wtorek, 27 listopada 2018

„Na tamtym świecie istnieje coś takiego jak złota nuta, która utrzymuje ten świat” - rozmowa o legendarnych muzykach Cytrusa Marianie Narkowiczu i Waldemarze Kobielaku.

Za kilka dni zakończy się miesiąc, w którym wspominaliśmy naszych bliskich zmarłych. My postanowiliśmy pożegnać listopad wyjątkowym wywiadem - prawdopodobnie pierwszym po bodaj trzydziestu latach, jaki udało się zrealizować z jednym z muzyków tej legendarnej formacji.
Mariana Narkowicza i Waldemara Kobielaka w rozmowie z Tomaszem Piątkowskim wspominają Andrzej Kaźmierczak - jeden z założycieli Cytrusa oraz Mietek Pawlak - muzyk takich zespołów jak Mietek&Toffik oraz Setin. Byliśmy podekscytowani i zaszczyceni tym, że było nam dane uczestniczyć w tej rozmowie. Jest to pierwsza z trzech dotyczących Cytrusa, jakie ukażą się na MuzykTomaniA w najbliższych tygodniach.

Waldemar Kobielak (1958-1994) i Marian Narkowicz (1954-2012)

Tomasz Piątkowski:
Dwaj ważni członkowie Cytrusa, których już dziś nie ma wśród nas to: Marian Narkowicz i Waldemar Kobielak. Obaj byli od początku w zespole.

Mietek Pawlak: Waldek był moim przyjacielem z Przymorza.

Andrzej Kaźmierczak: To był muzyk, który w zespole znalazł się trochę przypadkowo. Ja wtedy miałem zespół, który był trochę mocniej grający, czyli, ja się wyżywałem, a reszta miała mnie gonić. (śmiech) Potem jeszcze Maniek zrobił swoje (śmiech). Maniek siedział wtedy w Warszawie u kumpla, a ja czekałem, kiedy wróci. Oczywiście mówił, że jutro wraca, ale nie wracał tygodniami. Czekając na niego, rozkręcałem ten swój zespół. Przewijało się w nim trochę ludzi i w którymś momencie ktoś przyprowadził Kobielaka. Zaczęliśmy próby w klubie Schronik, gdzie pojawił się Waldek i powiedział, że ma klawisze. To była dziecięca zabawka. Podłączyliśmy ją i nawet grała jakieś akordy (śmiech). Waldek był świetnym materiałem! Ja potrafiłem go zapalić. Mówiłem do niego: „Waldek masz grać jak ten facet z Rush i mieć taki sprzęt jak on”. On to kupował. Szedł do rodziny, wymógł na nich i dawali mu kasę, żeby sobie kupił. To samo z gitarą. Waldek był w stanie się poświęcić i grać technicznie coraz lepiej. Parł do przodu, niesamowicie się rozwijał i dużo ćwiczył.



Mietek Pawlak: Był bardzo ambitny. Waldek fajnie się rozwijał i dużo ćwiczył. Wielka szkoda że go już nie ma Był dobrym kumplem i zdolnym basistą. Potrafił, jak mało kto, wydobyć prawdziwy dźwięk z instrumentu. 

Andrzej Kaźmierczak: Czasami wywalaliśmy się na koncercie. Przyszedł kiedyś jazzowy gitarzysta Jarek Śmietana i mówi: „Człowieku, po co tyle dajesz im na koncert? Przecież wy tego nigdy nie zagracie! To jest za trudne! Takich rzeczy się nie gra” (śmiech). Miał racje. Dlaczego to wspominam? Bo Waldek się nie poddawał. Mnie cieszyło, że miałem na niego wpływ. W sensie pobudzania do działania. Więcej żadnego wpływu na niego nie miałem. W zasadzie przypłacił to życiem, bo się zakrztusił. Waldek to była postać, którą bym dzisiaj chciał przy sobie mieć. Był otwarty i kochał życie.

Tomasz Piątkowski: Chyba jak większość rockowców (śmiech)

Andrzej Kaźmierczak: Dziewczyny, śpiew, to może trwać od rana do wieczora (śmiech).

Waldemar Kobielak

Tomasz Piątkowski: Mietku,  Waldek także grał u ciebie?

Mietek Pawlak: Poznaliśmy się z Waldkiem na osiedlu, a przez Waldka poznałem Andrzeja i pozostałych. To on mnie ściągnął do Cytrusa, gdzie zostałem ich technicznym. Z Waldkiem znaliśmy się z jednej ulicy. W wolnych chwilach graliśmy wspólnie w moich klimatach, ale to już inna historia. Szkoda go. Zakrztusił się na imprezie. Myśleli początkowo, że sobie jaja robi, ale chwila, moment i było po wszystkim. To było w 1994 roku.

Tomasz Piątkowski: Marian Narkowicz był jednym z liderów Cytrusa. Jak się zaczęła wasza współpraca, która potem przerodziła się w przyjaźń?

Andrzej Kaźmierczak: Z Mańkiem reprezentowaliśmy dwie sprzeczne osobowości. On był bardzo delikatny i wrażliwy. Sam fakt, że on grał na flecie i na skrzypcach, a ja na gitarze elektrycznej z przesterami, już ci mówi, jaki był układ w zespole. Poznaliśmy się tak, że ja go zaczepiłem i pytam: „Ty co ty tam niesiesz w tej małej walizeczce?” On się odwrócił, a miał długie włosy, aż do pasa i mówi: „To jest flet”. Wtedy ja go zapytałem: „Ty umiesz grać na flecie?” On: „Jasne! Wracam z ogniska”. Miał wtedy piętnaście lat, ja tyle samo. Było może parę miesięcy różnicy między nami. Zaproponowałem, żebyśmy coś razem pograli i Maniek się zgodził. Poszliśmy od razu do mnie. Ja mu włączyłem radio i gitarę. Uderzyłem pierwszy akord, a on do mnie: „Czekaj, bo to trzeba nastroić”. On kręcił, a ja: „Co ty kręcisz?” Kręcił, bo starał się wydłużyć flet, żeby dostroić go do gitary. Ja: „Ale po co to?” „No trzeba dostroić!” „Po co!? Tak jak jest grajmy”. Wtedy on na mnie tylko spojrzał (śmiech) i mówi: „Jak to, mam nie stroić?” Ja: „A co tam! Mamy sobie pograć”.




Wiesz, ja tego wtedy nie rozumiałem, a on od razu sprowadził mnie na ziemie. Od tego momentu codziennie się spotykaliśmy. Jak ja coś robiłem muzycznego, to starałem się go zawsze ściągnąć, a kiedy on coś robił, to ściągał mnie. Zawsze były między nami tarcia, ale byliśmy tak blisko ze sobą, jakby to była jedna osoba. To była jedyna osoba, którą mogę powiedzieć, że znam od podszewki tak jak i on znał mnie. Każdy numer był wynikiem starcia, jakikolwiek byś utwór wziął. Nawet „Tęsknica” na początku miała być zbudowana w całości na flecie, ale została przemieniona, kiedy włączyłem gitarę. My bez przerwy nagrywaliśmy nasze kompozycje na magnetofon i przynosiliśmy każdą próbę do domu, potem dyskutowaliśmy. Kłóciliśmy się niesamowicie, ale zawsze byliśmy zadowoleni, kiedy coś z tego wyszło.




