środa, 30 stycznia 2019

"Śmiało można powiedzieć, że to określenie „pierwsi z polską muzyką świata”, którym nas ochrzczono, jest prawdziwe" - rozmowa z liderem zespołu Trebunie -Tutki, Krzysztofem Trebunią - Tutką oraz Anitą Rysiewską, managerem zespołu.

"Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie" To popularne dziś porzekadło, pochodzące z utworu Stanisława Jachowicza, idealnie wpisuje się w klimat rozmowy, którą mieliśmy przyjemność przeprowadzić kilka miesięcy temu z Krzysztofem Trebunią-Tutką oraz Anitą Rysiewską - trzonem zespołu Trebunie-Tutki. Spotkaliśmy się w Zakopanem, przy okazji pobytu w moich rodzinnych Maniowach. 

Przebywając za granicą i obcując z "wielkim światem" londyńskich koncertów muzycznych, można się zachwycać rozmachem i poziomem artystycznym różnych widowisk. Trzeba jednak pamiętać, że w naszym kraju istnieje grupa, która zdołała zauroczyć ten "wielki świat" unikalnością i pokazać to, co ma najcenniejszego - naszą piękną kulturę. Zespół Trebunie-Tutki to prawdopodobnie jeden z pierwszych zespołów, który odniósł w latach dziewięćdziesiątych znaczący sukces zagraniczny. Sukces artystyczny, o którym marzyło i nadal marzy, wielu polskich muzyków rockowych i popowych. Niestety, pomimo wielkich sukcesów w świecie -  w Polsce zespół Trebunie-Tutki wciąż pozostaje niedoceniany. Jako skromny blog muzyczny, czujemy się zaszczyceni, że zechcieli się z nami spotkać, aby porozmawiać o muzyce, tradycji i przyrządzaniu "pstrąga po jamajsku". 


Krzysztof Trebunia-Tutka/ fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki

Ania Piątkowska: Poznając historię rodziny Trebuniów, natknęłam się na znaczące postaci między innymi Jana Kasprowicza czy Karola Szymanowskiego. Mówicie o sobie, że „Trebunie-Tutki to rodzina muzykująca od pokoleń”. Czy to nie jest zbyt skromne określenie, jak na zespół z takim dorobkiem i rodzinę z tak bogatymi tradycjami artystycznymi? 

Krzysztof Trebunia-Tutka: Można powiedzieć, że właśnie te tradycje rodzinne zaowocowały z początkiem lat dziewięćdziesiątych powstaniem zespołu Trebunie-Tutki. Tworząc ten zespół, nie tworzyłem go z próżni, tylko namówiłem ojca i siostrę, żeby podejść do tego, co robiliśmy dotychczas w sposób bardziej profesjonalny niż wcześniej. Wiele pokoleń rodziny Trebuniów i Budzów-Mrozów, czyli w rodzinie taty – również po kądzieli, zajmowało się muzyką i te tradycje muzykowania rodzinnego, kultywujemy jako rodzina do dzisiaj. Teraz kolejne pokolenie, czyli moje dzieci, również grają tradycyjną muzykę góralską i od tego zaczęły wchodzenie w świat muzyki. Zespół Trebunie-Tutki powstał jako efekt współpracy z Twinkle Brothers, co było dla nas ogromną przygodą, ale też zupełnie nieoczekiwanym – wielkim sukcesem artystycznym. 

Trebunie-Tutki/ fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki

Tomasz Piątkowski: W jaki sposób nawiązaliście kontakt z zespołem z Jamajki?

Krzysztof Trebunia-Tutka: Na pomysł tej genialnej fuzji muzycznej wpadł dziennikarz Polskiego Radia, producent muzyczny i znawca muzyki panafrykańskiej — Włodzimierz Kleszcz, który znał wcześniej Twinkle Brothers. Włodek organizował koncert „Solidarity Anty-Apartheid” w Gdańsku 13 grudnia 1989 roku. To on namówił Normana Granta, żeby ze swoim basistą Dub Judah, przyjechali do Białego Dunajca, do naszego domu rodzinnego, gdzie zaczęliśmy razem grać w listopadzie 1991 r. Okazało się, że mimo tak odległych gatunków jest to dosyć proste.. 



Mój ojciec był nieco skonfundowany całą sytuacją dlatego, że jako jeden z tradycyjnych muzyków góralskich, moim zdaniem jeden z najwybitniejszych w historii Podhala, miał już wtedy wielu uczniów, naśladowców, był autorytetem. Obawiał się, jak to zostanie odebrane w „ortodoksyjnych” środowiskach góralskich. Czas pokazał, że słusznie... Projekt wyprzedzał tamte czasy i budził wielkie kontrowersje, głównie przez nieświadomość i niewiedzę na temat rozwoju kultury u tych, którzy go krytykowali. Wielu z krytykujących nawet nie słyszała tych nagrań.

Krzysztof i Władysław Trebunie - Tutki/fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki

Ojciec w młodości, jako student ASP w Krakowie próbował grać jazz, więc był otwarty na inną muzykę, ale trochę przytłaczała go myśl, że będziemy współpracować z gwiazdą tak dużego formatu, wiodącym zespołem muzyki roots reggae. Z jednej strony w wielu aspektach ludzie podobni do nas, z podobną ideą i szczerością, a z drugiej - światowy zespół, który nagle znalazł się w naszym domu! 



Pamiętam, że właśnie wróciłem po jakimś ostatnim egzaminie na politechnice, trochę spóźniając się na to pierwsze spotkanie z Jamajczykami. Wchodzę do domu, a tam cisza, siostra z ojcem siedzą, skrzypce i basy odłożone i ojciec mówi mi, że „to się nie da” (śmiech) Ja: „Co się nie da? !” A trzeba wiedzieć, że Włodek wcześniej zapoznał nas z prawdziwym reggae, nie z takim popularnym które znaliśmy wcześniej w wykonaniu polskich zespołów czy popularnych odmian reggae, które do nas wtedy docierały, włączając w to muzykę Boba Marleya. Znaliśmy więc trochę dorobek Twinkli, ale rzeczywistość nas przerosła – Jamajczycy, żywi i namacalni, grają w naszej chałupie!(śmiech).

Twinkle Brothers w Zakopanem/ fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki

Byliśmy wszyscy bardzo onieśmieleni. Zaproponowałem, żebyśmy najpierw wsłuchali się w granie Normana i Dub Judah. Po chwili olśniło mnie - słyszę, że oni grają wyraźnie na cztery. Powiedziałem do taty: „U nos jest taka nuta po śtyry – krzesano, to może spróbujmy od tej!” Nagle stał się cud! Mój ojciec mówi: „Pasuje!” (śmiech), ja:„to jak po śtyry, to moze po osiem? Po osiem tyz jest, to gromy po osiem! Dobrze, tyz pasuje”. (śmiech) 


Tak powstawał „You’re So Could” czyli „W lesie grzyby” - jeden z naszych najważniejszych utworów, który też znalazł się na składance „Złota kolekcja” i jest do dziś sztandarowym utworem zespołu. No i potem jak „po śtyry” to i „po dwa” pewnie, potem jeszcze „wiecno”... Wkrótce przeszliśmy do ballad, nieco trudniejszych form i wtedy tak naprawdę zaczął się prawdziwy dialog muzyczny. Zorientowaliśmy się, że aby grać naprawdę razem, aby zrobić miejsce na ten dialog, na rozmowę muzyczną trzeba też „odjąć” troszeczkę od góralskiej muzyki. Nasza muzyka wydaje nam się skończonym dziełem i podobnie jak wszyscy ci górale, którzy naprawdę ją kochają uważamy, że jest piękna i doskonała w swojej formie. Po kilku dniach prób, byliśmy gotowi pojechać do studia w Warszawie i nagrać utwory na pierwszą płytę.


Powstało tak wiele materiału, że oprócz płyty „Higher Heights” Norman Grant umieścił nas również gościnnie na płytach Twinkle Brothers. Potem powstało kilka kolejnych, wspólnych płyt. Druga, „Come back Twinkle to Trebunia Family” była już wydana w Polsce. Najpierw Polacy mogli zdobyć jedynie kasetę, a po roku, czy po dwóch pojawiła się płyta, która odnosiła kolejne sukcesy. Była wydarzeniem roku na targach muzycznych WOMEX w Berlinie (Act of The Year 1994). Zainteresował się nią legendarny producent Adrian Sherwood, który pięknie zmiksował utwór „Don't Betray My Love / Pierso godzina”, i właśnie ten utwór wraz z innymi utworami Sherwooda święcił triumfy w Australii! 

Pojawił się pomysł na większą współpracę z Sherwoodem. Kolejna płyta zespołu Trebunie-Tutki „W Sherwood”, to już nie tylko współpraca z Twinkle Brothers, ale właśnie z Adrianem Sherwoodem, Derekiem „Demondo” Fevrierem, który miksował część utworów czy naszym wielkim dub masterem Wojciechem Przybylskim, nieżyjącym już, który wtedy znakomicie współtworzył nasze brzmienie. Po jakimś czasie, kiedy zaczęliśmy eksperymentować również bez Jamajczyków, przez wiele lat swojej dość awangardowej działalności korzystaliśmy również z tych pierwszych pomysłów. 




Anna Piątkowska: Pierwsza płyta okazała się wielkim sukcesem nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

Krzysztof Trebunia-Tutka: Tak, płyta „Higher Heights” odniosła spory sukces i odbiła się echem w świecie, bo była wydana w Londynie i dzięki temu, powędrowała w świat - do Australii, Nowej Zelandii, aż po Stany Zjednoczone. Była hołubiona nawet w Ghanie.... Została Płytą Miesiąca Marca'93 pisma „VOX” w Anglii, gdzie szczególnie spodobał się nam komentarz do nominacji. Stwierdzono, że „jeśli dotychczas myślałeś, że najdziwniejszą odmianę reggae wymyślił zespół Police, to posłuchaj Trebunia Family z Twinkle Brothers (śmiech). Byliśmy również na liście Top Twenty w Kanadzie. 


 Anna Piątkowska: Pozwolisz, że zapytam o ten szok, jaki wywołała wasza współpraca z muzykami reggae u Górali. Jak wy do tego podchodziliście, bo z tego, co pamiętam, było sporo krytyki pod waszym adresem ze strony środowisk podhalańskich?

Krzysztof Trebunia-Tutka: Wspominałem o tacie, który miał obawy przed nagraniem płyty z Twinkle Brothers. Znał swoich kolegów, wiedział, że górale bywają szowinistami, nie mają dystansu. Z jednej strony umiłowanie swojej tradycji jest bardzo dobre i korzystne, ale z drugiej - zbyt duży dystans do innych może prowadzić do niepotrzebnych obaw i wyprowadzać na manowce. Byłem wtedy młodym chłopakiem, studentem architektury, świat się przed nami otwierał po 1989 roku, przeżyliśmy euforię nadchodzącą wolnością. Będąc jeszcze w szkole średniej, obserwowałem jak koledzy uciekali na Zachód. Nie mieli jeszcze paszportów, nie mogli legalnie wyjechać, ale uciekali po prostu z wyjazdów zespołów góralskich za granicę. 

Kiedy po pierwszych częściowo wolnych wyborach odbyły się kolejne i okazało się, że w wojska radzieckie wyprowadzane są z Polski, przeżyliśmy niezwykły moment w historii. Powiew prawdziwej wolności, otwarcie na świat zaowocowało także w kulturze. Na fali tego entuzjazmu powstało wiele zespołów w Polsce, które postanowiły grać muzykę tradycyjną, ale w nowoczesny, uniwersalny sposób. My byliśmy prekursorami nurtu World Music w Polsce. Śmiało można powiedzieć, że to określenie „pierwsi z polską muzyką świata”, którym nas ochrzczono, jest prawdziwe. 

fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki
Anita Rysiewska: Wiele z tych zespołów na początku swojej działalności powoływało się na inspiracje nagraniami Trebuniów z Jamajczykami. Ciekawe, że w miarę zdobywania popularności coraz rzadziej o tym wspominało (śmiech).

