zaczęło kręcić, a był to 1997 r.

Podworkowi Chuligani lata 90. / Fot. MySpace 

 Pamiętam, że w zespole był też saksofon, świadomie z niego zrezygnowaliście?



Artur Kania: Początkowo, jak zespół powstał, w pierwszym składzie, nie było ani klawiszy, ani trąbki, dopiero po jakimś czasie dołączyli, najpierw trębacz i jakieś pół roku później klawiszowiec. Tak było do pierwszej płyty, bo potem ten trębacz odszedł, już teraz nieważne w jakich okolicznościach, ale zrezygnowaliśmy z gościa. Różnie się to wszystko toczyło z ludźmi, którzy grali na saksofonach w naszym zespole. Pierwszy z nich nie był z Płocka, a później, kiedy po drugiej płycie przestaliśmy na chwilę grać, to automatycznie saksofonista też. Po reaktywacji po prostu już go nie było, bo wyjechał. Zostaliśmy więc w pięciu z klawiszowcem włącznie i taki jest ostateczny skład zespołu.

Podworkowi Chuligani lata 90. / Fot. MySpace


Powstaliście w 1997 roku, w okresie, kiedy punk rock miał już swoje lata świetności za sobą, a mimo to pierwsza wasza płyta „Powrót na ulicę”, stała się hitem wśród fanów tego rodzaju muzyki. Płyta zawiera tak kultowe kawałki jak: „Rude boy Janek”, „Chłopcy z ferajny”, „Dżordż Makowiec”,  Mój kumpel Joe”, „Halina”, „Dr Martens”. Jak Wy odbieracie dziś ten sukces? Jako zaprzeczenie kryzysu punk rocka czy jako jego odradzanie się?




Robert „Franz” Wudarski: Robiąc coś takiego jak „Powrót na ulicę”, nie zastanawialiśmy się, czy przez to punk się odrodzi, po prostu od samego początku robiliśmy swoje. Nie myśleliśmy, że trzeba coś nagrać, bo jest kicha i kryzys w punk rocku. Nie patrzyliśmy na takie rzeczy, my w ogóle byliśmy obok tego. Robiliśmy swoje, bez żadnego ciśnienia, żeby podążać za modą. Jest tysiące zespołów, które zrobią coś tylko dlatego, że to może się sprzedać.

fot. Anna Piątkowska


Artur Kania: Była też kwestia tego, że większość zespołów punk rockowych walczyła w swoich teksach o coś lub z czymś, a my po prostu mieliśmy wyjebane na te tematy. Franek pisał typowe brechtackie teksty, co też powodowało, że ludzie zwyczajnie z nich rechotali.


Robert „Franz” Wudarski: Zaczęli się z nami utożsamiać, bo dawaliśmy ludziom radość. Nie było dołujących tekstów - było alkoholowo, poetycko i nieprzemyślane. Taki był początek, beż żadnego wkręcania się w jakiś ruch punkowy. To był 1997 rok, ja wtedy słuchałem bardzo różnej muzyki, ale nie byłem zupełnie na etapie tworzenia zespołu, bo jest jakaś luka w punk rocku.



 To był przypadek, że trafiliście w taki czas.



Robert „Franz” Wudarski:
Dokładnie. Wszystko było na spontonie, począwszy od okładki.

fot. Anna Piątkowska

Artur Kania: Nie było wtedy jeszcze takich zespołów, więc mieliśmy szczęście, że wydawca nam tę płytę wydał.



Robert „Franz” Wudarski: Szufladkowano nas od samego początku. Mówiono, że gramy jakieś ska-punk potem, że ska, a my nie gramy ska, tylko „ciapanego punka”. Ja nie lubię szufladkowania. Teraz robimy street punk, oi!, ska - jesteśmy cały czas w tym klimacie. Dla nas liczy się przede wszystkim zabawa.


Artur Kania:
Jeśli ludzie nas szufladkują, to niech tak robią. Najważniejsze, żeby im się podobało jak gramy. Jeżeli jest odbiór, to nas to po prostu rajcuje.


