sobota, 10 listopada 2018

Nie gniewaj się na mnie Polsko

 Poniższy artykuł ukazał się pierwotnie na blogu Muzyczna Podróż

Ponad 25 lat temu skończył się PRL. Czy rzeczywiście jednak się skończył? Trudno mówić, że dokonał się w naszych umysłach koniec systemu, w którym przyszliśmy na świat i w którym spędziliśmy większość naszego życia. Na szczęście wyrosło już nowe pokolenie, które o kolejkach, kartkach na mięso, Poznaniu 1956, grudniu 1970 czy Stanie Wojennym słyszało tylko od rodziców lub nauczycieli. Mentalnie PRL jest w nas nieustannie, bo chociażby takie podsuwanie dowodów wdzięczności lekarzowi czy urzędnikowi jest niczym innym jak atawizmem systemu, który pozornie już odszedł. W UK podejście do urzędnika z dowodem wdzięczności mogłoby zakończyć się w najlepszym przypadku totalnym obciachem dla wręczającego, o czym przekonała się kilka lat temu pewna moja znajoma próbując wykonać takową czynność w jednym z tutejszych urzędów pracy.

Fot. Sławek Orwat
Cóż to jednak jest 25 lat? Polski nie było na mapie aż 123 lata. Wyrosło w tym czasie 5 pokoleń i w pewnym momencie nie było już nikogo, kto mógłby pamiętać Insurekcję Kościuszkowską lub gest Rejtana. Dlaczego więc przetrwaliśmy? Przetrwaliśmy dzięki tym, którzy pomimo braku państwowości uparcie mówili do swoich dzieci po polsku, przetrwaliśmy dzięki tym, którzy pisali książki w języku Narodu, którego braku istnienia na mapie nie uznała - o ironio! - tocząca z nami XVII-wieczne wojny Turcja. Opór zbrojny oczywiście też był. 


Jeden z Pomników Marszałka w Warszawie

Najczęściej był on nieudany, ale martyrologia ma to do siebie, że synowie mają przynajmniej za co nienawidzić oprawców swoich ojców i matek. Były więc zastępy Kordianów, ale na szczęście były też całe dywizje Siłaczek i Doktorów Judymów. Dwa skrzydła - zbrojne i intelektualne wyniosły nas w końcu w niepodległość i nie bez powodu dziś się uważa, że być może obok Józefa Piłsudskiego i Legionów to Henryk Sienkiewicz pisaniem powieści przygodowych z narodową historią w tle mógł być tym, który w pewnym momencie zrobił najwięcej.



I jeszcze jedno. W USA czy w UK narodowe barwy i godła są praktycznie wszędzie. Są na samochodach, koszulkach, w oknach, a nawet - co Polakom by chyba nigdy do głowy nie przyszło - na bieliźnie i nikt w tych krajach nie uważa, że jest to jakieś nadużycie. W Polsce natomiast od kilkunastu lat istnieje w pewnych kręgach chora propaganda, która usiłuje wmówić obywatelom, że oflagowywanie się i mówienie o patriotyzmie jest niepoprawne politycznie, że przecież jest Unia Europejska, że robienie filmów o czasach germanizacji może zaszkodzić naszym relacjom z Niemcami. Z tego samego powodu za wstydliwe uznaje się wznawianie kolejnych wydań "Placówki" Prusa lub mówienie o Drzymale, no bo jak tu pisać o tym, że jakiś chłopina wolał zamieszkać w wozie cyrkowym, niż ziemię Niemcowi oddać, skoro dziś wyprzedaje się w Polsce jakże często za bezcen nie tylko Niemcowi i nie tylko ziemię i co więcej... próbuje się nam wmówić, że musimy być przecież w tym temacie otwarci. 

Wóz Drzymały
Niewielu jednak ma odwagę wyjaśnić społeczeństwu, jakie są efekty takiej otwartości w przypadku, gdy kupujący zarabia na co dzień 5-krotną wartość dochodów sprzedającego. Nie mówi się głośno także tego, że u nas z klucza jeden poseł mniejszości niemieckiej ma zagwarantowane miejsce w Sejmie, podczas gdy w Niemczech od lat władze nie wyrażają zgody na oficjalne zarejestrowanie polskiej mniejszości, która jest tam zdecydowanie liczniejsza, niż mniejszość niemiecka u nas.





Myśląc dziś o Polsce, najlepiej zrobić jednak własny rachunek sumienia i zapytać samego siebie: jak bardzo doceniam fakt, że po latach zaborów i okupacji mam Polskę? Jaką ma dla mnie wartość to, że pomiędzy Bugiem a Odrą, gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje, przetrwał język, w jakim wyrosłem i narodowa kultura, którą mogę współtworzyć. Czy zawsze wszystko w moich relacjach z Polską było OK? Pewnie nie wszystko. Nie gniewaj się więc dziś na mnie Polsko, że w ciągu ostatnich lat żyję z dala od Ciebie. Obiecuję, że postaram się wrócić, zgaszę światło i będę szukał w ciemnościach Ciebie, a Ty poprowadzisz mnie wtedy za rękę. Wszak Matka wszystko potrafi wybaczyć. 