Maniek miewał odloty i te jego odloty miały częściowo podłoże chorobowe, o czym się dowiedziałem na końcu. Przez te wszystkie lata często się zastanawiałem skąd się to u niego wzięło. Pytałem go: „Maniek co ty wyprawiasz?” A on: „Wiesz co? Mam pierdolca, jestem głupi i nie wiem. Coś mnie opętało po prostu! Chyba jestem głupi! Naprawdę, mam pierdolca!” Pomyślałem wtedy, że skoro tak mówi, to tak nie jest, bo żaden wariat tak nie powie. To trwało przez te wszystkie lata, on różne rzeczy odpierdalał. Miewał takie impulsy, że dębieliśmy, po czym zmieniał się, śmiał i wszystko okazywało się żartem.

Mietek Pawlak: To chyba była dwubiegunowość. Pamiętam, kiedy jeszcze jeździłem z wami, że miewał zmiany depresyjnie, a zaraz potem był wesoły i uśmiechnięty.



Andrzej Kaźmierczak: Ale to był lider! Absolutnie! Rozłożony na czterech nogach!

Mietek Pawlak: Każdy na czymś gra, ale uwierz mi, spotkałem tylko dwóch tak wyjątkowych ludzi, którzy mają słuch absolutny, to Józef Skrzek i Marian Narkowicz. To jest rzadkość. Trzeba mieć na to gen! 

Andrzej Kaźmierczak: Nad trumną powiedziałem, że drugiego takiego talentu czystej wody, nie znajdziesz. Byłem przy jego śmierci, bo trochę się męczył na koniec. Żeby go uspokoić, powiedziałem do niego: „Maniek, wyobraź sobie, że za chwilę dostaniesz złotą trąbkę, złoty flet, złote skrzypce i będziesz wydawał złotą nutę. Na tamtym świecie istnieje coś takiego jak złota nuta, która utrzymuje ten świat, złoty dźwięk. Przypomnij sobie, jak miałeś szesnaście lat i włosy do pasa”. On się nagle uspokoił, uśmiechnął. Widziałem to na jego na twarzy: złota nuta i wspaniałe czasy! Wiem, że ta wizja pomogła mu przejść na tamten świat, świat dźwięków! Wiem, że to wszystko nie pójdzie na zatracenie. Za często boleliśmy nad tym, że większość koncertów szła w powietrze, bez nagrania, a niektóre były piękne.




Tomasz Piątkowski: Marian Narkowicz był multiinstrumentalistą, grał na gitarze, klawiszach, skrzypcach i najważniejszym instrumencie - flecie.

Andrzej Kaźmierczak: Miał różne etapy, jeśli chodzi o grę na instrumentach. Kiedy trafił do szkoły muzycznej, uczył się gry na pianinie. Potem musiał wybrać, po kilku latach inny instrument i początkowo wybrał skrzypce, po czym stwierdził, że one są może i fajne, ale jednak flet będzie lepszy. Natomiast jeśli chodzi o gitarę, to jego brat chciał grać na gitarze, u mnie też trochę grał. Gitara była do niego troszkę „doklejona”, bo to nie był jego instrument. To nie jest tak, że Maniek pchał się do grania na wszystkim. On był strasznie ambitny, ale jeżeli uznał, że nie da rady, to rezygnował i dawał grać komuś, kto sobie lepiej poradzi. Musiał być ambitny, mieć jakieś parcie naprzód, bo nie zaszedłby tak daleko. Musiał też czasem walczyć. Jego rodzina chciała, żeby pracował w zakładach tłuszczowych, bo się akurat miejsce zwolniło (śmiech). Zwijał się wtedy z domu i przychodził do mnie. Zostawał dopóty, dopóki chmury się nie rozeszły. Na pewno, gdyby Maniek tu siedział, to powiedziałby ci, że gra trochę na gitarze na koncertach, ale jego głównym instrumentem jest flet. Kiedyś Grzesiu Ciechowski, przyszedł lekko wkurwiony i zaczął bluzgać, że nie umiemy grać, że Maniek nie umie grać, ale tak naprawdę, jeśli chodzi o flet, to Maniek był lepszy od Grzegorza. Grzesiek może i miał dobre pomysły, od strony stylistyki, tekstów, ale na flecie Maniek był zdecydowanie lepszy. Było u niego słychać Jethro Tull.



Tomasz Piątkowski: Marian Narkowicz stał się legendą polskiej muzyki?

Mietek Pawlak: Dla większości jest legendą. Niektórzy mogą myśleć inaczej.

Andrzej Kaźmierczak: Legendą? Jeden powie tak, drugi powie inaczej. Jak dla mnie Maniek był w dużej mierze niewykorzystanym talentem. Dlaczego niewykorzystanym? Bo był leniem, jak ja (śmiech). Nam się po prostu nie chciało. Kiedy graliśmy dużo koncertów, to siłą rzeczy na próbach musiał ćwiczyć i był wtedy najlepszy. Oczywiście, nie był doskonały i był tego świadomy, ale nie miał wielkich aspiracji. Jemu się często nie chciało. Dla niego ważny był sam pomysł i żeby zagrać dobrze. Natomiast, żeby robić popisy na instrumencie, trzeba mieć zacięcie, a Maniek go nie miał. Czy był legendą? Na pewno był wyjątkową postacią. Jak miałbym porównać Skrzek, a Narkowicz? Skrzek jest super zdolnym talentem i on ze swojego talentu żyje, i go wykorzystuje. Maniek był antytalentem, jeżeli chodzi o organizację. Pewnie do dzisiaj nie nagrałby żadnego utworu, żeby nie moja pomoc. On tylko projektował, ale nigdy nie wykonał, nigdy nic sobie nie kupił (śmiech). Jak mu coś odpadło od sprzętu, to bywał kompletnie bezradny. Kobiety go za to kochały. Miał niesamowite powodzenie u kobiet i to w wieku od piętnastu do czterdziestu. Taki przedział atrakcyjności (śmiech).

Marian Narkowicz i Waldemar Kobielak - dedykacja z płyty Trzecia łza od słońca.
Pamiętam edycje rockową w Operze Leśnej. Chełstowski tak sobie wymyślił, że zrobi coś ekskluzywnego. Wersję czegoś, co później robił w Jarocinie. Poustawiał zespoły, a my mieliśmy zaczynać. Sprzedano oczywiście wszystkie bilety. Zagraliśmy pierwsze trzy dźwięki i widzę, że coś się dzieje. Okazało się, że ludzie ruszyli na płot i całe ogrodzenie przewrócili. Około siedmiu tysięcy ludzi wlazło do Opery, gdzie nie ma tylu miejsc i to był autentyczny full, jakiego w Operze nigdy nie widziałem. Takie wspomnienia powodują, że muzycy są uniesieni. Jak Maniek umierał, właśnie po to sięgnąłem. Powiedziałem mu: „Maniek przypomnij sobie koncert w Operze, jak płot leciał”. To wspomnienie mu pomogło w przejściu na tamtą stronę. Widziałem, że się rozjaśnił. Mam nadzieję, że kiedyś powita mnie z otwartymi rękami.

Mietek Pawlak: Andrzej, to jeszcze długo potrwa.

Fot. Anna Piątkowska



(c) Anna i Tomasz Piątkowscy

sobota, 10 listopada 2018

Nie gniewaj się na mnie Polsko

 Poniższy artykuł ukazał się pierwotnie na blogu Muzyczna Podróż

Ponad 25 lat temu skończył się PRL. Czy rzeczywiście jednak się skończył? Trudno mówić, że dokonał się w naszych umysłach koniec systemu, w którym przyszliśmy na świat i w którym spędziliśmy większość naszego życia. Na szczęście wyrosło już nowe pokolenie, które o kolejkach, kartkach na mięso, Poznaniu 1956, grudniu 1970 czy Stanie Wojennym słyszało tylko od rodziców lub nauczycieli. Mentalnie PRL jest w nas nieustannie, bo chociażby takie podsuwanie dowodów wdzięczności lekarzowi czy urzędnikowi jest niczym innym jak atawizmem systemu, który pozornie już odszedł. W UK podejście do urzędnika z dowodem wdzięczności mogłoby zakończyć się w najlepszym przypadku totalnym obciachem dla wręczającego, o czym przekonała się kilka lat temu pewna moja znajoma próbując wykonać takową czynność w jednym z tutejszych urzędów pracy.