Krzysztof Trebunia-Tutka: Mamy w Polsce wiele zespołów folkowych, ale my tak właściwie nie jesteśmy zespołem folkowym sensu stricte. Bazujemy na własnym dziedzictwie i jest to muzyka inspirowana tradycją, ale wybraną świadomie. To są nasze korzenie, bo w działalności zespołu Trebunie-Tutki jest równocześnie kultywowanie i kontynuacja tego, co było zawsze w naszej rodzinie i w naszym regionie. Sięgnęliśmy trochę szerzej, bo pojawiły się kolejne fuzje, ale to wszystko pozostało blisko muzyki tradycyjnej. Najważniejsza część tej twórczości to Nowa Muzyka Góralska. Tak zdefiniowałem najważniejszą część tego, co piszę dla zespołu, co gramy - prosto, choć może dla niektórych obrazoburczo. 

fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki
Ludzie nie zawsze rozumieją, że to nie jest zaprzeczenie tradycyjnej muzyki, a kontynuacja jej najważniejszych cech, tych cząstek, z których składa się charakter podhalański i styl. A to nie zawsze musi się dziać wprost. Nasi wielcy mistrzowie, czyli Chopin, czerpiący z muzyki nizinnej, Szymanowski i Kilar z góralskiej - potrafili stworzyć coś, co nie jest muzyką tradycyjną, ludową, ale w tym duchu, jest awangardowe, ale mieści się w palecie muzyki klasycznej i światowej. Staram się naśladować te niedoścignione dla mnie wzory na polu muzyki, określanej dość niefortunnie jako rozrywkowa. To muzyka dla ludzi — do tańca i do słuchu, ale tworzę ją i gram też dla siebie, z potrzeby serca, aby przelać swoje emocje na dźwięki. 

Anna Piątkowska: Ostatnio nastąpił wysyp zespołów grających muzykę góralską z domieszkami innych gatunków, które nie zawsze jednak mają ambicje, żeby utrzymywać ten wysoki poziom. Co myślisz o tym zjawisku tutaj na Podhalu?

Krzysztof Trebunia-Tutka: Bardzo się cieszę, kiedy wśród moich uczniów z Tatrzańskiego Centrum Kultury i Sportu „Jutrzenka”, albo w ogóle wśród muzykujących młodych ludzi, znajdzie się ktoś, kto ma ambicje, żeby grać dobrą muzykę w sposób tradycyjny lub inspirowany muzyką góralską. Jednak, żeby to była muzyka góralska na dobrym poziomie, trzeba dojrzeć, mieć świadomość, wiedzę i pokorę. Jeżeli ktoś chce szybko zaistnieć, zabawić się, zarobić pieniądze — zwykle wybiera keyboard. Już w tym pierwszym momencie popełnia błąd, dlatego że jest to instrument, na którym tylko najwybitniejsi muzycy potrafią coś sensownego zrobić. Zwykle wychodzi karykatura muzyki wszelakiej, a góralskiej tym bardziej. Muzykę etniczną jest bardzo trudno przełożyć na tak plastikowy instrument, jakim jest keyboard. Nigdy nie mówię, że to jest góralskie disco-polo, dla mnie to jest „pseudogóralskie disco-polo”, dlatego że element góralski w tej muzyce, tworzonej typowo komercyjnie, tylko dla tych gustów i rozrywki najniższej, jest po prostu karykaturą góralszczyzny! Jestem pewien, że trzydzieści lat temu, kiedy się uczyłem grać, będąc młodym chłopcem, gdybym coś takiego zagrał starszym góralom, muzykantom, to po prostu dostałbym w kufe. Oni byli bardzo bezpośredni i tak wyrażali swoją dezaprobatę. Na pewno odczytaliby to jako naśmiewanie się z góralszczyzny. Naszą dzisiejszą bolączką na Podhalu nie jest trywializowanie naszej muzyki przez ludzi z zewnątrz, często sami górale tworzą karykaturę własnej tradycji. 




Anita Rysiewska: Ale Krzysiu, przykra prawda jest też taka, że górale sami też tego słuchają, to „leci” w lokalnym radiu!

Krzysztof Trebunia-Tutka: Na szczęście nie wszyscy. Mówimy o tym pseudogóralskim disco-polo. Ci, którzy słuchają, puszczają swoim dzieciom, gościom. Efekt jest taki, że na zajęcia przychodzi sześciolatek i śpiewa mi taką wersję „disco-polową”, której ja przez kolejne lata nie mogę go oduczyć. Utrwalane złe wzorce wbijają się w uszy i jeśli dziecko tym nasiąknie, to naprawdę ciężko to odkręcić. 

Anita Rysiewska: Nie chodzi tylko o zespoły góralskie grające disco-polo, ale też o wykwit zespołów „okołogóralskich”, posługujących się wybranymi elementami góralszczyzny jako wabikiem.

Krzysztof Trebunia-Tutka: Te zespoły mają trochę wyższy poziom, nie są takim typowym disco-polo. Korzystają czasem, bardzo wybiórczo, z elementów muzyki góralskiej, co też może nie byłoby złe, ale żeby to umiejętnie łączyć czy wybrać, trzeba znać tradycję. Było już kilka takich przykładów w historii, że nawet nie-górale, ludzie nie stąd, potrafili wydobyć coś ciekawego, oryginalnego, zastosować cytaty z muzyki góralskiej, ale to wymaga rzeczywiście wiedzy, smaku, poznania tej muzyki, a przede wszystkim takiej postawy wobec tradycji, żeby tego od razu, na samym początku nie zepsuć. 

Tomasz Piątkowski: Wracając do Jamajczyków: bardzo ciekawi mnie to zderzenie kultury jamajskiej z góralską. To jest spotkanie kultur kompletnie z innego świata!

fot. fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki

Krzysztof Trebunia-Tutka:
Nasze spotkanie wyglądało i przebiegało dość naturalnie. Okazało się, że to bardzo sympatyczni panowie, dosyć wyluzowani, nie spieszą się, nie denerwują i są otwarci. Również na naszą kuchnię i zwyczaje. Chciałem być bardzo gościnny i w jakiś sposób się przygotować, a wiedziałem od Włodka, że lubią owoce, szczególnie mango, więc kupiłem mango – takie jakie było wtedy u nas dostępne – w puszkach... Zaskoczony Norman uświadomił mi, że jedzą tylko świeże! (śmiech). Na szczęście nasze pomidory, różne warzywa i owoce też im służą. Norman zaproponował, że przyrządzi dla nas ryby. Kupiliśmy świeże pstrągi, które przygotował z moją mamą i wyszła znakomita potrawa góralsko-jamajska z polskimi warzywami. 


W związku z pytaniem przypomniała mi się pewna anegdota. Szukaliśmy pleneru do filmu „Girl Guide”, w którym graliśmy filmową rodzinę Pawła Kukiza. To było w 1995 r., kilka lat po tym, jak wyszła płyta „Higier Hights” z Jamajczykami, więc pojawiło się trochę szumu medialnego, ale nie sądziłem że wciąż mogę być jakoś kojarzony. Po całym dniu wożenia po Podhalu w poszukiwaniu odpowiednich miejsc do filmu, taksówkarz zwrócił się do mnie: „E, Krzyśku! Wy toście zrobili reklamę tym Murzynom!” (śmiech) Potem nawet pomyślałem, że kto wie czy wybór Obamy nie był naszą „winą”. (śmiech). 

Anna Piątkowska: Przygotowując się do wywiadu, natknęłam się na cytat z wypowiedzi księdza Tischnera a' propos waszego spotkania z Jamajczykami, który brzmi: „Muzyka murzyńsko to tyz muzyka góralsko”.

Krzysztof Trebunia-Tutka: Tischner to napisał w momencie, kiedy nas dość poważnie atakowano za „niszczenie tradycji”. To nie byli tylko ludzie przygodni i laicy, ale również wykształceni, działający w Związku Podhalan. Ci, którzy powinni się trochę znać na góralskiej muzyce tradycyjnej. Oni wszyscy mówili kompletne bzdury o tym, co zrobiliśmy. Było nam przykro, bo choć muzyka góralska „poszła w świat”, zaistniała w świadomości ludzi z różnych krajów i kultur, dostaliśmy takie „podziękowanie”. 



Po jakimś czasie, z pewnym opóźnieniem, ale jednak, wykazano w poważnych pracach naukowych, głównie zagranicznych że niczego nie zmieniliśmy w naszej części tradycyjnej. Pewien profesor z Kalifornii znakomicie opisał w swoich książkach łączenie nut i pokazał, co grają Jamajczycy, a co grają Trebunie-Tutki. Porównał reggae z naszymi tradycyjnymi nagraniami, pomimo, że absolutnie nie był zwolennikiem takiego połączenia. Uważał, że to jest pewien eksperyment, który przy zbytniej i nieumiejętnej eksploatacji w jakimś sensie może być niebezpieczny dla tradycji. Nie przewidział, co stanie się później, gdy mając dostęp do światowej muzyki, będzie się w Polsce wybierać i grać taką, która schlebia najniższym gustom. 

fot. fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki

Anita Rysiewska: Wracając do Tima Coolley’a, wspomnianego profesora z Kaliforni - to on jako pierwszy w swojej pracy szczegółowo zanalizował muzykologicznie to połączenie i udowodnił, że w muzyce góralskiej nie została zmieniona ani jedna nuta, a wprowadzono tylko pauzy, konieczne dla uprzestrzennienia i pulsacji tej muzyki.

Krzysztof Trebunia-Tutka: Mówimy tu o pierwszych naszych płytach, które tak zszokowały górali. Niektórzy zaatakowali nas w dość agresywny sposób i właśnie wtedy ksiądz prof. Tischner wymyślił piękną opowieść na ten temat. Zresztą wtedy już zaczął pisać cykl „Historia filozofii po góralsku”, gdzie mój ojciec był Platonem. Na naszej kolejnej płycie, zatytułowanej „Songs of Glory/Pieśni Chwały”, którą Anita wymyśliła i wyprodukowała od samego początku pod względem ideowym i organizacyjnym, korzystając ze współpracy z Kiton Art i Agorą, jest przytoczona jest ta historia: 
„Do Biołego Dunajca ciągli ludzie ze świata, coby sie ucyć góralskiej muzyki, bo tyz i inksyj muzyki wte nie było. Przyjechali nawet Murzyni, cheba nawet z Jamajki. Władek kozoł im skrzypce i basy zrobić, a pote ik naucył syćkiego. Ale stało się niescęście. Kie sie wracali, chyciyła ik na morzu okrutno burza i instrumenty sie im potopiyły. Wróciyli sie do chałupy ze samymi smyckami. I z tego narodziła sie murzyńsko muzyka. Murzyńsko muzyka to tyz jest muzyka góralsko, telo ze bez skrzypiec i basów. Oni ino smyckami bijóm do rytmu w co popadnie, cy w drzewo, cy w bęben, cy w deske, ale nuty wygrać ni mogóm, bo instrumenty majóm potopione”.


Bardzo nam pomogło to, że ksiądz profesor tak zabawnie to ujął, skomentował w sobie właściwy sposób, a równocześnie pokazał, że można spojrzeć na to z innej perspektywy. Mamy jeszcze jedno zabawne wspomnienie . Kiedy Ksiądz Profesor nie chciał wystąpić w programie Alicji Reslich-Modlińskiej z zespołem Krywań, zaproponował, że wolałby wystąpić z Trebuniami, bo znamy się dobrze i ceni nas od lat. W tym temacie został odpytany w czasie jakiegoś spotkania zarządu Związku Podhalan, dlaczego nie Krywań i co ma do tego zespołu. Ksiądz Tischner, skomentował swój wybór trafnie i zabawnie - jak zwykle czynił w podobnych, konfliktowych sytuacjach. Powołał się na znajomego Franka, bo „Franek zzo Lasa to by pedzioł, że coś tu k...a nie gro”. (śmiech) Nasi ludzie nie wpadli na to, że popularny wtedy przebój tego zespołu nie ma nic wspólnego z góralszczyzną. To melodia kielecka zagrana w rytmach reggae na syntezatorze, nie jest bliska tradycji podhalańskiej i jako taka nie bardzo ilustrowałaby rozmowę z księdzem... Nie neguję absolutnie i doceniam wkład zespołu Krywań w muzykę popularną, zauważam pewne odniesienia do tradycji. To są fajni muzycy i świetni ludzie. Jak pokazała historia, nawet ich muzykę spłycono, a naśladowcy tego zespołu, którzy grają dziesięć razy gorzej i są mniej ambitni, mniej wykształceni i mają mniejsze umiejętności, robią karykaturę ich muzyki. 

Fot. fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki

W końcu wystąpiliśmy w programie u Alicji Resich-Modlińskiej z księdzem profesorem. Telewizja zaproponowała, aby w tym samym programie pojawił się też Marek Bałata promujący swoją nową płytę pod patronatem telewizji. Producenci programu zdecydowali, że ponieważ my, Trebunie-Tutki „łączymy wszystko ze wszystkim”, to tym razem zagramy coś wspólnie z panem Markiem. Odpowiedziałem, że nie mamy nic przeciwko panu Markowi, ale dopiero co poznaliśmy się w garderobie, tuż przed wejściem na scenę …(śmiech)

Anita Rysiewska: Marek Bałata to wokalista jazzowy, znany z tego, że jako jeden z pierwszych w naszym kraju stosował karkołomne wokalizy, których nie powstydziłaby się sama Urszula Dudziak. To było bardzo niecodzienne w Polsce, bo te popisy wokalne nie przypominały niczego, co dotychczas ludzie znali.