~~~


Sławek Orwat - Muzyki słuchał wcześniej niż potrafił mówić. W dojrzałość wprowadził go stan wojenny. Przez półtora roku był redaktorem muzycznym tygodnika Wizjer oraz współorganizował dwie edycje WOŚP w Luton, gdzie także prowadził polskie programy w internetowym radio Flash i brytyjskim Diverse FM. W roku 2010 założył kabaret 3 x P, który wystąpił m.in podczas imprezy poprzedzającej zawody strongmanów Polska - Anglia. Z londyńskim magazynem Nowy Czas współpracuje od marca 2011 a od roku 2015 z portalem Polski Wzrok z siedzibą w Bedford (UK). W latach 2012 - 2014 prowadził autorską audycję Polisz Czart na antenie brytyjskiego radia Verulam w położonym niedaleko Londynu St. Albans. Program ten był przez rok także emitowany na platformie radiowej Fala FM z siedzibą w kanadyjskim Toronto, a od czerwca 2015 jest nadawany na antenie Radia Near FM w Dublinie (Irlandia). W lipcu 2012 związał się z warszawskim magazynem JazzPRESS, a w październiku tego samego roku z wychodzącym w Sosnowcu kwartalnikiem Lizard. Tłumaczenie jego wywiadu z Leszkiem Możdżerem ukazało się w brytyjskim magazynie London Jazz. Poza działalnością dziennikarską można go także spotkać w roli konferansjera. Największą imprezą, jaką miał okazję zapowiadać dla blisko 2,5 tysięcznej widowni był zorganizowany przez Buch IP 8-go marca 2014 londyński koncert Nosowskiej, Brodki i Marii Peszek. W styczniu 2014 współorganizował Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy w Hull.

wtorek, 6 listopada 2018

HRPP Festival 2018 czyli toruński przepis na muzyczną ucztę.

Ostatni z koncertów w ramach HRPP Festival 2018 w Toruniu, który odbył się 29 października 2018 roku, przypominał naszym zdaniem, obiad złożony z trzech dań. Takie było pierwsze skojarzenie, które przyszło nam do głowy, kiedy dowiedzieliśmy się o kolejności, w jakiej muzycy  mieli pojawić się na scenie.



Jako pierwsza wystąpiła znakomita Moriah Woods, która, choć na potrzeby tej wypowiedzi została przedstawiona w roli przystawki przed daniem głównym, nie powinna bynajmniej pozostać niedoceniona. Każdy smakosz wie przecież, że dobrze przygotowana przekąska może spokojnie stanowić samodzielne danie! Nie inaczej było i tym razem. Połączenie amerykańskiego folku, rockowej alternatywy z czystym i delikatnym głosem Moriah rozgrzało apetyty przybyłych. Ten występ mógłby z powodzeniem nasycić nas do końca wieczoru, zwłaszcza że Moriah bisowała aż dwa razy. Nietaktem byłoby się jednak najadać, gdy przed nami tak doskonale skomponowane danie główne!

Występ Moriah Woods podczas HRPP 2018. Fot. Anna Piątkowska



Dobry gospodarz to nie tylko taki, który wie jak zaspokoić głód, ale przede wszystkim ten, który rozpozna i zadowoli najbardziej wysublimowane apetyty gości. Tego dnia w Pub Pamela w Toruniu dogodzono nam aż nadto, bo podano aż dwie ikony polskich klawiszy na jednym talerzu! To wyborne połączenie dwóch potraw w jednym daniu głównym przyciągnęło zatem, co zrozumiałe, najliczniejszą grupę smakoszy. Legenda sceny progresywnej - Józef Skrzek, wystąpił jako gość specjalny pianisty jazzowego i bluesowego Krzysztofa Głucha. Zobaczyć jednego szefa kuchni to zaszczyt, ale obserwować dwóch przy pracy, to już przywilej zarezerwowany tylko dla nielicznych! 

Józef Skrzek i Andrzej Rusek  at HRPP Festival 2018 Fot. Anna Piątkowska

Krzysztof Głuch, Krzysztof Głuch Jr i Agnieszka Łapka podczas HRPP Festival 2018. Fot. Anna Piątkowska
Obaj panowie wraz z pozostałymi muzykami z zespołu Krzysztof Głuch Oscillate finezyjnie karmili nasze uszy mieszanką muzyki progresywnej, jazzu, bluesa i soulu polewając wszystko solidnym sosem improwizacji. Przemek Borowiecki i Krzysztof Głuch Jr wnieśli posmak świeżości, Andrzej Rusek kunsztownie doprawiał całość basem, a Agnieszka Łapka pięknie okrasiła wszystko swoim soczystym wokalem. Tak podane danie główne aż prosiło się o potrójną dokładkę, czego nie ośmielono się nam odmówić!