Fot. Sławek Orwat
Cóż to jednak jest 25 lat? Polski nie było na mapie aż 123 lata. Wyrosło w tym czasie 5 pokoleń i w pewnym momencie nie było już nikogo, kto mógłby pamiętać Insurekcję Kościuszkowską lub gest Rejtana. Dlaczego więc przetrwaliśmy? Przetrwaliśmy dzięki tym, którzy pomimo braku państwowości uparcie mówili do swoich dzieci po polsku, przetrwaliśmy dzięki tym, którzy pisali książki w języku Narodu, którego braku istnienia na mapie nie uznała - o ironio! - tocząca z nami XVII-wieczne wojny Turcja. Opór zbrojny oczywiście też był. 


Jeden z Pomników Marszałka w Warszawie

Najczęściej był on nieudany, ale martyrologia ma to do siebie, że synowie mają przynajmniej za co nienawidzić oprawców swoich ojców i matek. Były więc zastępy Kordianów, ale na szczęście były też całe dywizje Siłaczek i Doktorów Judymów. Dwa skrzydła - zbrojne i intelektualne wyniosły nas w końcu w niepodległość i nie bez powodu dziś się uważa, że być może obok Józefa Piłsudskiego i Legionów to Henryk Sienkiewicz pisaniem powieści przygodowych z narodową historią w tle mógł być tym, który w pewnym momencie zrobił najwięcej.



I jeszcze jedno. W USA czy w UK narodowe barwy i godła są praktycznie wszędzie. Są na samochodach, koszulkach, w oknach, a nawet - co Polakom by chyba nigdy do głowy nie przyszło - na bieliźnie i nikt w tych krajach nie uważa, że jest to jakieś nadużycie. W Polsce natomiast od kilkunastu lat istnieje w pewnych kręgach chora propaganda, która usiłuje wmówić obywatelom, że oflagowywanie się i mówienie o patriotyzmie jest niepoprawne politycznie, że przecież jest Unia Europejska, że robienie filmów o czasach germanizacji może zaszkodzić naszym relacjom z Niemcami. Z tego samego powodu za wstydliwe uznaje się wznawianie kolejnych wydań "Placówki" Prusa lub mówienie o Drzymale, no bo jak tu pisać o tym, że jakiś chłopina wolał zamieszkać w wozie cyrkowym, niż ziemię Niemcowi oddać, skoro dziś wyprzedaje się w Polsce jakże często za bezcen nie tylko Niemcowi i nie tylko ziemię i co więcej... próbuje się nam wmówić, że musimy być przecież w tym temacie otwarci. 

Wóz Drzymały
Niewielu jednak ma odwagę wyjaśnić społeczeństwu, jakie są efekty takiej otwartości w przypadku, gdy kupujący zarabia na co dzień 5-krotną wartość dochodów sprzedającego. Nie mówi się głośno także tego, że u nas z klucza jeden poseł mniejszości niemieckiej ma zagwarantowane miejsce w Sejmie, podczas gdy w Niemczech od lat władze nie wyrażają zgody na oficjalne zarejestrowanie polskiej mniejszości, która jest tam zdecydowanie liczniejsza, niż mniejszość niemiecka u nas.