Krzysztof Trebunia-Tutka: Zaproponowałem, żeby Marek zagrał w naszym utworze „W dusak nasych dziadków” po trzeciej zwrotce, kiedy jest fragment instrumentalny, a my gramy tam dosyć proste harmonie. Jest to dobry moment dla takiej improwizacji jazzowej, ale Marek niestety pomylił zwrotki… My śpiewaliśmy swoje, on swoje, zrobiło się naprawdę bardzo gęsto i głośno... Wróciłem na Podhale, po miesiącu spotykam tutejszego górala, kolegę ojca na Krupówkach, który zawołam mnie : „Krzyśku, Krzyśku pójdz-ze tu!” Starszy ode mnie, więc grzecznie podszedłem, a on dalej: „Słuchołek wos, piyknie graliście wcora w telewizorze. Piknie śpiewaliście, ino wjyncyj tego Murzyna nie biercie, bo on wom straśnie wcora przeskodzoł” (śmiech). Marek miał dłuższe włosy i oryginalny wygląd, śpiewał w trudnym do określenia języku, więc łatwo było o pomyłkę (śmiech)

Anna Piątkowska: Lista waszych sukcesów jest długa i wciąż dochodzą kolejne nagrody i wyróżnienia, bo ostatnio otrzymałeś Gold Star Award w Limassol na Cyprze za wkład w kulturę. Czy jest to prestiżowa nagroda?

Krzysztof Trebunia-Tutka: To nagroda przyznawana przez Światową Unię Folkloru (World Union Folklore) - organizację, która powstała w 1949 roku i obecnie zrzesza pięćdziesiąt pięć państw. Była nazywana „Oscarem Kultury Tradycyjnej”, ale Akademia Filmowa w Stanach Zjednoczonych ją oprotestowała. Przyznając ją pod nowa nazwą „IGF Gold Star” brano pod uwagę: działalność edukacyjną, artystyczną oraz fuzje międzynarodowe. 

IGF Gold Star 2018/ fot. Archiwum zespołu Trebunie-Tutki
Anita Rysiewska: Oprócz tego akcentowano, że nagradza się osoby, które w różny sposób niosą w świat swoją kulturę i potrafią, przez to, co robią, znaleźć sposób na dotarcie do jak największej liczby ludzi. Wszyscy nagrodzeni byli mocno związani z tradycją swojego regionu i swojego kraju, ale też robili coś więcej. Działali „na zewnątrz”, łączyli gatunki w bardzo kreatywny sposób. Jednym z nagrodzonych był Arab z Izraela, który zajmował się muzyką swoich przodków, Beduinów, ale podaną już w sposób współczesny, również ze współczesnym instrumentarium. Bardzo ciekawe rzeczy. Krzysztof był onieśmielony, kiedy zagrano w letnim teatrze w Limassol hymn Polski w najpiękniejszej wersji. 

Krzysztof Trebunia-Tutka: Czułem się jak na olimpiadzie. (śmiech) 




Krzysztof Trebunia-Tutka odbiera nagrodę IGF Gold Star Awards 
(46 minuta video)

Anna Piątkowska: Która z tych nagród jest najbardziej cenna dla ciebie, bo jest ich sporo?

Krzysztof Trebunia-Tutka: Część z nich ma dla mnie znaczenie osobiste, jak ta wspomniana „IGF. Gold Star”, która jest w części za to, co robię w zespole Trebunie-Tutki. Cenię sobie nagrody indywidualne, które otrzymałem jako muzyk w konkursach ogólnopolskich i międzynarodowych. Jedną z takich nagród indywidualnych o osobistym znaczeniu dla mnie jest Medal „Gloria Artis”. Dostałem brązowy, a kilkanaście lat temu mój ojciec dostał srebrny. Jeszcze wszystko przede mną. (śmiech)


Anita Rysiewska: Krzysztof odpowiada za linię programową, artystyczną i repertuar zespołu Trebunie-Tutki, komponuje i pisze teksty, więc ma ogromny wkład w nagrody dla zespołu. Bardzo cenną nagrodą jest też „Ambasador Języka Polskiego” od Rady Języka Polskiego przy Polskiej Akademii Nauk za konsekwentne używanie gwary w jej archaicznej i współczesnej formie..

Krzysztof Trebunia-Tutka: Natomiast najważniejszą nagrodą w dziedzinie muzyki tradycyjnej jest nagroda im.Oscara Kolberga, której laureatem sprzed czterech lat jest nasza Kapela Rodzinna Trebuniów-Tutków – proszę nie mylić z zespołem. Dostaliśmy tę nagrodę stosunkowo niedawno, a to dlatego, że Akademia Kolberga nie do końca rozróżniała działalność kapeli rodzinnej i kultywowania tradycji, o których mówiłem wcześniej, a zespołem Trebunie-Tutki, który eksperymentuje. Wychodzi od tradycji, ale gra swoją autorską muzykę, bardzo bliska tradycji i ściśle z nią związaną. Po latach wreszcie zrozumiano i uzasadniono to do końca. 



W działaności zespołu Trebunie-Tutki ważnym dokonaniem jest uznanie naszej płyty „W Sherwood” za Trzecią Płytę Dziesięciolecia Listy Muzyki Świata Europejskiej Unii Radiowej. To trzecie miejsce było po naszych idolach -Taraf de Haidouks z Rumunii i Márcie Sebestyén — wspaniałej śpiewaczce węgierskiej, która śpiewała między innymi w filmie „Angielski pacjent”, współpracowała z Hollywood - znakomita wokalistka, wywodząca się z muzyki tradycyjnej. Taraf de Haidouks to bardzo bliscy nam wirtuozi muzyki rumuńskiej, romskiej - również światowy zespół, promowany niegdyś przez Kronos Quartet. 





Na Liście Muzyki Świata Europejskiej Unii Radiowej co miesiąc wybiera się pięćdziesiąt spośród ok. pięciu tysięcy nagrań, które się ukazują na całym świecie. Ostatnio, kolejnym ważnym dla nas sukcesem, jest to, że płyta „Duch Gór”, nagrana z gruzińskim Quintetem Urmuli była przez dwa miesiące w pierwszej dwudziestce na tej właśnie liście. Natomiast płyta „W Sherwood” była trzecią płytą dziesięciolecia istnienia tej listy. Stąd, jeżeli w Polsce, w czasie zapowiedzi koncertu zespołu, konferansjer wspomina, że najważniejszym naszym osiągnięciem jest to, że dostaliśmy Fryderyka, to trudno do końca się z tym zgodzić. Myślę też, że naszym sukcesem, nigdzie nie wspominanym jest to, że byliśmy pierwszym zespołem w Polsce z tego gatunku, który zaczął być szanowany i traktowany na równi z zespołami rockowymi, bluesowymi, i jazzowymi. Graliśmy na tych samych, często bardzo prestiżowych scenach i festiwalach na równych prawach. 



Anna Piątkowska: Myślę, że ten wywiad jest najlepszym dowodem. Zajmujemy się w dużej mierze muzyką rockową, ale też bluesem czy jazzem.

Krzysztof Trebunia-Tutka: Organizatorzy festiwali zaczęli nas zapraszać, pojawiliśmy się w mediach. Przetarliśmy szlak dla innych. Potem ci, którzy poszli naszym śladem, szczególnie na międzynarodowych scenach muzycznych jak np. Kapela Ze Wsi Warszawa, odnieśli ogromne sukcesy i dzisiaj są polskimi muzykami, rozpoznawalnymi w świecie, właśnie z gatunku muzyki etnicznej, muzyki inspirowanej, muzyki świata, czyli World Music.


Anita Rysiewska: Maciej Rychły na Festiwalu Ethno Port w Poznaniu, kiedy byliśmy zaproszeni na koncert z Jamajczykami, zapowiedział zespół Trebunie-Tutki tak: „Oni byli pierwsi z muzyką świata, a po nich wszystko się zaczęło w Polsce”.


Krzysztof Trebunia-Tutka: Tak, to był dobry czas, bo wtedy zaczęły powstawać festiwale muzyki świata w Polsce. W tej chwili jest kilka festiwali, bardzo poważnych, liczących się w świecie, choćby Skrzyżowanie Kultur w Warszawie, na którym graliśmy z Gruzinami, Ethno Port w Poznaniu, Ostróda Reggae Festival czy Etno Kraków/Rozstaje, - na wszystkich graliśmy z Jamajczykami, ale też i nasze solowe projekty, z naszym ulubionym festiwalem Polskiego Radia Nowa Tradycja na czele, który towarzyszył nam w muzycznej drodze od początku. 


Mam zaszczyt i przyjemność prowadzenia koncertów w ramach festiwali w Warszawie i w Krakowie. Naprawdę jest gdzie się wybrać, a poziom artystyczny i atmosfera tych wydarzeń jest wyjątkowa. Przyjeżdżają często bardzo egzotyczni wykonawcy i bardzo świadoma publiczność - cały świat w pigułce. 

Tomasz Piątkowski: Jednym z moich ulubionych utworów Trebunie-Tutki jest „W dusak”, który uważam za rewelacyjny. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy — wzruszyłem się, pomimo że jestem dla górali tylko ceprem.

Krzysztof Trebunia-Tutka: To utwór, który nas też ściskał w gardle, kiedy go zagraliśmy w londyńskim Jazz Cafe z Twinkle Brothers. Publiczność śpiewała powtórki razem z nami, bo było tam trochę Polaków. Jest tam taki fragment, kiedy śpiewam: „Smuci się dziś matka, smuci ojciec, uciekają dzieci z naskich dziedzin” - chodziło przede wszystkim o wyjeżdżających za granicę. Krzyknąłem wtedy „Wrócicie?” Wszyscy zawołali: „Tak, wrócimy!”, ale ze smutkiem w oczach. To było piękne, a dla mnie wręcz wzruszające. Nie byłem w stanie śpiewać przez parę minut.


Anna Piątkowska: Krzysztof, oprócz tego, że jesteś muzykiem, jesteś również pedagogiem. Zajmujesz się krzewieniem tych tradycji regionalnych?

Krzysztof Trebunia-Tutka: Kiedy sam już się czegoś nauczyłem, już jako bardzo młody chłopak chciałem mieć swój zespół, więc zapędy pedagogiczne szybko dały o sobie znać (śmiech). Uczyłem rówieśników, ale dopiero gdy poznałem kolegów ze szkoły muzycznej zaczęliśmy coś grać naprawdę. Wkrótce dorosło moje młodsze rodzeństwo. Siostra, a potem brat, okazali się moimi najzdolniejszymi uczniami. Wcześniej miałem swoją kapelę góralską, z którą zdobywaliśmy laury na konkursach muzyki tradycyjnej, wykorzystując i rekonstruując stare instrumenty pasterskie. Zawsze ciekawiły mnie tematy związane z historią i dziedzictwem naszej muzyki, wypytywałem starszych muzykantów, mistrzów, stryjów i ojca, którzy byli kopalnią wiedzy nie tylko o muzyce, ale szeroko pojętej kulturze tradycyjnej Podhala. 

Chciałem to jakoś przekazać. Najpierw działając jako instruktor w zespole studenckim „Skalni” w Krakowie, a potem kiedy skończyłem studia i wróciłem na Podhale, to oprócz działalności projektowej, architektonicznej od razu podjąłem pracę w Tatrzańskim Centrum Kultury i Sportu „Jutrzenka”. Okazało się, że z roku na rok coraz więcej dzieci chce się uczyć muzyki góralskiej. Z pewnością zespół Trebunie-Tutki też był i jest jakimś wzorem. Przez te lata stopniowo wypracowałem autorski program nauczania i przygotowałem „Podręcznik do nauki muzyki góralskiej”, z którego korzystali przez lata moi uczniowie. W tym roku wreszcie ukaże się drukiem i to w nobilitującym Państwowym Wydawnictwie Muzycznym. Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat mojej pracy cały czas go doskonaliłem. Zaczęło się od prostych zapisów, od stworzenia zapisu palcowego dla uczniów nieznających nut, a rozwinęło w podręcznik do nauki gry góralskiej muzyki, z którego korzystają teraz prawie wszyscy instruktorzy na Podhalu i w Chicago. 