Motto każdego łasucha brzmi: nigdy nie rezygnuj z deseru! Kto rezygnuje, ten wiele traci, a tego wieczoru można było przegapić niepowtarzalną okazję zobaczenia na scenie debiutanckiego występu zespołu Fijałkowski Project, który zagrał utwory ze świeżo upieczonej EPki. Byliśmy bardzo ciekawi zarówno jej brzmienia na żywo, jak i odbioru przez publikę.

Łukasz Fijałkowski. Fot. Anna Piątkowska

Tu Fijałkowski Project nie zawiódł ani w jednym, ani w drugim. Na scenie zobaczyliśmy pięć osobowości, których współpraca przypominała niejako połączenie kilku przenikających się w jednym deserze smaków, z których, choć każdy z osobna jest wyczuwalny wyraźnie, to w takiej wariacji tworzą spójną i harmonijną całość.

Fijałkowski Project at HRPP Festival 2018 w Toruniu. Fot. Wojtek Zillmann

Nic się ze sobą nie gryzło, wszystko było w odpowiednich proporcjach i co najważniejsze – zero półproduktów! To był kawałek świetnej muzyki od serca, co publika wyczuła, reagując spontanicznym tańcem i domagając się bisów.



Wszystkie trzy koncerty były dla nas wspaniałym przeżyciem, które długo pozostanie w naszej pamięci. Nie tylko nasz głód, ale i apetyt na dobrą muzykę zostały zaspokojone. Nie do uwierzenia, że to wszystko działo się w małym, niepozornym pubie, położonym kilka minut drogi od centrum Torunia. Z łatwością przeoczylibyśmy jego lokalizację, gdyby nie rzucający się w oczy ogrodowy parasol piwny. Patrząc na ofertę Hard Rock Pub Pamela tego wieczoru, ale także i rozglądając się wokoło tuż po wejściu do lokalu, stwierdziliśmy, że to miejsce naszym zdaniem zasługuje na prawdziwą muzyczną gwiazdkę Michelin.

Autorzy dziękują Izabeli Sanockiej za porady, nie tylko kulinarne, przy opracowaniu niniejszego tekstu. 

(c) Anna i Tomasz Piątkowscy

wtorek, 11 września 2018

Trzecia łza od słońca (Cytrus) - recenzja płyty.

„Jest takie stare branżowe powiedzenie, że aby odnieść sukces w show – biznesie, poza talentem i determinacją trzeba mieć jeszcze odrobinę szczęścia. Nawet najbardziej wartościowa muzyka przepadnie, jeżeli nie zostanie pokazana światu w odpowiednim momencie, a jej twórcy nie spotkają na swej drodze odpowiednich ludzi. Cytrus za swojego żywota nie doczekał się nawet singla”

Marcin Jacobson



W marcu tego roku miała miejsce premiera trzeciej kompilacji sopockiego zespołu Cytrus zatytułowanej „Trzecia łza od słońca". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zespół zakończył działalność w 1985 roku i w całej swojej sześcioletniej działalności nie wydał żadnego singla ani albumu. Wszystkie płyty dostępne na rynku, składają się z utworów zarejestrowanych podczas koncertów w studiu Polskiego Radia.


Dwie poprzednie, „Kurza Twarz” i „Tęsknica” wydane przez Metal Mind Production kolejno w 2006 i 2007 roku, to dziś prawdziwe „białe kruki”. Chcąc zakupić jedną z nich, trzeba się często liczyć z wydatkiem rzędu kilkuset złotych, wliczając w to koszty wysyłki z takich krajów jak Stany Zjednoczone. 
Początkowo uważaliśmy, że podjęcie się zrecenzowania tego typu płyty, będącej zbiorem utworów zarejestrowanych wiele lat wcześniej, będzie zadaniem zbyt trudnym i być może nawet niepotrzebnym. Jednak im więcej czasu poświęciliśmy tej płycie, tym lepiej rozumieliśmy, że zasługuje ona na większą uwagę, przede wszystkim ze względu na nieprzypadkowość doboru utworów. Wydawca zadbał tutaj o wszelkie szczegóły w taki sposób, aby odbiorca miał wrażenie jakby miał do czynienia nie z kompilacją, a z przemyślaną koncepcją muzyczną.

W pierwszej kolejności na uwagę zasługuje projekt okładki. Dominują tu kolory żółty i zielony. Do płyty dołączono książeczkę zawierającą zdjęcia i historię zespołu w dwóch językach, (polskim i angielskim). Pierwsza strona to przeróbka obrazu „Lemon World” rosyjskiego surrealisty Vitaly'a Urzhumov'a. Drzewo rosnące pośrodku cytrynowego pola z oryginalnego obrazu, zastąpiono tutaj niebieskim diamentem, w domyśle symbolem łzy. Nawiązanie do surrealizmu z cytrynami w roli głównej, jako oprawy graficznej do muzyki, nie tylko perfekcyjnie koreluje z doborem utworów, ale także doskonale ilustruje styl muzyczny Cytrusa.