Wiele zespołów coveruje wasze kawałki. Dla fanów gatunku jesteście jeszcze nie legendą, ale formacją w jakimś stopniu kultową. Czy jesteście tego świadomi?



Robert „Franz” Wudarski: Jesteśmy tacy sami jak każdy, nie zadzieramy nosów. Nie uważamy się za kapelę kultową czy legendarną, to inni o nas tak mówią.


Artur Kania: Słuchając muzyki na you tube zetknąłem się z naszymi coverami. Jeśli jakieś zespoły grają nasze kawałki, to miło nam. Fajnie słyszeć, że ktoś gra nasze kawałki, bo to znaczy, że jakieś tam piętno odcisnęliśmy w polskiej muzyce, skoro ludzie o nas pamiętają.


fot. Anna Piątkowska

Robert Franz” Wudarski: Miałem taką sytuację, wsiadając kiedyś do autobusu z Torunia do Płocka, że tuż za mną jakiś małolat, nagle wyjął dwie pałeczki i krzyknął „O kurwa! Franek! My „Rudboy'a Janka” coverujemy!”. To było bardzo miłe (śmiech).





W Anglii graliście już kilka razy, macie zapewne jakieś własne obserwacje tutejszego rynku ska. Jak wypada angielskie ska w porównaniu do polskiego? Czy nie stało się przypadkiem gatunkiem uprawianym przez skinheadowskich starców (The Specials, The Selecter, The Beat, Bad Manners)?





Artur Kania: Widziałem kiedyś na DVD koncert plenerowy grupy Madness z „Madstock”. Widać tam spory tłum, ale nie wiem, jak to w klubach wypada. Moi znajomi z Anglii mówią, że kiedy chodzili na koncerty ska, to przychodziło sporo ludzi. Na nasze koncerty w większości przychodzą Polacy. Trochę szkoda, że nie ma Anglików, bo skoro już tu jesteśmy, to też chcielibyśmy dla nich zagrać, żeby usłyszeli naszą muzykę i ją porównali ze swoją.


Robert „Franz” Wudarski: W zeszłą środę graliśmy z The Toasters w Warszawie. Mam takiego kumpla, który sprowadza te wszystkie pierwszoligowe zespoły od Agnostic Front zaczynając i zapytałem się go, podobnie jak ty nas teraz, jak stoi punk i ska? On mówi: „Zobacz Franek, w 2013 roku do CDQ w Warszawie, zespół The Toasters przyjechał dwupiętrowym autobusem razem ze swoim supportem. W tym roku jest tylko wokalista i gitarzysta. Wzięli do tego z Europy ludzi ze Scarface i gnieżdżą się w małym busiku”. Scena punk i ska kuleją i jest coraz gorzej. Takie zespoły jak Bad Manners to legendy, które się wszędzie wpasują.



Jak to wygląda u nas w kraju?



Robert „Franz” Wudarski: Vespa ostatni koncert gra teraz, a potem się rozstają na chwilę. Las Melinas gra dalej. Podobnie Pomorska 68, 3CITY, Stompers - te zespoły mieszczą się w klimacie. Robią festiwal Ska Jamboree Gdańsk i jakieś pojedyncze koncerty. W Polsce brakuje festiwali i knajp, gdzie gra się muzykę ska, dlatego często grasz na festiwalach z zespołami metalowymi, czy z innymi. A po drugie, nie pokażesz się, bo nie ma gdzie.




Dlatego też muzyka ska jest często pokazywana na festiwalach reggae.



Robert „Franz” Wudarski: Dokładnie, bo to do siebie pasuje.


Artur Kania: Jeszcze dwa czy trzy lata temu był u nas w Płocku organizowany reggae festiwal „Reggaeland”, gdzie oczywiście były zapraszane zespoły ska, ale przeważały reggae. Wystąpił tam The Selecter.


Robert „Franz” Wudarski: Nie znajdziesz takiego miejsca w Polsce, gdzie byś poszedł do baru, gdzie są rudeboy'e.