Anita Rysiewska: Oczywiście nie wspominając o tym publicznie (śmiech)

Krzysztof Trebunia-Tutka: Górale mają taką mentalność, że nie lubią się przyznawać, że od kogokolwiek się uczyli. Nigdy taki nie byłem i z wielką wdzięcznością traktowałem każde źródło wiedzy, choć zebranie wszystkich informacji i ułożenie ich w logiczną i wiarygodną całość zajęło mi całe dorosłe życie. Wciąż się uczę. Tym jest mi milej, gdy ktoś podziękuje za edukację, pamięta, albo chociaż przyzna, że korzysta z moich doświadczeń. 

W tych materiałach zawarłem absolutne podstawy muzyki tradycyjnej, dlatego przestrzegam dzieci na samym początku, że jeśli nawet ktoś się nauczy tego podręcznika na pamięć, nawet pod okiem doświadczonego muzykanta, nie będzie jeszcze mistrzem. Ta baza, którą trzeba potraktować jako punkt wyjścia. To nie tylko kwestia gustu, wyczucia, talentu, predyspozycji muzycznych, ale przede wszystkim ogrom wiedzy, którą trzeba opanować. Zdobywałem ją w mozolny sposób, grając z ojcem już jako trzynastoletni chłopak na nawet kilkudniowych weselach, dzień i noc, prawie bez spania. (śmiech). Teraz mam tę satysfakcję, że mogę tę wiedzę i te doświadczenia podbudować wiedzą muzyczną, którą zdobyłem w szkole i na kursach muzycznych, a którą cały czas doskonalę, uczestniczę w różnych sympozjach, konferencjach etnograficznych i muzykologicznych, szukam materiałów w literaturze i w archiwach. Jestem też zapraszany do prowadzenia zajęć, warsztatów, uczestniczę w obradach jury konkursów muzycznych. Jestem wykładowcą Podhalańskiej Wyższej Szkoły Zawodowej, gdzie na kierunku podyplomowym „Kultura Podtatrza” odpowiadam za folklor muzyczny Podhala. 



Anna Piątkowska: Studenci mają szczęście, że mogą się uczyć od kogoś tak wszechstronnego, jak ty.

Krzysztof Trebunia-Tutka: Bardzo się cieszę, że są ludzie, którzy chcą się w tym specjalizować i poszukują połączenia swojej pasji ze zdobyciem konkretnych kwalifikacji. A’ propos edukacji, - z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że najważniejsze jest doświadczenie. Byłem chyba pierwszym nauczycielem mianowanym i dyplomowanym muzyki ludowej w Polsce. Kuratorium Oświaty nie mieściło się w głowie, że architekt może uczyć muzyki, może to robić dobrze i to mając jeszcze przy tym odpowiednie kwalifikacje. Ukończyłem studium pedagogiczne, ale wiedza źródłowa też bardzo mi się przydała. Profesja nauczyciela — najpierw stażysty, a teraz już dyplomowanego, mobilizowała mnie do tego, aby to wszystko zbierać, gromadzić i analizować. Miałem bardzo kuszące propozycje podjęcia studiów podyplomowych, doktoranckich na etnomuzykologii, ale na razie nie udaje się tego pogodzić z moją działalnością koncertową, projektową i artystyczną. Może kiedyś, na emeryturze...

Tomasz Piątkowski: Informacje o tobie wskazują, że jesteś nie tylko muzykiem. Napisałeś scenariusz do przedstawienia „Góralskie Bronowice”.

Krzysztof Trebunia-Tutka: To dość dawne dzieje, ale miło wspominam to wyzwanie. W ramach Festiwalu Kraków 2000 pojawiła się propozycja przygotowania trochę większej formy niż sam koncert zespołu Trebunie-Tutki. Pomyślałem, że fajnie byłoby pokazać przenikanie się różnych gatunków muzycznych i sztuki klasycznej. Orkiestrę Sinfonietta Cracovia i kompozycje Kilara połączyliśmy z tym, co robimy — z muzyką tradycyjną i inspirowaną tradycją. Zespół Skalni stanowił jakby grupę baletową, ale to nie był balet, tylko prawdziwe tradycyjne góralskie tańce. Byli aktorzy z Teatru Witkacego i oczywiście Piotr Dąbrowski, który profesjonalnie to wyreżyserował. Okazało się, że inspiracja „Weselem” Wyspiańskiego nawet po stu latach może być ciągle interesująca. 
Wszyscy doskonale zrozumieli przesłanie, które trochę dotykało naszych cech narodowych: wad, zalet i problemów w zrozumieniu się nawzajem, ale też pokazało góralszczyzne w najpiękniejszym wydaniu. Kultywowanie mitu góralszczyzny i pokazanie piękna folkloru, jego mądrości. Reprezentowali ją zaproszeni starsi górale w spontanicznej, prawie w ogóle nie reżyserowanej rozmowie, dyspucie trochę na wzór filozofów Tischnerowskich. To wyglądało tak, jakby dzisiaj ktoś posadził Sokratesa z Platonem, którzy rozprawialiby gwarą góralską o świecie i o życiu. To było dla mnie bardzo ciekawe wyzwanie, pierwszy raz pisałem scenariusz dla dużej grupy wykonawców. Potem przyszły kolejne pomysły na większe widowiska, a w końcu Anita doprowadziła do współpracy z Filharmonią Łódzką im. A. Rubinsteina i z Bartłomiejem Gliniakiem — znakomitym kompozytorem młodego pokolenia, specjalizującym się głównie w muzyce filmowej. 

Anita Rysiewska: Młodego pokolenia, czyli mniej więcej w naszym wieku. (śmiech)

Krzysztof Trebunia-Tutka: Bartek przepięknie z dużym wyczuciem stylu zorkiestrował moje utwory i opracował głosy chóralne. W efekcie zabrzmiała nowa muzyka góralska w odsłonie symfonicznej. Sam projekt, mocno inspirowany Tetmajerem, nosi tytuł „Legenda Tatr”. Dla mnie to wielka satysfakcja, bo moje utwory po raz pierwszy zabrzmiały w tak rozbudowanej formie, nabrały nowego blasku. 

Anita Rysiewska: Premiera odbyła się w Filharmonii Łódzkiej jako finał Festiwalu Kolory Polski w Łodzi. Chór i orkiestra symfoniczna, czyli ponad sto osób na scenie, monumentalna, a zarazem delikatna, wrażliwa na charakter tej muzyki orkiestracja Bartka Gliniaka, wielki sukces!,. Jestem wdzięczna dyrekcji filharmonii za zaufanie. Niestety, koszty produkcji przerosły organizatorów i płyta z tego projektu nigdy się nie ukazała. Ale nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Bartek pracuje teraz w Hollywood, jesteśmy w kontakcie i nie przestajemy marzyć. 

Koncert "Siedem Pieśni Marii" - muzyka Bartłomiej Gliniak

Tomasz Piątkowski: Specjalizujecie się w zderzeniach kultur. Spotkaliście się z zespołem z Kirgistanu Ordo Sakhna. Jak wyglądało wasze wspólne granie? 

Krzysztof Trebunia-Tutka: Zostaliśmy zaproszeni do Kirgistanu jako zespół znany z eksperymentów. Taki był pomysł polskiego konsula, ale też ludzi związanych z filharmonią w Biszkeku. Żoną dyrektora filharmonii była Polka, która znała i ceniła zespół. W zamyśle tego zaproszenia była promocja muzyki kirgiskiej w świecie, aby na wzór naszego projektu z reggae trafić z ich muzyką na zachód Europy. I my mieliśmy być tym łącznikiem - przez Polskę do Europy.
Wszystko pięknie się odbyło. Przylecieliśmy do Kirgistanu, ale na miejscu okazało się, że tam zupełnie inaczej płynie czas, inaczej rozumiane są zapisy umów. (śmiech) W riderze technicznym zapisaliśmy, że potrzebujemy czternastu mikrofonów, okazało się, że dostarczono nam... czternaście końcówek do mikrofonów. (śmiech) Ekipa obsługująca koncert zareagowała zdziwieniem, kiedy powiedzieliśmy, że potrzebujemy również kolumn, kabli i wzmacniaczy. Po kilku godzinach na szczęście wszystko dotarło i koncert się odbył, a potem spotkaliśmy się na próbach z zespołem z Kirgizji. Myślę, że troszkę niefortunnie dobrano nam partnerów do tego projektu.


Byli to studenci narodowej akademii muzycznej w Biszkeku, bardzo sympatyczni młodzi ludzie, ale bez doświadczenia w tradycji, zupełnie początkujący na instrumentach etnicznych. Nie o to nam chodziło, tym bardziej że tradycja tego kraju obfituje w oryginalne brzmienia i żyło jeszcze wielu mistrzów, od których ci młodzi mogliby się uczyć. Wynikła z tego dość dziwna sytuacja. Nie wiem, być może i u nas kiedyś też tak bywało, ale byliśmy zaskoczeni tym, że młodzież w zespołach pieśni i tańca uważała, że tworzy po prostu nowy folklor, bez kontaktu z najstarszymi, często biednymi i schorowanymi muzykantami. To „nowe” było już płytsze, oderwane od korzeni. Tak czy inaczej, grali pięknie swoje nowe utwory, które były luźno powiązane z muzyką kirgiską, z klasyczną manierą wykonawczą. Na szczęście pojawiły się instrumenty etniczne, zagrał wspaniały instrumentalista i śpiewaczka korzystająca ze starej, autentycznej techniki melizmatowej. Koncert był bardzo ciekawy, ale nie kontynuowaliśmy tej współpracy, Pozostało wspomnienie fajnej przygody i egzotycznego dla nas kraju.

Fot. Tomasz Piątkowski

Anita Rysiewska: Co jakiś czas zgłaszają się do nas, szczególnie po jakichś spektakularnych koncertach, albo po wizycie w mediach, ludzie w „odkrywczymi” propozycjami współpracy, oczywiście bez jakiejś idei i konkretów, na zasadzie” a może by teraz z...” Eksperymenty to nie clou działalności zespołu — to nie o to chodzi! Zawsze kierujemy się otwartością na drugiego człowieka, jego kulturę, tradycję, wartości. Intuicyjnie wyczuwamy, czy - cytując Jamajczyków – znajdziemy wspólne vibe’y. Nasze nowe projekty, a nawet okazjonalne koncerty mają spójną idee i są przemyślane, choć niepozbawione spontaniczności. 


Krzysztof Trebunia-Tutka: Najpiękniejsze jest to co dzieje się w nas, co czujemy stojąc na jednej scenie, siedząc przy jednym stole. Opowiadamy sobie historie z naszego życia, a potem rodzi się Muzyka… Lubimy i szanujemy naszych przyjaciół z odległych krajów i kultur. Pięknie się różnimy, ale łączy nas miłość do własnego dziedzictwa i ciekawość innych. Kultura, a zwłaszcza muzyka łączy szczególnie mocno. W głębi serca wszyscy jesteśmy tacy sami, niezależnie od koloru skóry, przekonań religijnych i politycznych. 
Fot. Tomasz Piątkowski

Fot. Anita Rysiewska




MuzykTomaniA składa podziękowanie Krzysztofowi Trebuni -Tutce i Anicie Rysiewskiej za możliwość rozmowy oraz

przekazanie zdjęć na potrzeby wywiadu.


***



(c) Anna i Tomasz Piątkowscy
Współpraca  redakcyjna Izabela Sanocka




piątek, 14 grudnia 2018

"Mieliśmy w sobie nadmiar dźwięków" - druga część rozmów o legendarnym Cytrusie z Andrzejem Kaźmierczakiem i Mietkiem Pawlakiem .

W momencie oddawania do publikacji ostatniej części wywiadu o Cytrusie nadeszła smutna wiadomość. Po długiej chorobie zmarł jeden z jego założycieli, perkusista Andrzej Kalski. Tak się złożyło, że ta, ostatnia już część wywiadu, zawiera również wspomnienie o nim. Postanowiliśmy zatem zadedykować ją Andrzejowi Kalskiemu. Jest to kolejny już muzyk Cytrusa, który dołącza do Mariana Narkowicza i Waldemara Kobielaka, aby razem "wydawać złotą nutę” po tamtej stronie świata muzyki.


Andrzej Kalski/ fot. Facebook GAD Records

Tomasz Piątkowski: Dlaczego nazywaliście się Cytrus? Skąd taka oryginalna nazwa zespołu?

Andrzej Kaźmierczak: Dyskutowaliśmy u mnie w domu w kilka osób, że mamy być tacy kwaśni, bez cukru. Bardzo lubię cytrynę, ale biorę ją i wydłubuje sobie wszystkie pestki, a potem sypię na to cukier. Ona wtedy zajebiście smakuje. Natomiast taka mocna cytryna potrafi porządnie ściąć gardło, aż szkliwo czasem pęka od nadmiaru kwasu. Mieliśmy być właśnie takim Cytrusem, co w tamtym czasie kojarzyło się z czymś miłym. Nawet Bogdan Łazuka śpiewał: „W kolejce po cytryny...”. 