Lemon World by Vitaly Urzhumov
Wszystkie czternaście kompozycji na płycie „Trzecia łza od słońca”, to utwory instrumentalne mające wydźwięk typowych dla rocka progresywnego, form opowieści muzycznych, które nawet  i współczesnego słuchacza potrafią zaskakiwać swoją nietuzinkowością. Świetnie słychać to w utworze pod tytułem „Afera”, którego struktura jest dość rozbudowana. Rozpoczyna się on dynamiczną i popisową grą na skrzypcach Mariana Narkowicza, do którego w pewnym momencie dochodzi klimatyczny dźwięk fleta, będący znakiem rozpoznawczym zespołu. Na koniec tą całą dynamiczną i  szaloną mieszankę, Andrzej Kaźmierczak doprawia swoją gitarową solówką.


Innymi utworami, równie energicznymi na kompilacji są: „Rock’80”, „Terroryści” czy „Kurza Twarz”. Można je wskazać jako jedne z najlepszych w okresie istnienia Cytrusa i będące ich znakiem rozpoznawczym. To prawdopodobnie te kompozycje krytycy określili jako: „heavy grany z jazzowym zacięciem”. Według nas są to prawdziwe „petardy muzyczne”. Melodyjne hard rockowe brzmienie połączone z dźwiękami fletu, skrzypiec i gitar. Unikalne brzmienie „wyciskające” z cytrusowym zacięciem z muzyki to, co najlepsze, niejednokrotnie z dodatkiem groteskowych elementów, jak choćby w utworze „Kurza twarz” granym pod rytm gdakania kury.


Kompozycjami o zupełnie innym charakterze mającymi w sobie refleksyjny, baśniowy i romantyczny klimat są na pewno „Trzecia łza od słońca”, „Tęsknica nocna”, „Jeźdźcy smoków” czy „Baśń o księżycowej karecie”. 
Jednym z najsłynniejszych i najczęściej granych numerów w studiach radiowych jest „Tęsknica nocna”, w którym Marian Narkowicz daje mistrzowski pokaz umiejętności gry na flecie. „Jeźdźcy smoków” z kolei, na wstępie ma mroczne intro, ale to muzyczno-teatralny popis muzyków, heavy zmieszany z progresywą, bluesem i jazzem. Balladą najbardziej ukazująca progresywne oblicze Cytrusa jest „Baśń o księżycowej karecie”, gdzie odnajdziemy przepięknie, ciepło brzmiące klawisze podkreślone fletem oraz techniczną solówką gitarową.


Płyta „Trzecia łza od słońca” wydana przez GAD Records jest według nas godna polecenia zarówno tym którzy dopiero odkryli muzykę Cytrusa, jak i tym wszystkim, którzy już wcześniej zdążyli zapoznać się z jego twórczością. Widać, że mamy tu do czynienia z przemyślanym i spójnym projektem, który powstał z myślą o zespole, który nigdy nie miał szansy wydania choćby singla. Ta koncepcja w jakimś stopniu wynagradza tę niesprawiedliwość losu sprzed trzydziestu kilku lat, która sprawiła, że pomimo licznych sukcesów na scenie sami członkowie Cytrusa w pewnym momencie stracili wiarę w sens dalszego istnienia grupy i zakończyli jej działalność. 

My wsłuchując się w dźwięki „Trzeciej łzy od słońca” mamy nadzieje, że czas Cytrusa dopiero nadchodzi, bo w dzisiejszym świecie tanich i łatwych egzaltacji muzycznych oferowanych nam nawet przez telewizję publiczną i to tę samą, dzięki której przetrwały cytrusowe dźwięki, nie ma dla nas nic bardziej fascynującego niż odkrywanie na nowo opowieści muzycznych stworzonych z czystej pasji i miłości do muzyki.

***

Zespół Cytrus powstał w 1979 roku w Trójmieście z inicjatywy Andrzeja Kalskiego, perkusisty zespołu jazzowego Ragtime Septet. Pozostałymi członkami byli gitarzysta Andrzej Kaźmierczak z Truskawkowego Budzika, basista Waldemar Kobielak oraz Marian Narkowicz multiinstrumentalista, pomysłodawca większości kompozycji grupy. 
Dominującym gatunkiem muzycznym w utworach Cytrusa był progresywny rock. Odnajdziemy tu także elementy jazzu, bluesa i hard rocka. Grupa zwróciła uwagę szerszej publiczności, wygrywając Przegląd Zespołów Muzycznych w Żaku skąd potem trafiła do studia Polskiego Radia w Gdańsku. W dalszym okresie brała udział w festiwalach i przeglądach (I Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji, trzecia edycja Muzyki Młodej Generacji w Sopocie, Pop Session'81, Rockowisko'81, Kart Rock'82, Rock Arena'83, Jarocin'85), które zapewniły jej ogólnopolską karierę. Cytrus wprawdzie nie zdążył nagrać albumu studyjnego, ale znany był wówczas przede wszystkim dzięki licznym koncertom, sesjom nagraniowym w radiu oraz występom telewizyjnym w TV Gdańsk, czy Wrocław. 