Myśląc dziś o Polsce, najlepiej zrobić jednak własny rachunek sumienia i zapytać samego siebie: jak bardzo doceniam fakt, że po latach zaborów i okupacji mam Polskę? Jaką ma dla mnie wartość to, że pomiędzy Bugiem a Odrą, gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje, przetrwał język, w jakim wyrosłem i narodowa kultura, którą mogę współtworzyć. Czy zawsze wszystko w moich relacjach z Polską było OK? Pewnie nie wszystko. Nie gniewaj się więc dziś na mnie Polsko, że w ciągu ostatnich lat żyję z dala od Ciebie. Obiecuję, że postaram się wrócić, zgaszę światło i będę szukał w ciemnościach Ciebie, a Ty poprowadzisz mnie wtedy za rękę. Wszak Matka wszystko potrafi wybaczyć. 

~~~


Sławek Orwat - Muzyki słuchał wcześniej niż potrafił mówić. W dojrzałość wprowadził go stan wojenny. Przez półtora roku był redaktorem muzycznym tygodnika Wizjer oraz współorganizował dwie edycje WOŚP w Luton, gdzie także prowadził polskie programy w internetowym radio Flash i brytyjskim Diverse FM. W roku 2010 założył kabaret 3 x P, który wystąpił m.in podczas imprezy poprzedzającej zawody strongmanów Polska - Anglia. Z londyńskim magazynem Nowy Czas współpracuje od marca 2011 a od roku 2015 z portalem Polski Wzrok z siedzibą w Bedford (UK). W latach 2012 - 2014 prowadził autorską audycję Polisz Czart na antenie brytyjskiego radia Verulam w położonym niedaleko Londynu St. Albans. Program ten był przez rok także emitowany na platformie radiowej Fala FM z siedzibą w kanadyjskim Toronto, a od czerwca 2015 jest nadawany na antenie Radia Near FM w Dublinie (Irlandia). W lipcu 2012 związał się z warszawskim magazynem JazzPRESS, a w październiku tego samego roku z wychodzącym w Sosnowcu kwartalnikiem Lizard. Tłumaczenie jego wywiadu z Leszkiem Możdżerem ukazało się w brytyjskim magazynie London Jazz. Poza działalnością dziennikarską można go także spotkać w roli konferansjera. Największą imprezą, jaką miał okazję zapowiadać dla blisko 2,5 tysięcznej widowni był zorganizowany przez Buch IP 8-go marca 2014 londyński koncert Nosowskiej, Brodki i Marii Peszek. W styczniu 2014 współorganizował Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy w Hull.

wtorek, 6 listopada 2018

HRPP Festival 2018 czyli toruński przepis na muzyczną ucztę.

Ostatni z koncertów w ramach HRPP Festival 2018 w Toruniu, który odbył się 29 października 2018 roku, przypominał naszym zdaniem, obiad złożony z trzech dań. Takie było pierwsze skojarzenie, które przyszło nam do głowy, kiedy dowiedzieliśmy się o kolejności, w jakiej muzycy  mieli pojawić się na scenie.



Jako pierwsza wystąpiła znakomita Moriah Woods, która, choć na potrzeby tej wypowiedzi została przedstawiona w roli przystawki przed daniem głównym, nie powinna bynajmniej pozostać niedoceniona. Każdy smakosz wie przecież, że dobrze przygotowana przekąska może spokojnie stanowić samodzielne danie! Nie inaczej było i tym razem. Połączenie amerykańskiego folku, rockowej alternatywy z czystym i delikatnym głosem Moriah rozgrzało apetyty przybyłych. Ten występ mógłby z powodzeniem nasycić nas do końca wieczoru, zwłaszcza że Moriah bisowała aż dwa razy. Nietaktem byłoby się jednak najadać, gdy przed nami tak doskonale skomponowane danie główne!

Występ Moriah Woods podczas HRPP 2018. Fot. Anna Piątkowska



Dobry gospodarz to nie tylko taki, który wie jak zaspokoić głód, ale przede wszystkim ten, który rozpozna i zadowoli najbardziej wysublimowane apetyty gości. Tego dnia w Pub Pamela w Toruniu dogodzono nam aż nadto, bo podano aż dwie ikony polskich klawiszy na jednym talerzu! To wyborne połączenie dwóch potraw w jednym daniu głównym przyciągnęło zatem, co zrozumiałe, najliczniejszą grupę smakoszy. Legenda sceny progresywnej - Józef Skrzek, wystąpił jako gość specjalny pianisty jazzowego i bluesowego Krzysztofa Głucha. Zobaczyć jednego szefa kuchni to zaszczyt, ale obserwować dwóch przy pracy, to już przywilej zarezerwowany tylko dla nielicznych! 

Józef Skrzek i Andrzej Rusek  at HRPP Festival 2018 Fot. Anna Piątkowska

Krzysztof Głuch, Krzysztof Głuch Jr i Agnieszka Łapka podczas HRPP Festival 2018. Fot. Anna Piątkowska
Obaj panowie wraz z pozostałymi muzykami z zespołu Krzysztof Głuch Oscillate finezyjnie karmili nasze uszy mieszanką muzyki progresywnej, jazzu, bluesa i soulu polewając wszystko solidnym sosem improwizacji. Przemek Borowiecki i Krzysztof Głuch Jr wnieśli posmak świeżości, Andrzej Rusek kunsztownie doprawiał całość basem, a Agnieszka Łapka pięknie okrasiła wszystko swoim soczystym wokalem. Tak podane danie główne aż prosiło się o potrójną dokładkę, czego nie ośmielono się nam odmówić!





Motto każdego łasucha brzmi: nigdy nie rezygnuj z deseru! Kto rezygnuje, ten wiele traci, a tego wieczoru można było przegapić niepowtarzalną okazję zobaczenia na scenie debiutanckiego występu zespołu Fijałkowski Project, który zagrał utwory ze świeżo upieczonej EPki. Byliśmy bardzo ciekawi zarówno jej brzmienia na żywo, jak i odbioru przez publikę.

Łukasz Fijałkowski. Fot. Anna Piątkowska

Tu Fijałkowski Project nie zawiódł ani w jednym, ani w drugim. Na scenie zobaczyliśmy pięć osobowości, których współpraca przypominała niejako połączenie kilku przenikających się w jednym deserze smaków, z których, choć każdy z osobna jest wyczuwalny wyraźnie, to w takiej wariacji tworzą spójną i harmonijną całość.

Fijałkowski Project at HRPP Festival 2018 w Toruniu. Fot. Wojtek Zillmann

Nic się ze sobą nie gryzło, wszystko było w odpowiednich proporcjach i co najważniejsze – zero półproduktów! To był kawałek świetnej muzyki od serca, co publika wyczuła, reagując spontanicznym tańcem i domagając się bisów.



Wszystkie trzy koncerty były dla nas wspaniałym przeżyciem, które długo pozostanie w naszej pamięci. Nie tylko nasz głód, ale i apetyt na dobrą muzykę zostały zaspokojone. Nie do uwierzenia, że to wszystko działo się w małym, niepozornym pubie, położonym kilka minut drogi od centrum Torunia. Z łatwością przeoczylibyśmy jego lokalizację, gdyby nie rzucający się w oczy ogrodowy parasol piwny. Patrząc na ofertę Hard Rock Pub Pamela tego wieczoru, ale także i rozglądając się wokoło tuż po wejściu do lokalu, stwierdziliśmy, że to miejsce naszym zdaniem zasługuje na prawdziwą muzyczną gwiazdkę Michelin.

Autorzy dziękują Izabeli Sanockiej za porady, nie tylko kulinarne, przy opracowaniu niniejszego tekstu. 

(c) Anna i Tomasz Piątkowscy

wtorek, 11 września 2018

Trzecia łza od słońca (Cytrus) - recenzja płyty.

„Jest takie stare branżowe powiedzenie, że aby odnieść sukces w show – biznesie, poza talentem i determinacją trzeba mieć jeszcze odrobinę szczęścia. Nawet najbardziej wartościowa muzyka przepadnie, jeżeli nie zostanie pokazana światu w odpowiednim momencie, a jej twórcy nie spotkają na swej drodze odpowiednich ludzi. Cytrus za swojego żywota nie doczekał się nawet singla”