Mietek Pawlak: Cała w tym prawda! Tylko na święta były dostępne!

Andrzej Kaźmierczak: To był towar ekskluzywny. Wszyscy szukają jakiś wymyślnych, zaskakujących, bulwersujących, prowokacji słownych, a to jest takie proste — głupia cytryna! (śmiech). Z tego, co pamiętam tak to wyszło — zwykła nazwa. Będziemy kwaśni, będziemy powodować kwas u ludzi. Nie ma żadnego innego podtekstu.

Lemon world by Vitaly Urzhumov

Tomasz Piątkowski: Początkowo nazwa zespołu miała być inna. Mieliście się nazwać Zopott?

Andrzej Kaźmierczak: Tak. Próbowaliśmy też: Władca much i Belzebub (śmiech). Kawałek Ściany — miałem kiedyś taki zespół. To wyszło zupełnie przypadkowo. Wymyśliłem to w wieku 16 lat, a piosenka Pink Floyd wyszła o wiele później. Kawałek Ściany mogło być fajną nazwą, ale reszta zespołu nie chciała się na nią zgodzić, bo byłaby to kontynuacja jakiegoś wcześniejszego projektu, co też nie miało większego sensu. 


Tomasz Piątkowski: Założycielami Cytrusa byłeś Ty, Marian oraz Andrzej Kalski. Andrzej był ważną postacią tego zespołu, ale bardzo cichą. 

Andrzej Kalski oraz Andrzej Kaźmierczak

Andrzej Kaźmierczak: Tak, to prawda, był założycielem. Wbrew pozorom cichy on nie był. Być może teraz to tak wygląda, bo jego sytuacja zdrowotna jest trudna, dlatego on sam się nie udziela. Natomiast on dłużej grał niż ja. Założył grupę nagłaśniającą koncerty i jako perkusista od czasu do czasu też się udzielał. Przekazał tą firmę potem synowi, który prowadzi ją do dziś. 

Mietek Pawlak: Ta firma prosperuje do dzisiaj, bo niedawno coś robili. Andrzej Kalski jeszcze dwa lata temu grał na perkusji. 



Andrzej Kaźmierczak: Miał coś jakby mini-studio, gdzie nagrywali demo dla różnych zespołów, więc Kalski wcale nie zapadł się tak zupełnie pod ziemię. Jest obecny w muzycznym środowisku i ciałem, i duchem. Może teraz mniej, bo fizycznie nie daje rady. Utwór „Narodziny Patryka” jest o jego pierwszym synu. To był nasz ukłon w jego stronę. Teraz kiedy mam wnuki, to wiem, że narodziny to ważna sprawa, wręcz kosmiczna, bo oto na świat przychodzi nowy człowiek. Gratuluje Andrzejowi, że ma „Narodziny Patryka”, bo ja nie mam takich „narodzin” swoich dzieci (śmiech).

Mietek Pawlak: To może coś jeszcze razem nagramy Andrzej? (śmiech)

Tomasz Piątkowski: Jaki rodzaj muzyki grał Cytrus?


Andrzej Kaźmierczak: Ja bym powiedział, że rock-jazz, a nie jazz-rock. Wiadomo, że to się mówi odwrotnie, bo tak to się przyjęło, ale to nie był czysty rock ani czysty jazz. Dużo improwizowaliśmy, mało tego — utwory zapisane w studiu rzadko były potem odtwarzane identycznie. Tylko jeśli jakiś moment był na tyle znaczący, że trzeba go było powtórzyć, to powtarzaliśmy tylko ten kawałek, a resztę, sąsiednie dźwięki można sobie pozmieniać. Staraliśmy się, żeby ta muzyka żyła, ale byliśmy za słabi jako instrumentaliści w tamtym czasie, żeby móc każdy zapisany utwór odtworzyć w stu procentach. Mieliśmy w sobie nadmiar dźwięków. Wartość Cytrusa byłaby o wiele większa, gdybyśmy mieli, chociaż dwa koncerty zanotowane. 

Mietek Pawlak: Cytrus grał po prostu progresywnie — grał progresywnego rocka.

Mietek Pawlak
Tomasz Piątkowski: Jak powstawały utwory Cytrusa? Wiele z nich ma dość interesujące tytuły, na przykład: „Jeźdźcy smoków”, „Tęsknica nocna”, „Trzecia łza od słońca”, „Kobra”. Skąd takie surrealistyczne tytuły? 



Andrzej Kaźmierczak: Jeżeli chodzi o „Tęsknice” to jest to tytuł Marcina. Jeszcze po jakimś czasie dodał „nocna”. Poza „Tęsknicą” reszta tytułów był wynikiem kompromisu. Na zasadzie: co komu wpadnie do głowy. Podobały nam się zawsze motywy islandzkie, perskie, ale na pewno nie góralskie, ani z Mazowsza. Z reguły pod takim natchnieniem graliśmy na próbach oraz improwizowaliśmy, a potem wieczorem słuchaliśmy co z tego wyszło i najczęściej wychodziło. „Bycza krew” wpadła mi do głowy cała od razu. Maniek strasznie kręcił nosem, a Kaziu w ogóle nie chciał tego śpiewać. 

Tomasz Piątkowski: Cytrusa poznałem przypadkiem, kiedy u Sławka Orwata na Polisz Czart leciał cover “Byczej Krwi” w wykonaniu zespołu Mietka. 

Andrzej Kaźmierczak: Cover? Może był lepszy od oryginału? (śmiech) 

Mietek Pawlak: Andrzej, puszczałem ci ten cover, bo musiałeś go ocenić. Jak miałem go wydać bez ciebie? (śmiech) 


Tomasz Piątkowski: Skąd pomysł na to, żeby odświeżyć utwór „Bycza Krew” Cytrusa? 

Mietek Pawlak: Ja mam misję ratowania ciekawych rzeczy. Więcej coverów robię. Zrobiłem jeden kawałek z Cytrusa, „Bycza Krew” oraz „A statek płynie” Korby. Będzie więcej ciekawych rzeczy, ale to dopiero za jakiś czas, jak Toffik dojdzie do siebie (śmiech). 


Tomasz Piątkowski: Wróćmy do genezy powstania utworu. Jak doszło do jego powstania? Czyżby Cytrus zainspirował się hiszpańską corridą? 

Andrzej Kaźmierczak: Nie! To nie ma nic z tym wspólnego. Z powstaniem „Byczej krwi” wiąże się zupełnie inna historia. Ten utwór powstał przypadkiem i dzisiaj mogę o tym opowiedzieć. Nagrywaliśmy w gdańskim studiu, gdzie się okazało, że komisarz wojskowy cenzurował nie tylko nasze teksty, ale też muzykę, czego nie mogłem zrozumieć, bo jak muzyka może być też polityczna? Okazało się, że może być! 

Mietek Pawlak: Może jakieś radzieckie nutki usłyszał? (śmiech) 


Andrzej Kaźmierczak: Motyw początkowy tej piosenki był zupełnie inny. Tam miał być protest song z motywem instrumentalnym w formie pochodu. Maszerujące wojsko hitlerowskie, gdzie słychać kroki na bruku, które później się zrównują, a na koniec dochodzi przemówienie Adolfa Hitlera. To miało być doniosłe i wyraźnie antywojenne. Tak to sobie wyobraziłem. Chciałem kawałek niemieckiego języka, ale znajdź teraz w archiwum komunistycznym przemówienie Hitlera! Myślę, że może by się znalazło, ale nie zdążyliśmy już zapytać, bo natychmiast przybiegł ten wojskowy i powiedział nam, że mamy zakaz grania przez dwa lata, jak i nagrywania. Zrobiłem wielkie oczy ze zdziwienia na ten dwuletni zakaz pokazywania się na rynku, ale na szczęście redaktor Aleksander Szostak złagodził całą sytuację i możliwe, że nie czekaliśmy tych dwóch lat. On miał do mnie potem pretensje, ale przecież do głowy by mi nie przyszło, że będzie z tego jakiś problem, bo przecież ten utwór nie miał być ani antyniemiecki, ani antyrosyjski czy antypolski. To miał być utwór o wymowie antynazistowskiej, który opowiada o niepotrzebnym rozlewie krwi. Zależało mi na tym obciążeniu, żeby brzmiało bardziej heavy metalowo i wyraziście. Motyw pochodu miałem zagrać z basem i on nawet chyba został w części, ale potem kiedy musieliśmy ten kawałek przerabiać, to powyrzucałem masę rzeczy. Maniek wtedy chyba coś gadał o „byczej krwi” na próbie, to kazałem mu już dopisać tekst do końca. 
Podobnie powstała „Kurza twarz”. Maniek gdakał po kurzemu i ja mu mówię: „To gdacz”! To będzie się nazywać „Kurza twarz”. 


Tomasz Piątkowski: Czyli utwory Cytrusa powstawały przypadkiem. 

Andrzej Kaźmierczak: Raczej w momentach natchnienia albo dyskusji. To nie zawsze jest skorelowane, ale akurat utwór pod tytułem „Jeźdźcy smoków” powstał na przykład, kiedy mieliśmy chwilową fascynację filmem. 

Tomasz Piątkowski: Słuchając muzyki Cytrusa ma się wrażenie, jakby oglądało się film lub przedstawienie. 



Andrzej Kaźmierczak: Muzyka Cytrusa jest bardzo ilustracyjna. Cytrus sprzedał kilka swoich utworów, przy czym była to taka sprzedaż w znaczeniu takim jak na tamte czasy, czyli facet wpadał i zgarnął do torby, co leżało na biurku. To wszystko szło na zachód, bo tam potrzebowali dużo ilustracyjnej muzyki jako podkładu do wiadomości, reportaży czy filmów. Jak wszystko się skończyło, to zaczynali dochodzić, kto jest właścicielem nagrań. Utwory Cytrusa były z reguły nieopisane i jakież było moje zdziwienie, gdy przyszło z ZAIKS-u powiadomienie, że sprzedano nasze utwory do Francji. Połowę z wynagrodzenia brał ZAIKS, drugą połową obdzielali wszystkie trzy strony: muzyków, studio nagrań i managera, który to sprzedał. Ja dostałem tysiąc pięćset dolarów, a za jakiś czas dziewięćset dolarów, ale to były takie jednorazowe strzały. Ta sytuacja mi uświadomiła, że Maniek nie powinien mieć pieniędzy, bo od razu mu odbijało. Obawiałem się, że jeśli to wszystko, o czym my marzymy, zaczęłoby się realizować, to mogło się skończyć nieszczęściem. Sukces mógłby nas zabić. 

Tomasz Piątkowski: Współpracowaliście z Teatrem Magicznym Sopot. Byliście przez pewien czas kompozytorami oraz aranżerami... 


Andrzej Kaźmierczak: Z Teatrem to raczej było dużo słów, a mniej treści. On cały czas funkcjonował i my coś nagraliśmy dla nich raz czy może dwa. Tak sobie to wszystko wymyślił twórca, a twórcą Teatru Magicznego i jego spektakli był późniejszy szef Radiokomitetu Marian Terlecki. Nic dobrego z tego dla nas nie wyszło, bo Maniek jak się dowiedział, że jest Terlecki, to znowu coś „odjechał”. 

Tomasz Piątkowski: Które wydarzenie muzyczne w historii istnienia Cytrusa było najważniejsze? 


Andrzej Kaźmierczak: Na pewno koncerty w Operze Leśnej, ale też Kart Rock, który bardzo fajnie był robiony przez telewizję. Kart Rock to taki rock na wyspie. Na wokalu wtedy był Kaziu Barlasz, Kalski też z nami grał, czyli skład był naprawdę archaiczny. Świetni ludzie! Coś wtedy się posypało sprzętowo i został nagrany taki blues ad hoc na tym koncercie. Pamiętam, że w tej piosence jest pewne refleksyjne stwierdzenie: „Dawniej było tu inaczej a co dziś? Co dzień chwytam się za głowę i nie wiem dokąd iść”. Chyba tak to brzmiało i to jest tekst napisany przez Mańka pięć minut przed wejściem na scenę. My sami tego nigdy nie nagraliśmy, ale telewizja zarejestrowała dwa programy po 30 minut i dość dużo teledysków. 

Fot. Anna Piątkowska
Tomasz Piątkowski: Czy próbowaliście reaktywować Cytrusa? 