Początkowy skład grupy nie utrzymał się do końca jej działalności i w ciągu kilku lat następowały zmiany. W 1981 roku odszedł Andrzej Kalski. Do grupy zaś dołączyli Zbigniew Kraszewki (perkusja) i Kazimierz Barlasz (wokal). Następnie Kraszewski odszedł w 1984 roku, by kontynuować swoją muzyczną karierę w Kombi. Pałeczki perkusyjne przejął wówczas Leszek Ligęza z legendarnego Dr Hackenbusha. Cytrusowe szeregi opuścił również Waldemar Kobielak na rzecz formacji Babsztyl, a w jego miejsce pojawił się Zbigniew Gura. Dalej, Kazimierz Barlasz po podjęciu współpracy z Exodusem i Mad Max, został zastąpiony przez Józefa Masiaka, a w rok później po tych wszystkich roszadach Cytrus ostatecznie zakończył swoją działalność. Muzycy zaś zdecydowali się na łatwiejszą drogę, zakładając zespół „Korba”.


Opracowanie tekstu Tomasz i Anna Piątkowscy


sobota, 18 sierpnia 2018

"Gramy to, co czujemy" - z zespołem Thetragon, tuż przed ich trasą koncertową po Polsce, rozmawia Tomasz Piątkowski.

21 lipca 2018, Londyn. Najgorętsze od czterdziestu dwóch lat lato na Wyspach Brytyjskich. W sobotni wieczór, wprost  z rozkrzyczanej i rozbawionej ulicy centrum dzielnicy Soho, wchodzimy w podziemia St. Moritz Club i już od samego wejścia dochodzą nas energetyczne dźwięki Wings of Destiny. Odrodzony w 2013 roku zespół Thetragon właśnie gra koncert dla fanów, sympatyków i przyjaciół. Wyczuwalna w powietrzu atmosfera podekscytowania udziela się także i nam. Jest to bowiem ostatni londyński koncert grupy, przed trasą po Polsce.  Pierwszą po bodaj piętnastu latach od zawieszenia działalności. Po koncercie z braku innych opcji spotykamy się w najciaśniejszym i najduszniejszym pomieszczeniu klubu. Rozmawiamy o przeszłości, nadziejach i planach. Już po chwili wiadomo, że choć Thetragon muzycznie różni się od tego, co  robił kiedyś, to jest to ta sama, dobra i znana wszystkim marka, którą grupa ma zamiar potwierdzić, dając koncerty na najwyższym poziomie. 


Zespół Thetragon. Od lewej: Dariusz Kerl, Wojciech "Świerszcz" Wojtyczek, Vinnie Moon (Tomasz Wiśniewski), Wacław Wolan.

Tomek:
Zacznijmy od nazwy. Skąd się wzięła? 

Wojtek Wojtyczek: Nazwa pochodzi od figury geometrycznej. Kiedyś chcieliśmy się nazywać Tetragon, ale już taka kapela istniała, więc dołożyliśmy literkę „h” w środek i tak zostało. Gitarzysta, który udzielał się na pierwszym demo Thetragon, twierdził, że to imę ducha smutku, lecz po długich wertowaniach w słownikach nic takiego nie znalazłem. 

Tomek: Thetragon powstał w 1997 roku w Krośnie, gdzie debiutował na Wojewódzkim Przeglądzie Zespołów Muzycznych, zajmując trzecie miejsce. Wydaliście potem demo Gate Of Darkness. Czy to był ten moment, w którym zaczęliście się wybijać na czołowe metalowe miejsce w Polsce? 


Wojtek Wojtyczek: Do czołówki w Polsce było nam jeszcze daleko jak do nieba, ale udało się nam zagrać dużo fajnych koncertów. Byliśmy młodzi i zbuntowani. To były inne czasy, nie było YouTube'a, nie było internetu, ale za to były kontakty. Dzięki nim zagraliśmy z zespołami typu Devilyn, Christ Agony, czy znana wtedy Atrophia Red Sun. To wszystko jednak ruszyło dopiero po wydaniu albumu The Everlasting Glance of Ethernity

Tomek: Czyli po 2000 roku. Ta płyta jest w pełni profesjonalna i otworzyła wam drogę do grania z dość znanymi grupami. Mieliście wtedy uczucie, że zaraz dołączycie do ekstraklasy metalowej, albo że się w niej już znajdujecie? 


Wojtek Wojtyczek: Przyznam, że po tym albumie poczuliśmy się docenieni, bo udało się wtedy zagrać z czołowymi zespołami z Polski jak: Acid Drinkers, Decapitated, Closterkeller, Sceptic czy Corruption i to były naprawdę duże koncerty.

Wojtek Wojtyczek z Tomaszem Lipnickim po jednym z koncertów Acid Drinkers w 2003 roku. 

Tomek: Który z nich najlepiej wspominasz? 