Marcin Jacobson



W marcu tego roku miała miejsce premiera trzeciej kompilacji sopockiego zespołu Cytrus zatytułowanej „Trzecia łza od słońca". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zespół zakończył działalność w 1985 roku i w całej swojej sześcioletniej działalności nie wydał żadnego singla ani albumu. Wszystkie płyty dostępne na rynku, składają się z utworów zarejestrowanych podczas koncertów w studiu Polskiego Radia.


Dwie poprzednie, „Kurza Twarz” i „Tęsknica” wydane przez Metal Mind Production kolejno w 2006 i 2007 roku, to dziś prawdziwe „białe kruki”. Chcąc zakupić jedną z nich, trzeba się często liczyć z wydatkiem rzędu kilkuset złotych, wliczając w to koszty wysyłki z takich krajów jak Stany Zjednoczone. 
Początkowo uważaliśmy, że podjęcie się zrecenzowania tego typu płyty, będącej zbiorem utworów zarejestrowanych wiele lat wcześniej, będzie zadaniem zbyt trudnym i być może nawet niepotrzebnym. Jednak im więcej czasu poświęciliśmy tej płycie, tym lepiej rozumieliśmy, że zasługuje ona na większą uwagę, przede wszystkim ze względu na nieprzypadkowość doboru utworów. Wydawca zadbał tutaj o wszelkie szczegóły w taki sposób, aby odbiorca miał wrażenie jakby miał do czynienia nie z kompilacją, a z przemyślaną koncepcją muzyczną.

W pierwszej kolejności na uwagę zasługuje projekt okładki. Dominują tu kolory żółty i zielony. Do płyty dołączono książeczkę zawierającą zdjęcia i historię zespołu w dwóch językach, (polskim i angielskim). Pierwsza strona to przeróbka obrazu „Lemon World” rosyjskiego surrealisty Vitaly'a Urzhumov'a. Drzewo rosnące pośrodku cytrynowego pola z oryginalnego obrazu, zastąpiono tutaj niebieskim diamentem, w domyśle symbolem łzy. Nawiązanie do surrealizmu z cytrynami w roli głównej, jako oprawy graficznej do muzyki, nie tylko perfekcyjnie koreluje z doborem utworów, ale także doskonale ilustruje styl muzyczny Cytrusa.

Lemon World by Vitaly Urzhumov
Wszystkie czternaście kompozycji na płycie „Trzecia łza od słońca”, to utwory instrumentalne mające wydźwięk typowych dla rocka progresywnego, form opowieści muzycznych, które nawet  i współczesnego słuchacza potrafią zaskakiwać swoją nietuzinkowością. Świetnie słychać to w utworze pod tytułem „Afera”, którego struktura jest dość rozbudowana. Rozpoczyna się on dynamiczną i popisową grą na skrzypcach Mariana Narkowicza, do którego w pewnym momencie dochodzi klimatyczny dźwięk fleta, będący znakiem rozpoznawczym zespołu. Na koniec tą całą dynamiczną i  szaloną mieszankę, Andrzej Kaźmierczak doprawia swoją gitarową solówką.


Innymi utworami, równie energicznymi na kompilacji są: „Rock’80”, „Terroryści” czy „Kurza Twarz”. Można je wskazać jako jedne z najlepszych w okresie istnienia Cytrusa i będące ich znakiem rozpoznawczym. To prawdopodobnie te kompozycje krytycy określili jako: „heavy grany z jazzowym zacięciem”. Według nas są to prawdziwe „petardy muzyczne”. Melodyjne hard rockowe brzmienie połączone z dźwiękami fletu, skrzypiec i gitar. Unikalne brzmienie „wyciskające” z cytrusowym zacięciem z muzyki to, co najlepsze, niejednokrotnie z dodatkiem groteskowych elementów, jak choćby w utworze „Kurza twarz” granym pod rytm gdakania kury.


Kompozycjami o zupełnie innym charakterze mającymi w sobie refleksyjny, baśniowy i romantyczny klimat są na pewno „Trzecia łza od słońca”, „Tęsknica nocna”, „Jeźdźcy smoków” czy „Baśń o księżycowej karecie”. 
Jednym z najsłynniejszych i najczęściej granych numerów w studiach radiowych jest „Tęsknica nocna”, w którym Marian Narkowicz daje mistrzowski pokaz umiejętności gry na flecie. „Jeźdźcy smoków” z kolei, na wstępie ma mroczne intro, ale to muzyczno-teatralny popis muzyków, heavy zmieszany z progresywą, bluesem i jazzem. Balladą najbardziej ukazująca progresywne oblicze Cytrusa jest „Baśń o księżycowej karecie”, gdzie odnajdziemy przepięknie, ciepło brzmiące klawisze podkreślone fletem oraz techniczną solówką gitarową.


Płyta „Trzecia łza od słońca” wydana przez GAD Records jest według nas godna polecenia zarówno tym którzy dopiero odkryli muzykę Cytrusa, jak i tym wszystkim, którzy już wcześniej zdążyli zapoznać się z jego twórczością. Widać, że mamy tu do czynienia z przemyślanym i spójnym projektem, który powstał z myślą o zespole, który nigdy nie miał szansy wydania choćby singla. Ta koncepcja w jakimś stopniu wynagradza tę niesprawiedliwość losu sprzed trzydziestu kilku lat, która sprawiła, że pomimo licznych sukcesów na scenie sami członkowie Cytrusa w pewnym momencie stracili wiarę w sens dalszego istnienia grupy i zakończyli jej działalność. 

My wsłuchując się w dźwięki „Trzeciej łzy od słońca” mamy nadzieje, że czas Cytrusa dopiero nadchodzi, bo w dzisiejszym świecie tanich i łatwych egzaltacji muzycznych oferowanych nam nawet przez telewizję publiczną i to tę samą, dzięki której przetrwały cytrusowe dźwięki, nie ma dla nas nic bardziej fascynującego niż odkrywanie na nowo opowieści muzycznych stworzonych z czystej pasji i miłości do muzyki.

***

Zespół Cytrus powstał w 1979 roku w Trójmieście z inicjatywy Andrzeja Kalskiego, perkusisty zespołu jazzowego Ragtime Septet. Pozostałymi członkami byli gitarzysta Andrzej Kaźmierczak z Truskawkowego Budzika, basista Waldemar Kobielak oraz Marian Narkowicz multiinstrumentalista, pomysłodawca większości kompozycji grupy. 
Dominującym gatunkiem muzycznym w utworach Cytrusa był progresywny rock. Odnajdziemy tu także elementy jazzu, bluesa i hard rocka. Grupa zwróciła uwagę szerszej publiczności, wygrywając Przegląd Zespołów Muzycznych w Żaku skąd potem trafiła do studia Polskiego Radia w Gdańsku. W dalszym okresie brała udział w festiwalach i przeglądach (I Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji, trzecia edycja Muzyki Młodej Generacji w Sopocie, Pop Session'81, Rockowisko'81, Kart Rock'82, Rock Arena'83, Jarocin'85), które zapewniły jej ogólnopolską karierę. Cytrus wprawdzie nie zdążył nagrać albumu studyjnego, ale znany był wówczas przede wszystkim dzięki licznym koncertom, sesjom nagraniowym w radiu oraz występom telewizyjnym w TV Gdańsk, czy Wrocław. 
Początkowy skład grupy nie utrzymał się do końca jej działalności i w ciągu kilku lat następowały zmiany. W 1981 roku odszedł Andrzej Kalski. Do grupy zaś dołączyli Zbigniew Kraszewki (perkusja) i Kazimierz Barlasz (wokal). Następnie Kraszewski odszedł w 1984 roku, by kontynuować swoją muzyczną karierę w Kombi. Pałeczki perkusyjne przejął wówczas Leszek Ligęza z legendarnego Dr Hackenbusha. Cytrusowe szeregi opuścił również Waldemar Kobielak na rzecz formacji Babsztyl, a w jego miejsce pojawił się Zbigniew Gura. Dalej, Kazimierz Barlasz po podjęciu współpracy z Exodusem i Mad Max, został zastąpiony przez Józefa Masiaka, a w rok później po tych wszystkich roszadach Cytrus ostatecznie zakończył swoją działalność. Muzycy zaś zdecydowali się na łatwiejszą drogę, zakładając zespół „Korba”.