Andrzej Kaźmierczak: Były tylko rozmowy. Do chwili kiedy Maniek żył, to było realne, ale kiedy odszedł, wszystko się zawaliło. Moja żona ma pretensje, że za wszystko obwiniam Mańka. Pewnie ma dużo racji, bo nie ma ludzi niezastąpionych. 

Tomasz Piątkowski: Jaki miałeś udział w powstaniu trzech ostatnich kompilacji Cytrusa? 

Andrzej Kaźmierczak: W momencie, kiedy były nagrywane, mieliśmy wpływ na same nagrania jak każdy wykonawca, natomiast jeżeli chodzi o same płyty, to najczęściej dowiadywałem się o nich, jeżeli maczał w tym palce Marcin. On mi przysyłał maila z zapytaniem, czy się zgadzam, ale ja mu mówiłem, że cokolwiek zrobisz, będzie dobrze, bo to wszystko jest już jakby archiwum. 


Tomasz Piątkowski: Jak wspominasz okres Stanu Wojennego? Jak Cytrus przetrwał ten trudny czas? 

Andrzej Kaźmierczak: Fatalnie! Dowiedziałem się o tym w nocy. Przyjechała do mnie koleżanka, bo czekała na telefon z Londynu od chłopaka. Czekaliśmy i nic. Ja mówię do niej: „Może wprowadzili stan wojenny?” Włączam telewizor i okazuje się, że rzeczywiście w nocy było to przemówienie Jaruzela. Następnego dnia – obwieszczenia i wszystko zmilitaryzowane. Ja miałem cały sprzęt w Operze. Teraz weź to stamtąd i przenieś. Po różnych pokojach i aż pod ściany zacząłem to rozstawiać. Gdyby wtedy mi pozwolono, to ja nawet w samych kąpielówkach przeszedłbym przez granicę. Wziąłbym gitarę i wyszedłbym stąd, bo stan wojenny, to już jest syf. 


Oczywiście wprowadzono zakaz koncertów, ale potem odpuszczali stopniowo i wszystko zelżało w pewnym momencie. Mimo, że stan wojenny jeszcze był, to pozwolono zrobić BART-owi koncert. BART nie miał za bardzo kim się posłużyć i postanowił zrobić miejscowy koncert. Miało być Kombi albo Cytrus. Nie chcieliśmy się łączyć z Kombi, bo to zupełnie różna muzyka. Postanowiono, że Cytrus sam zagra. Trochę się obawiałem czy na pewno będzie komplet. Okazało się, że wszystkie bilety zostały wyprzedane. Koncert był wspaniały. Na drugi dzień również sprzedano oba komplety. Ludzie byli wygłodzeni, bo przez tyle czasu nic się nie działo. To była taka nagroda za ten stan wojenny, który spowodował taką posuchę, bo wszystkie koncerty były odwołane i żaden zagraniczny gość nie miał wstępu, więc jak Cytrus pojawił się na słupie, to nieważne, jaka cena, ludzie każdą odżałowali. Potem władza zaczęła się coraz chętniej zgadzać na koncerty, bo było spokojnie, bez żadnych burd. Ludzie wchodzili posłuchać muzyki i wychodzili. 
Sam stan wojenny to był dla nas dramat, próby odwołane, nie było żadnych perspektyw. Każdy myślał tylko jak to przetrwać, ale przez ten czas marka Cytrusa na rodzimym rynku się umocniła.

Tomasz Piątkowski: Cytrus w pewnym momencie został wzbogacony o wokal Kazimierza Barlasza. Przekształciliście się wtedy w zupełnie inny zespół. Powstała Korba. 


Andrzej Kaźmierczak: Sprawa jest bardzo prosta. Cytrus miał zostać, a Korba miała być tylko dodatkiem, żebyśmy zaczęli zarabiać. Doszliśmy z Mańkiem do wniosku, że zespoły instrumentalne to było obrzeże rynku komercyjnego. One funkcjonowały i nie twierdzę, że były to zespoły małowartościowe, ale ich egzystencja w tamtym czasie była utrudniona przez zalew przebojów i dobrych płyt zachodnich grup rockowych jak: Van Halen, Deep Purple, Black Sabbath, Yes, Colosseum, King Crimson czy Jethro Tull, które jednak miały wokal. Nawet mój ulubiony Ten Years After! Był taki okres, kiedy Maniek był chory i graliśmy tylko w trójkę. 
Zrobiliśmy wtedy kawał fajnej muzyki. Ja sam nauczyłem się trochę śpiewać w tamtym czasie, co może było niewiarygodne i śmieszne, ale ten okres minął jakoś bez rezultatów. Korba wtedy zaczęła się właśnie tworzyć. Próbowaliśmy zrobić coś, co robią inne zespoły rockowe, gdzie ten wokal zawsze był. Nawet Hendrix coś wył i coś tam sobie gadał. Próbowaliśmy to jakoś skleić, niechętnie czasem, ale z drugiej strony, dlaczego nie? Przecież wszyscy śpiewają! Kaziu naturalnie przeszedł do Korby, bo już wcześniej śpiewał trochę w Cytrusie, a po drugie, wokalistów wtedy było bardzo mało. Kaziu i tak był rozchwytywany, bo ciągnął Exodus i Med Max
.

Pojawił się też Olewicz i przyniósł ze sobą niezłe teksty. Nam się wydawało, że to pójdzie, bo tak nam mówił Olewicz. Oba zespoły mogły funkcjonować obok siebie. Myśmy wszystko czasem mieszali (śmiech), bo trochę śpiewaliśmy z Korby, trochę graliśmy z Cytrusa, a to nie zawsze było dobrze, bo należy być wyrazistym. Nagrywaliśmy, ale znowu zaczęły się problemy. Teraz już nie pamiętam, ale chyba zamieszanie na tle politycznym. Zaczęły padać różne firmy wydawnicze. Maniek poważniej się rozchorował. 


Teledysk do piosenki Korby „A statek płynie” zrobił człowiek, który otworzył sobie nim drogę do kariery. Pojechaliśmy wtedy do fortu. Facet, który tam występuje, to dozorca tych fortów, były stoczniowiec, który właśnie wtedy jadł śniadanie i nakładał sobie kaszankę. Był taki moment, kiedy idziemy z nim ramię w ramię i on mówi, że całe życie zmarnował. Od piątej rano, przez czterdzieści lat pracował, a teraz nawet na emeryturze musi dorabiać, bo im z żoną nie starcza na życie. To było straszne oskarżenie. Teledysk jest autentyczny i pokazuje tamte czasy, ma wyraźne przesłanie anty-systemowe i antykomunistyczne. 


Tomasz Piątkowski: Powiedziałeś kiedyś, że muzyka Cytrusa przestała interesować ludzi, dlatego przestaliście grać.

Andrzej Kaźmierczak: Nie! To jest mój błąd, to zdanie jest nieprawdziwe. Musiałem odczekać trochę czasu i teraz kiedy widzę, jak ludzie reagują na tę muzykę, mam inne zdanie na ten temat. Wówczas, kiedy to powiedziałem, takie miałem wrażenie. To było też trochę takie samousprawiedliwienie, żeby móc w końcu spokojnie zająć się rodziną. Ożeniłem się w wieku 39 lat, matka mi umarła, a ona zawsze czekała na to, żebym miał porządną dziewczynę. Moja mama była zwolenniczką tego, żebym miał zwykłą dziewczynę, która ceni sobie rodzinę i przyszedł na mnie taki moment, kiedy miałem te 38 lat. Stwierdziłem, że mi czas przelatuje przez palce i wszystko się rozsypuje. W podobnej sytuacji była większość muzyków. Na szczęście poznałem w życiu tę właściwą dziewczynę. Zaczepiłem ją pierwszy, z pełną premedytacją chciałem, żebyśmy się w sobie zakochali i chciałem zrobić wszystko, żeby ona się we mnie zakochała. Po trzech dniach od zapoznania chciała, żebym się z nią ożenił. Trzy dni! To nie ja, tylko ona chciała! (śmiech)
Ślub wzięliśmy 26 lat temu w naszym kościele. Nigdy się nie kłóciliśmy, nigdy nie myśleliśmy o rozwodzie. Doczekaliśmy się trzech wnuków, a przed ślubem znaliśmy się tylko miesiąc. Zaczepiłem ja, kiedy szła przede mną, a więc nawet nie wiedziałem, jak wyglądała (śmiech). Widziałem tylko jej włosy, kierowałem się intuicją. Miałem przez moment przekonanie, że się pomyliłem i może tak naprawdę nie chcę tego ślubu, ale wszystko mi się wyjaśniło, kiedy ksiądz czytał „Hymn o miłości” św. Pawła. „Miłość łaskawa jest, miłość nie zazdrości” - jak on to czytał, to wiedziałem już, że
wszystko jest w porządku, bo jesteśmy związkiem sakramentalnym.

MuzykTomaniA z Andrzejem Kaźmierczakiem  fot. Mietek Pawlak

Mietek Pawlak: Ciebie to totalnie od muzyki odsunęło. 

Andrzej Kaźmierczak: Tak to prawda, ale do początku lat dziewięćdziesiątych nie byłem nawet w stanie kupić strun, a do tego poznałem dziewczynę, z którą chciałem założyć rodzinę. Nie od razu zrezygnowałem, grałem jeszcze pięć lat po ślubie. Robiłem jakieś koncerty, bo mieliśmy kupę sprzętu, który uzbierał się po latach grania. 

Mietek Pawlak: Było trochę tych gratów. (śmiech) 

Andrzej Kaźmierczak: Tylko jak zapłacić tym ludziom za koncerty, jeżeli wszystkie firmy leżały, a sklepy muzyczne się zamykały? Tkaczyk się zamknął, jego następca się zamknął. W pewnym momencie chciałem sprzedać sprzęt wart czterysta dolarów za dwieście złotych, a nikt i tak nie chciał tego kupić. Wiesz co zrobiłem z tym sprzętem? Oddałem za free. Zadzwoniłem do chłopaków i powiedziałem, że mają sobie zabrać wszystko, co jest w piwnicy. Wszystko jest do ich dyspozycji. Miałem jeden warunek: piwnica do jutra ma być czysta. Trochę ciężko mi było na sercu, bo to były lata bitew o to wszystko, a teraz lekką ręką wszystko oddałem, ale chciałem, żeby to komuś służyło. 

Andrzej Kaźmierczak/fot. Anna Piątkowska
Niech jakiś muzyk z tego korzysta, przecież to bezsensu, żeby to niszczało, kiedy ja nie mam czasu, żeby grać. Potem przyszły lata dwutysięczne i sytuacja muzyków się bardzo poprawiła, na pewno dzisiaj jest lepsza, ludzie sobie jakoś radzą. Ja samodzielnie, bez niczyjej pomocy kupiłem dom w Sopocie, kupiłem samochód i nie brałem żadnych kredytów. Zdążyłem wychować dwoje dzieci, moja żona nie pracowała, bo miała wystarczająco dużo roboty z dziećmi. Nikt nam w niczym nie pomagał i bardzo dobrze. Bardzo się z tego cieszę, bo nikomu nic nie zawdzięczam. Tylko Bogu. Wszystko, co mam, to tak naprawdę jest wypożyczone, bo przecież nie zasługuję na to. Pan Bóg mi tam kapnął, to wszystko należy do niego. Trzeba mieć pokorę w sobie. Człowiek dostaje czasem małpiego rozumu, w początkowym okresie życia i to też jest powód, dlaczego nie wróciłem do muzyki, chociaż mogłem. Cały czas się łudziłem, że wrócimy. Miałem plan powrotu, ale Maniek mi umarł. Bez Mańka nie ruszę. Szukałem skrzypka albo flecisty. Leszek Ligęza też próbował mi znaleźć, ale do dzisiaj cisza. 

Fot. Anna Piątkowska
Tomasz Piątkowski: Z tego, co opowiadasz, bardzo tęsknisz za Cytrusem.

Andrzej Kaźmierczak: No pewnie, ale co minęło, to minęło! Tego się już nie reaktywuje, bo nie ma już Waldka, nie ma Mańka, Kalski nie daje rady już grać. Trzeba mieć energię, a ja tej energii już nie mam. Ja do tej rozmowy musiałem się przygotować, bo przeważnie tylko słucham. Ostatnie lata wypłukały mnie z energii. Tylko właściwe dźwięki mogą człowieka zachwycić. Nie można muzyki robić tylko dla artyzmu albo jakiegoś pokazania swojej profesji. Trzeba ją robić głównie pod emocje. Niektóre przeżycia są tylko jednorazowe, nie znajdziesz drugi raz tych samych emocji. Możesz ich poszukiwać, możesz stworzyć ich imitację, ale to będzie już tylko imitacja. Pusty wewnątrz niczego nie wymyślę. Jeżeli już coś nagrywać, to musi być wyjątkowe, a ja bez energii tego nie zrobię.