Wojtek Wojtyczek: Na pewno z Closterkeller w Dębicy. Duża publika, wszyscy ciepło nas przyjęli i czekali na nas, chociaż przyjechaliśmy spóźnieni z powodu defektu auta. Zdążyliśmy dosłownie „na styk”, ale ten koncert i tak miło wspominam. Podobnie z Decapitated, choć to były dopiero ich i nasze początki. Wtedy jeszcze się tak nie liczyli, jak teraz. Witold „Vitek” Kiełtyka świętej pamięci, perkusista, brat Wacława, udzielał się u nas na koncertach w Jaśle, kiedy nasz bębniarz był za granicą. Zagrał z nami dwa koncerty, ten drugi to był ze Sceptic w Aramis Klub w Krośnie, bardzo liczna publika przybyła. Również mam mocno w pamięci koncert z Acid Drinkers w Rzeszowie w klubie Akademia, świetny klub! 

 


Tomasz: Kiedyś można było czytać na wasz temat w Thrashem All, Metal Hammer czy 7 Gates, graliście w radiach. Widać, że powoli powracacie na dawną pozycję. 

Wojtek Wojtyczek: Myślę, że tak. Mamy duże plany na ten rok. Przed nami trasa po Polsce. Dlatego uważam, że jesteśmy gotowi wrócić do tego, co było kiedyś. Może nawet z większym czadem, bo jesteśmy starsi, każdy z bagażem doświadczeń życiowych i dojrzalsi muzycznie. 

Tomek: Trzecia płyta pod tytułem Before I Die nie została wydana ze względu na śmierć twojego brata - basisty Piotra „Cricketa”. Zespół zawiesił wtedy swoją działalność. Co się stało z materiałem? 


Wojtek Wojtyczek: Kilku kawałków można posłuchać na YouTube. Kiedyś pojawiła się taka myśl, żeby ją wydać, ale zespół zmienił styl. Jak zauważyłeś na starych wydawnictwach graliśmy z growlem. Teraz gramy z innym wokalistą, dlatego trudno będzie odgrzebać te kawałki, zrobić je na nowo, z normalnym czystym wokalem. Nie podjęliśmy jednak ostatecznej decyzji co do tej płyty. Jest jeszcze inna kwestia. Materiał do tego albumu był nagrany w 2003 roku, a brzmienia poszły bardzo do przodu. Wtedy nagrywaliśmy to, powiedzmy, w średniej jakości studiu, jeżeli słuchasz tego teraz. Na tamte lata to brzmiało dobrze, natomiast teraz brzmi raczej średnio. Może ewentualnie niektóre numery dałoby się przearanżować na czysty wokal i zagrać jeszcze raz. Zobaczymy. 


Tomek: Po reaktywacji zespół wyraźnie zmienił swój styl muzyczny. Teraz jesteście jakby zupełnie innym zespołem. Gracie power metal czy może jakiś inny podgatunek metalu? 

Wojtek Wojtyczek: Nam samym sobie trudno nadać sobie jakąś nalepkę. Najlepiej, gdyby słuchacze to ocenili, ale jest to na pewno jakiś rodzaj heavy metalu. 

Wacław Wolan: …albo hard rock. 

Tomasz Wiśniewski: Są też elementy doom metalu, jeżeli mielibyśmy się odnieść do stylistyki. Na pewno nie ma w tym thrashu. Tempo raczej umiarkowane. 

Wojtek Wojtyczek: Gramy to, co czujemy. 

Thetragon podczas koncertu w St. Moritz Club w Soho. Fot. Piter Piotr (Facebook)

Tomek: Dlaczego zrezygnowaliście z death metalu? 

Dariusz Kerl: Ponieważ z kompilacjami osobowości, które się spotkały, już nie dałoby rady tego zrobić. 

Marcin Kielar: Nasz wokalista nie śpiewa growlem, więc nie nadawałby się do death metalu, choć jest świetnym gitarzystą. 

Wacław Wolan: Każdy z nas jest inny i jakby pochodzi z innej epoki. Ja jestem rocznik Black Sabbath. 

Fot. Krzysztof Plocek
Marcin Kielar: Wacek to jeszcze z dinozaurami chodził po świecie. (śmiech) 

Wojtek Wojtyczek: Myślę, że zrezygnowaliśmy z death, bo czujemy, że jesteśmy dojrzalsi i chcieliśmy się doskonalić.

Tomek: Czy po tych wszystkich zmianach w składzie myślałeś też o zmianie nazwy? 

Wojtek Wojtyczek: Był taki plan na początku, ale chłopaki przekonali mnie, żeby utrzymać nazwę, więc została. A poza tym cały czas gramy kawałki z drugiej płyty Thetragonu. 

Wojtek "Świerszcz" Wojtyczek

Tomek: Od ostatniego wywiadu ze Sławkiem Orwatem minęło trochę czasu. Nastąpiły jakieś zmiany w zespole? 

Wojtek Wojtyczek: Mamy nowego perkusistę Darka, ale poza tym jakiś specjalnych zmian nie było. 

Tomek: Jakiś czas temu wydaliście EP-kę Wings of Destiny zawierającą długogrające melodyjne cztery numery: And I see, Somewhere, Silent Tear, Wings of Destiny. Czyje są to kompozycje i kto układał teksty? 