Artur Kania: Może jeszcze na południu Polski. W większych miastach coś się kręci.



Często wpadacie grać do Londynu, a gdzie jeszcze gracie oprócz Polski?



Artur Kania: Jakoś tak wypada, że co roku jesteśmy w Londynie. Graliśmy też w Niemczech, w Czechach i na Litwie.



Jak się wam grało na Litwie?



Robert „Franz” Wudarski: Mój znajomy zaprosił nas do Wilna. Tam jest teraz taka scena punka jak u nas ze dwadzieścia lat temu. Na wschodzie są ludzie spragnieni muzyki. Tam się kotłuje. Scena wschodnia jest bardzo ciekawa. Na Białorusi jest mocna scena punkowa, tam dużo ludzi ucierpiało, przez „pana z wąsem”. Pisząc do gościa, wyczuwam, że on nas tam chce, że ludzie chcą nas usłyszeć, żeby sobie fajnie poszaleć na koncertach, a więc trzeba im to dać. Zachód ma swoje zespoły i nie ma co się tam na siłę wpychać. My mamy swoją renomę i nie potrzebujemy jej udowadniać występami na zachodzie. Dla nas ważni są ludzie żądni przekazu, dlatego właśnie chcemy na ten wschód polecieć.



Podwórkowi Chuligani na przestrzeni lat istnienia miał swoje sukcesy i porażki. Jak te doświadczenia wpłynęły na to, co oferujecie swojej publice dzisiaj?






Artur Kania: Mogę powiedzieć, że teraz jest czas, kiedy nam się najlepiej gra. Jesteśmy doświadczeni. Wcześniej trochę inaczej do tego podchodziliśmy. Bywało, że graliśmy trochę na gazie... (śmiech). Teraz kiedy wychodzimy na scenę, dajemy z siebie sto procent, bo chcemy, żeby ludzie, którzy przychodzą, wyszli zadowoleni z naszego koncertu. Kiedyś jak byliśmy gówniarzami, mieliśmy wyjebane na takie sprawy.

fot. Anna Piątkowska

Robert „Franz” Wudarski: Zawsze dajemy przekaz, gramy na sto procent, choć już wiek nie ten (śmiech). Przykładamy się do tego, co robimy. Ludzie płacą za bilety, więc to wymaga od nas pełnego profesjonalizmu.



Przesłuchując wasze albumy, dwie ostatnie płyty, „Na pohybel!” oraz „Prowincjonalna Łobuzerka” zauważa się, że zespół dojrzał, zrobił się poważniejszy. Słychać to w tekstach, które nie są już tylko imprezowe. Jednym z takich poważnych kawałków jest „Okno na świat” z albumu „Prowincjonalna Łobuzerka”.



Robert „Franz” Wudarski: To jest tekst o pedofilii. Pamiętam jak w Berlinie kilka lat temu, nosiłem na kurtce znaczek „Stop Pedofilii”, to ludzie się ze mnie śmiali, a teraz ten temat jest aktualny. Nasze teksty są poważne, bo ja sam zrobiłem się poważniejszy.



Podwórkowi Chuligani kiedyś, a teraz to jest kompletnie inny zespół.



Artur Kania: Jeżeli chodzi o teksty, to masz rację.


Robert „Franz” Wudarski: Teksty i muzyka.




Zespół też bardzo przyspieszył swoje granie, jest ostrzejszy.



Robert „Franz”Wudarski: “Na pohybel!” była płytą bardzo ostrą. Zagraliśmy na niej na dwie gitary.




Najlepszy koncert, jaki dała grupa Podwórkowi Chuligani to....?



Artur Kania: Wszystko jeszcze przed nami chyba.


Robert „Franz” Wudarski: Albo za nami (śmiech). Myślę, że każdy nasz koncert jest inny. Najważniejsze, że się razem dobrze bawimy.

fot. Anna Piątkowska


Życzymy wam, żeby zawsze tak było. Dzięki za wywiad.



Artur Kania: Dziękujemy!


(c) Anna i Tomasz Piątkowscy