Mietek Pawlak: Iskry nie złapiesz, jak nie wjedziesz na salę prób! (śmiech) A jak złapiesz tę iskrę, to będziesz przychodził i grał. Czekam cały czas na ciebie, salka jest gotowa, tylko tę iskrę trzeba w tobie wywołać! (śmiech)



(c) Anna i Tomasz Piątkowscy





środa, 5 grudnia 2018

"Zawsze sukces był przed nami" - pierwsza część rozmów o Cytrusie z jednym z jego założycieli i liderów Andrzejem Kaźmierczakiem oraz przyjacielem zespołu Mietkiem Pawlakiem (Mietek&Toffik, Setin)

Powodów do spotkania i rozmowy o Cytrusie z Andrzejem Kaźmierczakiem było wiele. Trudno zatem wskazać ten najważniejszy. Zapewne jednym z nich było wydanie kompilacji zespołu pod tytułem Trzecia łza od słońca, która przypadła nam do gustu na tyle, że postanowiliśmy podjąć się jej zrecenzowania. Pozostawiła w nas także niedosyt i nieodpartą chęć poznania nie tyle przyczyn rozpadu grupy, ile odpowiedzi na pytanie, dlaczego za czasów swojej działalności nie zdołała wydać choćby singla.
Niniejszy wywiad był dla nas przygodą i podróżą w czasie do lat działalności Cytrusa, którą mieliśmy okazję odbyć podczas spotkania i rozmowy z jednym z liderów i założycieli grupy, Andrzejem Kaźmierczakiem oraz przyjacielem zespołu — Mietkiem Pawlakiem, dzięki któremu do tego wywiadu doszło, za co chcielibyśmy mu serdecznie podziękować. Odbył się on w Sopocie, mieście powstania tej legendarnej formacji i jest prawdopodobnie pierwszym od trzydziestu lat zapisem wspomnień na temat Cytrusa, jakie udało się zrealizować. Chcielibyśmy zaprosić wszystkich fascynatów rocka progresywnego oraz fanów Cytrusa do lektury wywiadu, którego pierwszą część publikujemy poniżej.


Fot. Anna Piątkowska

Tomek Piątkowski: Kiedy umawialiśmy się na wywiad, byłeś zaskoczony, że ktoś chce jeszcze rozmawiać o Cytrusie?

Andrzej Kaźmierczak: Gdybym jakieś usiłowania robił, jakieś promocje, tak jak kiedyś, a ty nagle dzwonisz w takim okresie biznesowym, gdzie ja od muzyki totalnie odszedłem. Zespół też się rozsypał, bo ten umarł, tamten się leczy, inny wyjechał za granicę... Składów mieliśmy w międzyczasie dość dużo... I praktycznie rzecz biorąc, telefon od was wydawał się z jakiejś innej planety (śmiech). Ja nic nie zrobiłem! To też ciekawe, bo ja nic nie zrobiłem, żeby te płyty wyszły. Ja nawet w ogóle o tym nie wiedziałem! O płycie „Trzecia łza od słońca” dowiedziałem się z maila.
Jedną płytę wydałem sam, kiedy już stanąłem finansowo na nogi, ale nie komercyjnie, tylko do rozdania dla ludzi. To był materiał, który miał służyć do sesji dla przyszłego wokalisty. To była płyta, która dziś może brzmi archaicznie, ale to był kawał naprawdę solidnej roboty od strony instrumentalnej. Oczywiście wokalu nie ma, bo miał dopiero być znaleziony, ale skoro nie znaleźliśmy, to poprosiliśmy kumpla z ulicy, żeby zaśpiewał. On wziął kartkę i mówi: „Co mam robić?” Ja mówię, żeby zaśpiewał cokolwiek. „Tutaj masz taką melodię i staraj się zmieścić w tej melodii”. I on się starał. Nawet to przypadkowo trafiło kilka razy do radia (śmiech). Potem miałem takie reakcje, że wszystko fajnie, ale ten wokal jakiś taki dziwny. W sumie ten chłopak nie był pozbawiony możliwości wokalnych, ale jeżeli trafi w odpowiednie ręce, to go ktoś nauczy.


Mietek Pawlak: To już za późno Andrzej. (śmiech)

Andrzej Kaźmierczak: Wy macie ten dar, że potraficie przenieść i umieścić nagrania w odpowiednim okresie. Tak jak Mietek powiedział, że jest „za późno”. Dzisiaj może i tak, ale jeśli się cofniemy, to jest inne spojrzenie. To spojrzenie tak pięknie opisaliście w recenzji. Chwała wam! Naprawdę!

Tomasz Piątkowski: Dziękujemy.


Obecne logo BART

Andrzej Kaźmierczak: Pamiętam z okresu naszej współpracy z BART-em, po każdym koncercie, przychodził człowiek i pytał: Andrzej co o tym myślisz?” A ja mu na to: „No co przecież stałeś obok!” To był dyrektor artystyczny BART-u, dyrektor naczelny, kierownik eksploatacji, ludzie od imprez... Jak ja nie powiedziałem, to poszli do Mańka. Potem słyszałem, jak to powtarzali, co my im poradziliśmy. To nie jest żadne szyderstwo z mojej strony. To pokazuje, w jaki sposób ludzie odbierają muzykę, na jakim poziomie emocjonalnym. Kiedy jeździłem w trasie i miałem pracownika, on puszczał „precle” i wybierał stacje, a ja się uczyłem pokory. Mówiłem mu: „Dlaczego ty tego słuchasz?”
Ludzie nie słyszą! Szczególnie Polacy! Dzisiaj niewiele to się zmieniło. Myślę, że jest jeszcze gorzej. Wszystko siada w dzisiejszym w konformistycznym świecie! Mnie to martwi, bo dawniej organizowano wyprawy do teatru. Rzadko, ale bywały. Nawet czasami szkoła zaprowadziła do filharmonii. 

Mietek Pawlak: Zobacz, co dziś się dzieje z muzykami. Kiedyś trzeba było umieć grać, a teraz z komputerów wezmą perkusję, bas, wokaliści ponaciągani na komputerach!



Andrzej Kaźmierczak: Trzeba być dobrym informatykiem! Nie chodzi o to, żeby narzekać. Pokolenie za pokoleniem ludzie zawsze narzekali, że „teraz jest degeneracja”. Ja się nie zgadzam, bo jednak zawsze dziesięć procent ludzi pchało cały świat naprzód, a dziewięćdziesiąt procent wiozło się na ich plecach. Tak było zawsze i tak jest dzisiaj. Świat w tych koleinach nie odstąpi i obojętnie co by się działo, nawet jak będzie przepaść, on będzie tam kroczył i to jest nie do zatrzymania. Obserwując gusta muzyczne pracowników, nauczyłem się pokory i słuchania „precli”. Doszedłem do wniosku, że widocznie to jest potrzebne, bo ludzie się przy tym jarają. Zacząłem się doszukiwać tych dobrych rzeczy. Oprócz pracowników patrzę na kumpli i córkę czego ona słucha. Córka mieszka teraz w Szwecji, więc nie mam już tego podglądu, czego słucha, ale z Facebooka widzę. Syna też, choć on na szczęście ma taką różnorodność, że potrafi Cytrus włączyć. Nawet nie wiedziałem, że to ma.


Dobrze, że jest Przystanek Woodstock, tzn. był, bo teraz inaczej się nazywa. Dobrze, bo tam jest cały przekrój muzyki. Kiedyś Walter Chełstowski prowadził Jarocin i był dzień punkowy, nowofalowy, heavymetalowy... Pełna różnorodność. Bo w tym jest siła, żeby każdy miał co lubi.
I dlatego byłem tak zaskoczony, kiedy ni z tego, ni z owego, dzwonisz. Wywiad po tylu latach! Ja dalej nie mogę w to uwierzyć. (śmiech) 



Tomasz Piątkowski: Jak doszło do powstania Cytrusa?

Andrzej Kaźmierczak: Jest wersja oficjalna, którą ty umieściłeś i wersja prawdziwa, do której nie chcę wracać. Chcę to zostawić. Niech jest tak, jak jest. Nie chcę, bo może to by dotknęło jakiś ludzi, a poza tym, jaki to ma sens? Co z tego? Niektórzy nie powstaną z martwych. A ci żyjący? Co za różnica, że ktoś powie im w twarz: „Ty! To nie ty byłeś, to był kto inny!” Po prostu zostawmy tę wersję. Niech ona sobie jest. Ja już w domu myślałem, że jeżeli padnie pytanie o jakieś uściślenia, to nic nie chcę prostować. A więc zostawmy to. (śmiech)

Tomasz Piątkowski: Kto był liderem zespołu i jak układała się między wami współpraca w Cytrusie?

Andrzej Kaźmierczak: Był dwuosobowy lider, ale kiedy zatrudniliśmy wokalistę i doszedł do nas stary znajomy z przełomu lat sześćdziesiątych, i siedemdziesiątych, to staraliśmy się ze wszystkich sił, żeby liderem i frontmanem był Kaziu Barlasz. Czy to zostało zauważone i czy rzeczywiście nim był, to już nie mnie oceniać. Zakładaliśmy, że od momentu, w którym jest Kaziu, to on niesie ciężar tego frontmana. Liderem, w sensie profesjonalnym i muzycznym, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, był Maniek, ale on nie byłby Mańkiem, powiem nieskromnie...

Kazimierz Barlasz

Mietek Pawlak: Gdyby nie ty!

Andrzej Kaźmierczak: Tylko z nim udało mi się taką relację nawiązać, że nigdy się nie pobiliśmy. Natomiast z Kaziem, to pierwsze poważniejsze starcie i od razu rękoczyny. (śmiech)

Mietek Pawlak: Taki Kaziu był. Impulsywny! (śmiech)



Andrzej Kaźmierczak: Wiesz, Kaziu to taki „syn rybaka”, mocny facet, duży i silny. W kaszę sobie nie dał dmuchać. Natomiast z Mańkiem nigdy się nie pobiliśmy, chociaż miewał „odloty”, ale one miały swoje podłoże chorobowe, o czym dowiedziałem się później. 
To była wyjątkowa postać, ale pod pewnymi względami porównałbym go do Ryśka Riedla. Zawsze się zastanawiałem, dlaczego Rysiek nigdy nie poszedł do dentysty (śmiech) Odkąd pamiętam go na scenie, zawsze był szczerbaty. Kiedyś podczas bójki mu zęby wybili. Mówił: „Pójdę. Jestem umówiony!” Za rok czy za dwa lata znowu się widzimy i dalej ma tego jednego zęba. Tak cały czas, aż w końcu Marcin Jacobson, ówczesny manager Dżemu postawił na swoim i zorganizował wizytę, ale okazało, że Rysiek nie umie śpiewać z zębami. Ułożenie języka jest wtedy zupełnie inne.


Rysiek poszedł w stronę destrukcji, ale ta destrukcja towarzyszy większości muzyków z lat komuny. Ci, którzy są na scenie rockowej, gdyby się im przyjrzeć z bliska, to ponad połowa idzie szlakiem Riedla i są tacy sami, też nie potrafią się ogarnąć, nie potrafią wstać, nie potrafią nic załatwić, dlatego nie nadają się do pracy. W tamtych latach jak ktoś coś potrafił, to był problem z wykorzystaniem tego. Zachód miał to do siebie, że obojętnie co umiesz, jeśli potrafisz to sprzedać to możesz na tym zarabiać. Jeśli tylko dobrze znajdziesz swoją niszę, to może być nawet coś głupiego, ale zrobisz to po mistrzowsku, to możesz jakoś z tego wyżyć. Nasze pokolenie rockowców z tamtych latach jest rozsypane. Ma pełną głowę, zdobywa księżyc, a realizuje z tego tyle, co kot napłakał. Może jeśli przyjdzie manager i weźmie wszystko do kupy, to może się okaże, że jest z tego niezły zespół. Tylko jak go nie będzie, to z reguły jeden z muzyków się tym wszystkim zajmie, najczęściej ten, co najsłabiej gra. (śmiech)

Tomasz Piątkowski: Jak to się stało, że Cytrus nie wydał nawet singla?