Opracowanie tekstu Tomasz i Anna Piątkowscy


sobota, 18 sierpnia 2018

"Gramy to, co czujemy" - z zespołem Thetragon, tuż przed ich trasą koncertową po Polsce, rozmawia Tomasz Piątkowski.

21 lipca 2018, Londyn. Najgorętsze od czterdziestu dwóch lat lato na Wyspach Brytyjskich. W sobotni wieczór, wprost  z rozkrzyczanej i rozbawionej ulicy centrum dzielnicy Soho, wchodzimy w podziemia St. Moritz Club i już od samego wejścia dochodzą nas energetyczne dźwięki Wings of Destiny. Odrodzony w 2013 roku zespół Thetragon właśnie gra koncert dla fanów, sympatyków i przyjaciół. Wyczuwalna w powietrzu atmosfera podekscytowania udziela się także i nam. Jest to bowiem ostatni londyński koncert grupy, przed trasą po Polsce.  Pierwszą po bodaj piętnastu latach od zawieszenia działalności. Po koncercie z braku innych opcji spotykamy się w najciaśniejszym i najduszniejszym pomieszczeniu klubu. Rozmawiamy o przeszłości, nadziejach i planach. Już po chwili wiadomo, że choć Thetragon muzycznie różni się od tego, co  robił kiedyś, to jest to ta sama, dobra i znana wszystkim marka, którą grupa ma zamiar potwierdzić, dając koncerty na najwyższym poziomie. 


Zespół Thetragon. Od lewej: Dariusz Kerl, Wojciech "Świerszcz" Wojtyczek, Vinnie Moon (Tomasz Wiśniewski), Wacław Wolan.

Tomek:
Zacznijmy od nazwy. Skąd się wzięła? 

Wojtek Wojtyczek: Nazwa pochodzi od figury geometrycznej. Kiedyś chcieliśmy się nazywać Tetragon, ale już taka kapela istniała, więc dołożyliśmy literkę „h” w środek i tak zostało. Gitarzysta, który udzielał się na pierwszym demo Thetragon, twierdził, że to imę ducha smutku, lecz po długich wertowaniach w słownikach nic takiego nie znalazłem. 

Tomek: Thetragon powstał w 1997 roku w Krośnie, gdzie debiutował na Wojewódzkim Przeglądzie Zespołów Muzycznych, zajmując trzecie miejsce. Wydaliście potem demo Gate Of Darkness. Czy to był ten moment, w którym zaczęliście się wybijać na czołowe metalowe miejsce w Polsce? 


Wojtek Wojtyczek: Do czołówki w Polsce było nam jeszcze daleko jak do nieba, ale udało się nam zagrać dużo fajnych koncertów. Byliśmy młodzi i zbuntowani. To były inne czasy, nie było YouTube'a, nie było internetu, ale za to były kontakty. Dzięki nim zagraliśmy z zespołami typu Devilyn, Christ Agony, czy znana wtedy Atrophia Red Sun. To wszystko jednak ruszyło dopiero po wydaniu albumu The Everlasting Glance of Ethernity

Tomek: Czyli po 2000 roku. Ta płyta jest w pełni profesjonalna i otworzyła wam drogę do grania z dość znanymi grupami. Mieliście wtedy uczucie, że zaraz dołączycie do ekstraklasy metalowej, albo że się w niej już znajdujecie? 


Wojtek Wojtyczek: Przyznam, że po tym albumie poczuliśmy się docenieni, bo udało się wtedy zagrać z czołowymi zespołami z Polski jak: Acid Drinkers, Decapitated, Closterkeller, Sceptic czy Corruption i to były naprawdę duże koncerty.

Wojtek Wojtyczek z Tomaszem Lipnickim po jednym z koncertów Acid Drinkers w 2003 roku. 

Tomek: Który z nich najlepiej wspominasz? 

Wojtek Wojtyczek: Na pewno z Closterkeller w Dębicy. Duża publika, wszyscy ciepło nas przyjęli i czekali na nas, chociaż przyjechaliśmy spóźnieni z powodu defektu auta. Zdążyliśmy dosłownie „na styk”, ale ten koncert i tak miło wspominam. Podobnie z Decapitated, choć to były dopiero ich i nasze początki. Wtedy jeszcze się tak nie liczyli, jak teraz. Witold „Vitek” Kiełtyka świętej pamięci, perkusista, brat Wacława, udzielał się u nas na koncertach w Jaśle, kiedy nasz bębniarz był za granicą. Zagrał z nami dwa koncerty, ten drugi to był ze Sceptic w Aramis Klub w Krośnie, bardzo liczna publika przybyła. Również mam mocno w pamięci koncert z Acid Drinkers w Rzeszowie w klubie Akademia, świetny klub! 

 


Tomasz: Kiedyś można było czytać na wasz temat w Thrashem All, Metal Hammer czy 7 Gates, graliście w radiach. Widać, że powoli powracacie na dawną pozycję. 

Wojtek Wojtyczek: Myślę, że tak. Mamy duże plany na ten rok. Przed nami trasa po Polsce. Dlatego uważam, że jesteśmy gotowi wrócić do tego, co było kiedyś. Może nawet z większym czadem, bo jesteśmy starsi, każdy z bagażem doświadczeń życiowych i dojrzalsi muzycznie. 

Tomek: Trzecia płyta pod tytułem Before I Die nie została wydana ze względu na śmierć twojego brata - basisty Piotra „Cricketa”. Zespół zawiesił wtedy swoją działalność. Co się stało z materiałem? 


Wojtek Wojtyczek: Kilku kawałków można posłuchać na YouTube. Kiedyś pojawiła się taka myśl, żeby ją wydać, ale zespół zmienił styl. Jak zauważyłeś na starych wydawnictwach graliśmy z growlem. Teraz gramy z innym wokalistą, dlatego trudno będzie odgrzebać te kawałki, zrobić je na nowo, z normalnym czystym wokalem. Nie podjęliśmy jednak ostatecznej decyzji co do tej płyty. Jest jeszcze inna kwestia. Materiał do tego albumu był nagrany w 2003 roku, a brzmienia poszły bardzo do przodu. Wtedy nagrywaliśmy to, powiedzmy, w średniej jakości studiu, jeżeli słuchasz tego teraz. Na tamte lata to brzmiało dobrze, natomiast teraz brzmi raczej średnio. Może ewentualnie niektóre numery dałoby się przearanżować na czysty wokal i zagrać jeszcze raz. Zobaczymy. 


Tomek: Po reaktywacji zespół wyraźnie zmienił swój styl muzyczny. Teraz jesteście jakby zupełnie innym zespołem. Gracie power metal czy może jakiś inny podgatunek metalu? 

Wojtek Wojtyczek: Nam samym sobie trudno nadać sobie jakąś nalepkę. Najlepiej, gdyby słuchacze to ocenili, ale jest to na pewno jakiś rodzaj heavy metalu. 

Wacław Wolan: …albo hard rock. 

Tomasz Wiśniewski: Są też elementy doom metalu, jeżeli mielibyśmy się odnieść do stylistyki. Na pewno nie ma w tym thrashu. Tempo raczej umiarkowane. 

Wojtek Wojtyczek: Gramy to, co czujemy. 

Thetragon podczas koncertu w St. Moritz Club w Soho. Fot. Piter Piotr (Facebook)

Tomek: Dlaczego zrezygnowaliście z death metalu? 

Dariusz Kerl: Ponieważ z kompilacjami osobowości, które się spotkały, już nie dałoby rady tego zrobić. 

Marcin Kielar: Nasz wokalista nie śpiewa growlem, więc nie nadawałby się do death metalu, choć jest świetnym gitarzystą. 

Wacław Wolan: Każdy z nas jest inny i jakby pochodzi z innej epoki. Ja jestem rocznik Black Sabbath. 

Fot. Krzysztof Plocek
Marcin Kielar: Wacek to jeszcze z dinozaurami chodził po świecie. (śmiech) 

Wojtek Wojtyczek: Myślę, że zrezygnowaliśmy z death, bo czujemy, że jesteśmy dojrzalsi i chcieliśmy się doskonalić.

Tomek: Czy po tych wszystkich zmianach w składzie myślałeś też o zmianie nazwy? 

Wojtek Wojtyczek: Był taki plan na początku, ale chłopaki przekonali mnie, żeby utrzymać nazwę, więc została. A poza tym cały czas gramy kawałki z drugiej płyty Thetragonu. 