Wojtek Wojtyczek: EP-ka powstała jeszcze przed dołączeniem Tomasza do zespołu. Szkielety kawałków uformowałem w domu, a potem Marcin dokładał solówki. Samymi szkieletami zająłem się osobiście, podzieliliśmy ilości: co pod wokal, a co na gitarę. Co do tekstów, ja napisałem jeden, reszta należy do Tomka. 

Thetragon podczas wywiadu w St. Moritz Club. Fot. Krzysztof Plocek

Tomasz Wiśniewski: Z formowaniem kawałków i pisaniem tekstów wiąże się historia mojego dołączenia do Thetragonu. Wojciecha spotkałem u naszego przyjaciela, gdzie podobnie jak on wynajmowałem pokój. Tam jakoś się zgadaliśmy i on przedstawił mi swoją muzykę. Kompozycje i stylistyka bardzo mi pasowały, a akurat zespół szukał wokalisty. Napisałem wszystkie słowa do piosenek oprócz  Cichej łzy (Silent Tear), do której Wojciech napisał tekst, po bolesnym przeżyciu. 

Tomek: Ballada z dużym ładunkiem emocjonalnym pod tytułem Silent Tear zawiera dwie wersje, polską i angielską. Jest to hołd dla Piotra, twojego brata?
                                                                                     Piotr "Cricket" Wojtyczek
                                                              
Wojtek Wojtyczek: To jest tekst, który jest dla mnie bardzo osobisty i oparty na prawdzie. Tę piosenkę napisałem dla mojego brata, który był basistą Thetragonu. On już jest teraz po tamtej stronie i mam nadzieję, że załatwia nam koncerty na przyszłość. Teraz wreszcie mogę o tym spokojnie mówić, minęło już czternaście lat od jego śmierci i pogodziłem się z tym, tak jak napisałem w tekście. Mam nadzieję, że jest w dobrym miejscu, bo był dobrym człowiekiem. Zespół reaktywowałem dla niego. 


Pamiętam, że dzień przed śmiercią powiedział mi: „Młody musisz grać dalej bez względu na wszystko, co miałoby się stać! Thetragon musi grać! Ta kapela kiedyś będzie wielka!”. Piotrek był cztery lata starszy ode mnie. Był prawdziwym starszym bratem, za złe negował, za dobre wychwalał, a oprócz tego był moim przyjacielem. Wspólna muza, wspólne dzieciństwo... Co mogę więcej powiedzieć? Myślę, że czuwa nade mną i naszym zespołem, 

Tomek: Thetragon powoli odbudowuje swoją markę. Macie za sobą wygraną na liście Polisz Czart z piosenką Wings of Destiny, wydaliście EP-kę, zaraz ruszacie w trasę. Co potem w planach? Kiedy spodziewać się LP? 

Wojtek Wojtyczek: Mamy w planach wydanie płyty jeszcze w tym roku. 

Tomasz Wiśniewski: Postanowiono, że w tym roku nagrywamy! 

Tomasz Wiśniewski - fot. facebook

Wojtek Wojtyczek: Skoro Tomasz tak powiedział... (śmiech). Oprócz tego, że gramy, wszyscy pracują. Mieszkamy w Londynie i okolicach. Marcin i Wacław mieszkają poza Londynem. Staramy się grać razem chociaż raz w tygodniu. Czasem bywa ciężko, dlatego trudno na sto procent podać datę premiery naszej płyty. 

Tomek: Album będzie w dwóch językach? 

Wojtek Wojtyczek: Raczej będzie po angielsku. 


Tomasz: Wings of Destiny udowadnia, że jesteście już w pełni profesjonalną drużyną. Wysoki poziom i techniczne granie. Jaka jest wasza ocena tej EP-ki?

Wojtek Wojtyczek: W skali o jeden do pięciu, moim zdaniem jest na cztery z plusem, ze względu na bardzo szybki czas nagrania oraz tylko dwa miesiące wspólnych prób przed nagraniem. 

Dariusz Kerl: Ja oceniam ją średnio, ponieważ była nagrana zbyt szybko.

Dariusz Kerl photo by @krizphoto

Wacław Wolan:
Za szybko ją nagraliśmy, ale i tak dobrze wyszła. 

Tomasz Wiśniewski: Na EP-ce mamy cztery utwory, plus dwa w wersji polskiej. Zachęcamy do posłuchania. Jest to pierwsze wydawnictwo Thetragon po odrodzeniu zespołu. Mamy nadzieję, że materiał się spodoba. Płyty będą dostępne również na naszych najbliższych koncertach, na które serdecznie zapraszamy! 

Fot. thetragonband.com

Tomek:
Thetragon to także Wacław Wolan, Marcin Kielar i Darusz Kerl. Jak trafiliście do zespołu? Pomimo poszukiwań nie udało mi się znaleźć wiele informacji o was. Czy możecie opowiedzieć coś o sobie czytelnikom i fanom? 