Andrej Kaźmierczak: Było kilka powodów. Jednym z nich było nasze podejście. My cały czas „robiliśmy coś lepszego”. Kiedy byliśmy już w studiu, to zrezygnowaliśmy i stwierdziliśmy, że wrócimy w najbliższym wolnym terminie, żeby „nagrać coś lepszego”. W Polskich Nagraniach nagrywaliśmy, ale nie podobało się nam to, choć facet chciał to wydać już. Znów mówiliśmy, że „nagramy coś lepszego”. To samo, kiedy dostaliśmy studio, żeby spokojnie nagrać, bo zawsze brakowało nam czasu. Mieliśmy minimalne godziny, nie tak jak na zachodzie, gdzie tych godzin było więcej. W Polsce te minimalne godziny były zawsze zapchane, a my nigdy nie mieliśmy nic do gadania. Raz nam dali studio i powiedzieli: róbcie, co chcecie! Ani jednego utworu nie nagraliśmy, bo ciągle coś poprawialiśmy.



Tomasz Piątkowski: Przez całe sześć lat? Może byliście niezdecydowani?

Andrzej Kaźmierczak: My byliśmy zdecydowani, tylko inna sprawa, że nie zawsze chętnie nas chcieli, bo byliśmy zespołem instrumentalnym i było ich trudno przekonać, że zespół instrumentalny się sprzeda, jeżeli wszyscy czekali na przeboje. Ludzie lubili słuchać dobrego klubowego jazzu, ale nagrać go i sprzedać wówczas, w dużej ilości, nie było mowy. Kiedy mieliśmy okazję, to jej nie wykorzystaliśmy, bo „nagramy coś lepszego”, a jak chcieliśmy i byliśmy zdecydowani, żeby szło cokolwiek, to drzwi się zamykały, bo okazywało się, że to nie był właściwy czas na taką muzykę.



Anna Piątkowska: To jest zgodne z tym, co zapisano na ostatniej kompilacji, że „Cytrus nigdy nie miał swojego czasu”?

Andrzej Kaźmierczak: Tak jak dokładnie powiedział Marcin, że nigdy nie mieliśmy tego swojego czasu! Kiedy byliśmy już zdecydowani, to wtedy nie było chętnego. Znowu, kiedy naprawdę złapaliśmy już wiatr w żagle, to znowu się coś zesrało. Po prostu Cytrus miał chyba jakiś destrukcyjny przydział losu, bo zawsze coś się nie układało.
Pamiętam, jak Kraszewski odszedł do Kombi na dwa czy trzy miesiące, żeby załatwić z nimi trasę rosyjską i kupić za to nową perkusję. Zapytaliśmy go, czy mamy czekać na niego te trzy miesiące. Powiedział nam, żebyśmy sobie kogoś na ten czas wzięli, a najwyżej jak on wróci z trasy, to sami ocenimy, kto się lepiej będzie nadawał. Szukaliśmy perkusisty, z tym materiałem już zrobionym, który był fantastyczny, ale dopiero miał być nagrany. W końcu złapaliśmy Leszka Ligęzę. Chłopak dobrze opanowany, po szkole muzycznej. Leszek powiedział, że on sobie to rozpisze i się tego nauczy. Zajmie mu to z cztery, może sześć tygodni. Powiedziałem: „Dobrze, ale próby już róbmy”. Dałem mu taśmę z materiałem na tę nową płytę, a on potem został napadnięty, kiedy chciał komuś pomóc. Wstawił się za tą osobą, która była kopana. Wszyscy zwrócili się przeciwko niemu i zabrali mu to co miał. Połamali mu szczękę, zabrali mu też tę naszą kasetę z materiałem. Chyba sześć tygodni siedział w szpitalu i już w ogóle nie mieliśmy perkusisty. Szukaliśmy co prawda dalej, ale w końcu cały materiał, który nam został i tak wsiąkł, bo rozdawaliśmy go, a wtedy nie było tak łatwo coś skopiować, jak dzisiaj. Ostatnią kasetę też ktoś dostał, żeby się przygotować i w końcu i ta poszła gdzieś w pizdu. (śmiech)
W końcu zaczęliśmy grać parę koncertów i „za gałkami” na chwilę siadł Antoni „Tosiek” Degutis (późniejszy gitarzysta TSA), ale z nim też coś nie wypaliło. W sumie najlepszy materiał mieliśmy, a nie było z kim go zrobić.

Antoni "Tosiek" Degutis/ MySpace
Kiedy Leszek wrócił ze szpitala, to w końcu próbowaliśmy parę koncertów. Przyszedł do nas jakiś facet. Przedstawił się, że jest akustykiem z Niemiec i przyjechał na sopocki festiwal miksować jakąś tam gwiazdę. Jak on bajecznie miksował. Ja nie poznawałem własnego sprzętu! Ten Niemiec, idąc na bankiet do Grand, tam do tych wykonawców festiwalu podszedł do naszego akustyka, kiedy my mieliśmy koncert. Dowiedziałem się później, że on go odsunął, tego naszego akustyka, na chwilę i sam zaczął nas miksować. Na początku tak słucham i myślę: „Kurcze, Słoń dzisiaj dobrze miksuje! Tak dobrze mu się nie zdarzało”. Nie wiedziałem, że nastąpiła zmiana. Słyszałem w odsłuchach, że każda solówka i każde podejście były wypchane na czas! A ludzi było full! Graliśmy trzy godziny, a on to wszystko miksował. Przychodzili dwadzieścia razy po niego, żeby przyszedł na bankiet, a on w koszuli i marynarce chciał po prostu posłuchać naszej muzyki. Zanim go zaciągnęli na bankiet, dał mi swoją wizytówkę. Powiedział, że załatwi nam pięć lat kontraktu, nagrania, płytę i, że to pójdzie jak burza, ale my nawet i to żeśmy spierdolili!. (śmiech)


On czekał, ale u nas wtedy powstał dylemat, bo akurat przyszedł nowy człowiek, czyli Kaziu i mieliśmy nawiązać kontakty z Olewiczem. My z Mańkiem nawet zastanawialiśmy się, dlaczego w końcu z tych Niemiec nic nie wyszło, bo ten akustyk cały czas podtrzymywał swoje zaproszenie, a był pracownikiem jakiegoś studia, które dostało pieniądze za miksowanie tej niby- gwiazdy w Sopocie. Ja już nie pamiętam, jak on się nazywał.

Anna Piątkowska: Który to był rok? 

Andrzej Kaźmierczak: Nie pamiętam dobrze, chyba 1986, może 1984, ale na pewno Waldek wtedy żył. Kobielak na swój sposób był wyjątkowy, ale też Skrzek, Anthimos Apostolis, Piotrowski, Niemen. Ja go do dzisiaj odkrywam, choć nie byłem zbytnio jego fanem, a jednak jak on fantastycznie nagrał Asnyka „Jednego serca”! To samo Riedel, czy zespół Lombard. Oni grali taką ówczesną komercję. Grzegorz Ciechowski na przykład wyzywał, kłócił się, ambicja go zżerała i te spięcia go motywowały. Dzięki temu zaszedł tak daleko. To samo dotyczy managerów. Jacobson też jest na swój sposób wyjątkowy. Dlatego, że jak on sobie postawi jakiś cel, to go zrealizuje.

Mietek Pawlak: Marcin od wielu lat ma nosa do wyczucia sytuacji. Wiedział, kiedy zająć się heavy metalem, bo była koniunktura. Kiedyś mówię: „Może byś mi coś pomógł?” A on do mnie: „Wiesz co Mietek, to nie jest czas na żaden rock”. TSA prowadził i zobacz, jak dobrze funkcjonowało. 

Tomasz Piątkowski: Marcin Jacobson, określając wasz styl, posłużył się cytatem pewnego krytyka, który określił wasz styl jako: „heavy z jazzowym zacięciem". Jak wypracowaliście ten unikatowy styl grania? 




Andrzej Kaźmierczak: Marcin to zauważył, a on ma swoją estetykę. Bardzo dużo spostrzeżeń Marcina okazywało się trafnych, czemu ja często się dziwiłem. „Heavy z jazzowym zacięciem” jest dowodem na to, że my z Mańkiem byliśmy muzycznie z zupełnie innych światów. On z tej lirycznej, bardzo spokojnej muzyki i ja z hałaśliwej, ciężkiej i demonicznej. 
Wracając do osobowości: mówisz Mietek, że Marcin ma wyczucie? To świadczy o tym, że jest dobrym managerem. On jest genialny! Potrafi iść na przykład do księgowej i tak długo przedkładać jakiś dokument, aż ona go zaakceptuje. Mało kto tak potrafi. Ja miałem dużo podobnych sytuacji, kiedy to ja musiałem załatwiać sprawy managerskie, ale bardzo szybko traciłem nerwy, po prostu wybuchałem. Marcin nigdy nie traci zimnej krwi, a poza tym można na niego liczyć. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że temu człowiekowi sporo zawdzięczam. On zawsze wiedział więcej i lepiej. Dużo się od niego nauczyłem.

Marcin Jacobson

Mietek Pawlak: Prowadził wiele znanych zespołów: Krzak, Dżem, TSA... całą śmietankę! I to w największej koniunkturze, gdzie wiedział, że to jest akurat ich czas. On po prostu ma genialne wyczucie. Inni mogą siedzieć w tym po piętnaście lat i nic nie osiągnąć.

Andrzej Kaźmierczak i Mietek Pawlak
Andrzej Kaźmierczak: Krzak kręcił się w kółko i nie mógł wyjść z tego zaklętego kręgu, ale kiedy przejął ich Marcin Jacobson, to ich od razu wypchnął. Marcin to jednak gwarancja dobrej opieki managerskiej i pewnego sukcesu. No, chyba, że sami coś sknocimy. Bywało, że mieliśmy czasem głupie pomysły, ale to wszystko była kwestia ustępstw, bo każdy zespól ma zakręty. Czasami te zakręty go rozwalają, a czasami zespół wraca. Już na końcu jak przestaliśmy grać, to doszliśmy z Mańkiem do wniosku, że mieliśmy chyba w sobie ten wbudowany destrukcyjny pogląd, że nam się nie uda. Typowo polskie. Zachód jest zawsze lepszy, zawsze dwa kroki przed nami, bo przecież to my kupujemy zachodnie struny i wzmacniacze, a nie oni nasze.



Ania Piątkowska: Czyli wpojona niewiara w siebie? 

Andrzej Kaźmierczak: Myśmy uważali, że jesteśmy najlepsi na świecie, ale mimo to i tak nie damy rady i się nie przebijemy. Ludzie nas zlekceważą, albo po prostu nam się nie uda. Zawsze sukces był przed nami. Tu… już wisi na kiju! Zawiesić kiełbasę i możesz się bawić tak przez całe życie. 

Mietek Pawlak: Progresja weszła po prostu w złe czasy. Pamiętasz zespół Nurt w latach 70-tych? Dokładnie ta sama sytuacja. Zaczęli fajnie grać, agresywnie i też poszli w cholerę.


Andrzej Kaźmierczak: Zespół Klan z płytą „Mrowisko” potrafił doprowadzić do realizacji całe przedstawienie. My też zrealizowaliśmy raz wielkie przedstawienie, do którego mój nieżyjący już kumpel, rzeźbiarz Wojtek Wasilewski zrobił nam taką scenografie, że wszyscy odpadli, a BART od razu podpisał umowę. Robił ją godzinami i była fantastyczna: dymy, świecące reflektory z oczu... tego się nie da opowiedzieć! Gdyby to można byłoby wtedy nagrać! Ja sam zdębiałem jak to wszystko ruszyło, ale niestety – tylko jednorazowo, bo potem to wszystko trzeba by było zakładać ponownie, te wszystkie żaróweczki, halogeny, dymy i wybuchy... Więc Wojtek powiedział, że to tylko jeden raz będzie. 
My zrobiliśmy wtedy ten show, a w gazetach napisali, że Turbo przywiozło ze sobą scenografię. To nie Turbo, tylko my! Taka była percepcja panów redaktorów, dlatego nie dziwcie się, że jestem zaskoczony waszym odbiorem muzyki. Przecież oni nawet mylili zespoły, a to było tak charakterystyczne! To wszystko działo się w Łodzi, gdzie między innymi grało też Turbo.



Tomasz Piątkowski: Cytrus w swojej karierze zagrał z zespołem Kwadrat. Jest to kolejny niedoceniony zespół, któremu też nie udało się nagrać albumu. 


Andrzej Kaźmierczak: Z Kwadratem zagraliśmy kilkanaście koncertów. Oni też mieli różne zawirowania. To był bardzo ambitny zespół. Tak sobie myślę, że już tyle osób poodchodziło. Czy w niebie będą się znać nawzajem te wszystkie osoby? Mimo że oni w większości już poodchodzili, to jednak ta muzyka jest wygrzebywana, odtwarzania i słuchana. Taka zwykła muzyka komercyjna przepadnie ze wszystkim. 



(c) Anna i Tomasz Piątkowscy