Wojtek "Świerszcz" Wojtyczek

Tomek: Od ostatniego wywiadu ze Sławkiem Orwatem minęło trochę czasu. Nastąpiły jakieś zmiany w zespole? 

Wojtek Wojtyczek: Mamy nowego perkusistę Darka, ale poza tym jakiś specjalnych zmian nie było. 

Tomek: Jakiś czas temu wydaliście EP-kę Wings of Destiny zawierającą długogrające melodyjne cztery numery: And I see, Somewhere, Silent Tear, Wings of Destiny. Czyje są to kompozycje i kto układał teksty? 

Wojtek Wojtyczek: EP-ka powstała jeszcze przed dołączeniem Tomasza do zespołu. Szkielety kawałków uformowałem w domu, a potem Marcin dokładał solówki. Samymi szkieletami zająłem się osobiście, podzieliliśmy ilości: co pod wokal, a co na gitarę. Co do tekstów, ja napisałem jeden, reszta należy do Tomka. 

Thetragon podczas wywiadu w St. Moritz Club. Fot. Krzysztof Plocek

Tomasz Wiśniewski: Z formowaniem kawałków i pisaniem tekstów wiąże się historia mojego dołączenia do Thetragonu. Wojciecha spotkałem u naszego przyjaciela, gdzie podobnie jak on wynajmowałem pokój. Tam jakoś się zgadaliśmy i on przedstawił mi swoją muzykę. Kompozycje i stylistyka bardzo mi pasowały, a akurat zespół szukał wokalisty. Napisałem wszystkie słowa do piosenek oprócz  Cichej łzy (Silent Tear), do której Wojciech napisał tekst, po bolesnym przeżyciu. 

Tomek: Ballada z dużym ładunkiem emocjonalnym pod tytułem Silent Tear zawiera dwie wersje, polską i angielską. Jest to hołd dla Piotra, twojego brata?
                                                                                     Piotr "Cricket" Wojtyczek
                                                              
Wojtek Wojtyczek: To jest tekst, który jest dla mnie bardzo osobisty i oparty na prawdzie. Tę piosenkę napisałem dla mojego brata, który był basistą Thetragonu. On już jest teraz po tamtej stronie i mam nadzieję, że załatwia nam koncerty na przyszłość. Teraz wreszcie mogę o tym spokojnie mówić, minęło już czternaście lat od jego śmierci i pogodziłem się z tym, tak jak napisałem w tekście. Mam nadzieję, że jest w dobrym miejscu, bo był dobrym człowiekiem. Zespół reaktywowałem dla niego. 


Pamiętam, że dzień przed śmiercią powiedział mi: „Młody musisz grać dalej bez względu na wszystko, co miałoby się stać! Thetragon musi grać! Ta kapela kiedyś będzie wielka!”. Piotrek był cztery lata starszy ode mnie. Był prawdziwym starszym bratem, za złe negował, za dobre wychwalał, a oprócz tego był moim przyjacielem. Wspólna muza, wspólne dzieciństwo... Co mogę więcej powiedzieć? Myślę, że czuwa nade mną i naszym zespołem, 

Tomek: Thetragon powoli odbudowuje swoją markę. Macie za sobą wygraną na liście Polisz Czart z piosenką Wings of Destiny, wydaliście EP-kę, zaraz ruszacie w trasę. Co potem w planach? Kiedy spodziewać się LP? 

Wojtek Wojtyczek: Mamy w planach wydanie płyty jeszcze w tym roku. 

Tomasz Wiśniewski: Postanowiono, że w tym roku nagrywamy! 

Tomasz Wiśniewski - fot. facebook

Wojtek Wojtyczek: Skoro Tomasz tak powiedział... (śmiech). Oprócz tego, że gramy, wszyscy pracują. Mieszkamy w Londynie i okolicach. Marcin i Wacław mieszkają poza Londynem. Staramy się grać razem chociaż raz w tygodniu. Czasem bywa ciężko, dlatego trudno na sto procent podać datę premiery naszej płyty. 

Tomek: Album będzie w dwóch językach? 

Wojtek Wojtyczek: Raczej będzie po angielsku. 


Tomasz: Wings of Destiny udowadnia, że jesteście już w pełni profesjonalną drużyną. Wysoki poziom i techniczne granie. Jaka jest wasza ocena tej EP-ki?

Wojtek Wojtyczek: W skali o jeden do pięciu, moim zdaniem jest na cztery z plusem, ze względu na bardzo szybki czas nagrania oraz tylko dwa miesiące wspólnych prób przed nagraniem. 

Dariusz Kerl: Ja oceniam ją średnio, ponieważ była nagrana zbyt szybko.

Dariusz Kerl photo by @krizphoto

Wacław Wolan:
Za szybko ją nagraliśmy, ale i tak dobrze wyszła. 

Tomasz Wiśniewski: Na EP-ce mamy cztery utwory, plus dwa w wersji polskiej. Zachęcamy do posłuchania. Jest to pierwsze wydawnictwo Thetragon po odrodzeniu zespołu. Mamy nadzieję, że materiał się spodoba. Płyty będą dostępne również na naszych najbliższych koncertach, na które serdecznie zapraszamy! 

Fot. thetragonband.com

Tomek:
Thetragon to także Wacław Wolan, Marcin Kielar i Darusz Kerl. Jak trafiliście do zespołu? Pomimo poszukiwań nie udało mi się znaleźć wiele informacji o was. Czy możecie opowiedzieć coś o sobie czytelnikom i fanom? 

Marcin Kielar: Przewinąłem się przez kilka zespołów w Polsce. Gitara - można powiedzieć - była moją pracą. Były wesela, bankiety itd. Oprócz tego grałem w zespołach. Zaczynałem w rockowych, pop-rockowych, później bardziej poszedłem w metal. Wojtek grał na bębnach… 

Wojtek Wojtyczek: …w Last Time. Taka formacja! 

Marcin Kielar:… Wrak najpierw! A potem był Last Time. Grałem trochę w tych małych kapelach, które sobie istniały gdzieś w okolicach Krosna. 

Marcin Kielar photo by @krizphoto
Darek Kerl: Moja historia, jeżeli chodzi o muzykę, sięga daleko. Gram na instrumencie od dziewiątego roku życia. Później było również trochę grania weselnego, ale niedużo. Mój ojciec grał po weselach i był multiinstrumentalistą. W młodzieńczych czasach grałem z bratem muzykę jak na tamte czas dość zaawansowaną, bo thrash metal. Potem nawet w techno thrash weszliśmy. To miało być bardzo fajne brzmienie, technicznie dobrze rozpracowane, ale wojsko pozamiatało wszystko. Brat poszedł do armii, a potem wszyscy się porozjeżdżali. 

Tomek: Dość imponująco, wyglądasz przy perkusji. Potężny facet i rozłożysty sprzęt perkusyjny. (śmiech) 


Dariusz Kielar photo by @krizphoto

Darek Kerl:
Zawsze rajcowały mnie duże zestawy perkusyjne ze względu na możliwości. Jeżeli w głowie ma się jakoś dobrą koncepcję na to, żeby utwór dobrze brzmiał i się go dobrze zaaranżuje, to można przeróżne rzeczy wtedy zagrać. Zestawy, na których ja gram, mają mnie zainspirować i pomóc temu wybrzmieć. Uwielbiam koloryt brzmienia i to, co można na dobrym instrumencie zagrać, jak pod wartościować czy podkreślić muzykę. 

Wacław Wolan: Moja biografia nie jest tak imponująca. Za komuny graliśmy po domach kultury i mieliśmy band Black Mirror. Dość fajnie nam szło. Heavy metalu i Black Sabbath zacząłem słuchać, odkąd brat przyniósł do domu płyty. To we mnie zostało. Ta muzyka pozostała po dziś dzień i zostanie, aż chyba znajdę się w piekle. (śmiech) 

Wojtek Wojtyczek: Ty do nieba pójdziesz, bo dobry człowiek jesteś (śmiech) 

Wacław Wolan: Do UK trafiłem w sumie do pracy, jak większość i nie myślałem o graniu. Kiedyś złapałem gazetę Cooltura i tam było ogłoszenie: „Polski band szuka basisty, żeby pograć sobie dla relaksu”. Była to mieszanka Węgrów i Polaków. Fajnie nam szło, ale potem to się rozpadło. Do Thetragonu to trafiłem niechcący można powiedzieć. Dość zrezygnowany, znów rzuciłem okiem na ogłoszenia w jednym z portali polonijnych, a tam czytam ponownie ogłoszenie, że szukają basisty. Zadzwoniłem, przyszedłem i jestem do dziś. 

Wacław Wolan photo by @krizphoto
Tomek: Tomek Twój pseudonim artystyczny to Vinnie Moon. Mnie od razu przychodzi na myśl świetny gitarzysta UFO Vinnie Moor, którego z resztą obaj mieliśmy okazje poznać osobiście po koncercie w St. Albans w 2016 roku. 


Spotkanie z Vinnie Moore'm w 2016 roku. Fot. Damian Dziembor

Tomasz Wiśniewski:
Pomimo że jestem fanem Vinniego, to mój pseudonim nie wziął się od jego nazwiska. To wszystko było znacznie wcześniej. Jeszcze, kiedy śpiewałem w Kruku, planowaliśmy swoje pseudonimy z myślą o koncertach zagranicznych, bo moje nazwisko mogło być zbyt trudne do wypowiedzenia. „Moon” oznacza księżyc, niesie też w sobie jakąś tajemnicę, a oprócz tego jest dźwięczne. To tylko tyle. Używam w Thetragonie też swojego imienia i nazwiska. To zależy od sytuacji. 

Tomek: Jesteś zafascynowany malarstwem Beksińskiego. W jakim stopniu ta pasja przenika do tego, co robisz jako muzyk? 

Tomasz Wiśniewski: Obrazy i dźwięki to światy, które łączy niewidzialna nić, one się uzupełniają i przenikają nawzajem. Obrazy Beksińskiego mają coś szczególnego w sobie, co mnie porusza i na mnie działa. Wiele z nich jest mrocznych, tajemniczych, niefizycznych. 

Zdzisław Beksiński - Kultura

Ten swoisty klimat pomaga na pewno tworzyć muzykę, jest inspiracją, której nie sposób pominąć. Pamiętam wycieczkę do Sanoka, jaką sprawiłem sobie z myślą o wystawie Beksińskiego. To było niezapomniane przeżycie. Polecam każdemu, kto jeszcze nie miał okazji tam być. 

Tomek: Twój wokal w Thetragonie różni się od tego, jak śpiewałeś w Kruku. Dużo zajęło Ci przestawienie się? Przygotowywałeś się jakoś szczególnie? 


Tomasz Wiśniewski: Żadnych szczególnych przygotowań nie robiłem. Wydaje mi się, że ta umiejętność zmiany wynika u mnie z naturalnego podejścia do muzyki. Pamiętam, że już od pierwszych prób wsłuchiwałem się, gdzie chłopaki stroją nisko gitary, a gdzie trzeba trochę mocy włożyć. I od takich rzeczy zależy, że akurat do danej interpretacji śpiewam tak, a nie inaczej. Jak śpiewam Cichą łzę, mam łagodniejszy wokal, dopóki nie pojawią się ostrzejsze riffy, wtedy jest inaczej. Raczej nie ma w tym żadnej kalkulacji czy przygotowań, to jest naturalne u mnie tak, jak u każdego muzyka. 

Tomek: Niektórzy twierdzą, że polski metal czasy świetności ma za sobą, co przyznał też w rozmowie ze mną i ze Sławkiem Grzegorz Kupczyk („Sprzedaż płyt w Polsce jest taka, a nie inna, a przez miesiąc, czy dwa sprzedamy tych płyt za granicą więcej, niż przez rok w Polsce”) Czy to jest jeden z powodów, że Thetragon emigrował? 

Fot. .thetragonband.com

Wojtek Wojtyczek:
To nie tak, że wyemigrowaliśmy, żeby grać. Tak się nasze życie potoczyło, że udało się reaktywować Thetragon w Londynie, a nie gdzie indziej. Nie byłem do końca tego pewny, że to się uda, bo wyjechałem głównie z powodów osobistych. Marcin dołączył trochę później, a resztę składu poznaliśmy tutaj. Polski metal jest świetny. Mega kapele jak wyżej wymieniany już na przykład Decapitated. 


Tomasz Wiśniewski: Jest wiele młodych, zdolnych zespołów w Polsce, które być może nie mają możliwości, żeby się wypromować. Myślę, że wiele zależy od podejścia, bo jeżeli chcą grać, to można wszędzie, gdzie coś się dzieje. Podobnie płyty tak naprawdę można nagrywać w każdym miejscu. Martwi to, że w Polsce, moim zdaniem brakuje wsparcia pomiędzy kapelami. Jest pewna wyczuwalna zawiść, zazdrość, dlatego często nie ma współpracy. Tutaj jest większa chęć kooperacji, tego wspólnego grania, wspierania się. Tego zawsze mi brakowało w Polsce. To jest moje zdanie, być może to się troszkę zmieniło, odkąd wyjechałem, ale zamiast się wspierać i pomagać sobie, zawsze wyczuwałem jakiś dystans pomiędzy zespołami. Po prostu nie trzeba negować innych, bo to jest bez sensu. Tego hejtu jest za dużo moim zdaniem. 

Tomek: Pochodzicie z Krosna – z tego samego miasta co Decapitated, Krusher, Utopia, MoshMachine i wiele innych. We wrześniu gracie swój pierwszy koncert po odrodzeniu zespołu właśnie w Krośnie. Zdaje się, że jest to koncert w ramach waszej trasy Wings of Destiny, w którą ruszacie po Polsce i Wielkiej Brytanii. Jak uczucia? 




Wojtek Wojtyczek: Tak, to nasz pierwszy koncert po odrodzeniu w naszym kraju, w Krośnie. Trudno powiedzieć jak uczucia. Na pewno się wzruszę. Nie wiem jak chłopaki. Myślę, że będzie ciekawe przyjęcie. Później gramy na festiwalu KrushFest w Jaśle. Oprócz nas zagra też Hunter, Krusher, Thermit i Steel Velvet.



Tomasz Wiśniewski: Krosno Iron Klub jest miejscem, które szczególnie miło wspominam jeszcze z czasów, gdy śpiewałem w zespole Kruk. Poznałem tam wielu wspaniałych ludzi, z którymi mam nadzieję znów się spotkać, dlatego cieszę się ogromnie. Mamy również koncerty w Rzeszowie w klubie Vinyl z zespołem Iscariota i Styxx i oczywiście największy na Podkarpaciu festiwal Krushfest. Oprócz tego zagramy w Chorzowie w Leśniczówce z zespołem Styxx i Nocna Straż. 



Tomek: Świetny skład bandów! Wygląda na to, że Thetragon wraca pełną parą i tego wam bardzo życzę! 

Wojtek Wojtyczek: My sobie tego również życzymy.

PS 12 sierpnia 2018 zespół Thetragon wydał oświadczenie, w którym poinformował, że z powodów osobistych z zespołu odszedł gitarzysta Marcin Kielar

Oficjalna strona zespołu
Profil Facebook 

Opracowanie tekstu Anna Piątkowska.


***

Tomasz Piątkowski: Urodziłem się w 1982 roku i należę do pokolenia zmian systemowych w Polsce. Pochodzę z miasteczka Jelcz Laskowice, w którym powstawały słynne ciężarówki. Do mojego zainteresowania muzyką przyczynił się szkolny radiowęzeł, z którego po raz pierwszy usłyszałem kawałek zespołu Metallica pod tytułem “One”, od którego zaczęła się moja fascynacja muzyką. Od tamtego momentu, zupełnie zelektryzowany magią gitary Kirka Hammeta. Poświęcałem niemal każdą wolną chwilę na zgłębianie wiedzy o muzyce. O muzyce rockowej wiem zapewne równie wiele, co o historii, która jest drugą z moich namiętności. Obie traktuję jako źródła niekończących się wątków do rozmów i dyskusji, które z chęcią i upodobaniem jestem w stanie prowadzić z każdym, o każdej porze dnia i nocy. Przybycie na Wyspy Brytyjskie pozwoliło mi poznawać tutejszą scenę muzyczną, otworzyło przede mną możliwości uczestnictwa w koncertach, a czasem nawet osobistego spotkania z legendami świata muzyki jak chociażby występ grupy UFO w St Albans w 2016 roku, po którym na backstage'u spotkałem się osobiście z członkami zespołu.  Uczestniczyłem już w wywiadzie z Lubelską Federacją Bardów oraz z  legendą polskiego heavy metalu Grzegorzem Kupczykiem. Wraz z moją żoną Anią przeprowadziłem wywiad z Darkiem Malejonkiem.