Marcin Kielar: Przewinąłem się przez kilka zespołów w Polsce. Gitara - można powiedzieć - była moją pracą. Były wesela, bankiety itd. Oprócz tego grałem w zespołach. Zaczynałem w rockowych, pop-rockowych, później bardziej poszedłem w metal. Wojtek grał na bębnach… 

Wojtek Wojtyczek: …w Last Time. Taka formacja! 

Marcin Kielar:… Wrak najpierw! A potem był Last Time. Grałem trochę w tych małych kapelach, które sobie istniały gdzieś w okolicach Krosna. 

Marcin Kielar photo by @krizphoto
Darek Kerl: Moja historia, jeżeli chodzi o muzykę, sięga daleko. Gram na instrumencie od dziewiątego roku życia. Później było również trochę grania weselnego, ale niedużo. Mój ojciec grał po weselach i był multiinstrumentalistą. W młodzieńczych czasach grałem z bratem muzykę jak na tamte czas dość zaawansowaną, bo thrash metal. Potem nawet w techno thrash weszliśmy. To miało być bardzo fajne brzmienie, technicznie dobrze rozpracowane, ale wojsko pozamiatało wszystko. Brat poszedł do armii, a potem wszyscy się porozjeżdżali. 

Tomek: Dość imponująco, wyglądasz przy perkusji. Potężny facet i rozłożysty sprzęt perkusyjny. (śmiech) 


Dariusz Kielar photo by @krizphoto

Darek Kerl:
Zawsze rajcowały mnie duże zestawy perkusyjne ze względu na możliwości. Jeżeli w głowie ma się jakoś dobrą koncepcję na to, żeby utwór dobrze brzmiał i się go dobrze zaaranżuje, to można przeróżne rzeczy wtedy zagrać. Zestawy, na których ja gram, mają mnie zainspirować i pomóc temu wybrzmieć. Uwielbiam koloryt brzmienia i to, co można na dobrym instrumencie zagrać, jak pod wartościować czy podkreślić muzykę. 

Wacław Wolan: Moja biografia nie jest tak imponująca. Za komuny graliśmy po domach kultury i mieliśmy band Black Mirror. Dość fajnie nam szło. Heavy metalu i Black Sabbath zacząłem słuchać, odkąd brat przyniósł do domu płyty. To we mnie zostało. Ta muzyka pozostała po dziś dzień i zostanie, aż chyba znajdę się w piekle. (śmiech) 

Wojtek Wojtyczek: Ty do nieba pójdziesz, bo dobry człowiek jesteś (śmiech) 

Wacław Wolan: Do UK trafiłem w sumie do pracy, jak większość i nie myślałem o graniu. Kiedyś złapałem gazetę Cooltura i tam było ogłoszenie: „Polski band szuka basisty, żeby pograć sobie dla relaksu”. Była to mieszanka Węgrów i Polaków. Fajnie nam szło, ale potem to się rozpadło. Do Thetragonu to trafiłem niechcący można powiedzieć. Dość zrezygnowany, znów rzuciłem okiem na ogłoszenia w jednym z portali polonijnych, a tam czytam ponownie ogłoszenie, że szukają basisty. Zadzwoniłem, przyszedłem i jestem do dziś. 

Wacław Wolan photo by @krizphoto
Tomek: Tomek Twój pseudonim artystyczny to Vinnie Moon. Mnie od razu przychodzi na myśl świetny gitarzysta UFO Vinnie Moor, którego z resztą obaj mieliśmy okazje poznać osobiście po koncercie w St. Albans w 2016 roku. 


Spotkanie z Vinnie Moore'm w 2016 roku. Fot. Damian Dziembor

Tomasz Wiśniewski:
Pomimo że jestem fanem Vinniego, to mój pseudonim nie wziął się od jego nazwiska. To wszystko było znacznie wcześniej. Jeszcze, kiedy śpiewałem w Kruku, planowaliśmy swoje pseudonimy z myślą o koncertach zagranicznych, bo moje nazwisko mogło być zbyt trudne do wypowiedzenia. „Moon” oznacza księżyc, niesie też w sobie jakąś tajemnicę, a oprócz tego jest dźwięczne. To tylko tyle. Używam w Thetragonie też swojego imienia i nazwiska. To zależy od sytuacji. 

Tomek: Jesteś zafascynowany malarstwem Beksińskiego. W jakim stopniu ta pasja przenika do tego, co robisz jako muzyk? 

Tomasz Wiśniewski: Obrazy i dźwięki to światy, które łączy niewidzialna nić, one się uzupełniają i przenikają nawzajem. Obrazy Beksińskiego mają coś szczególnego w sobie, co mnie porusza i na mnie działa. Wiele z nich jest mrocznych, tajemniczych, niefizycznych. 

Zdzisław Beksiński - Kultura

Ten swoisty klimat pomaga na pewno tworzyć muzykę, jest inspiracją, której nie sposób pominąć. Pamiętam wycieczkę do Sanoka, jaką sprawiłem sobie z myślą o wystawie Beksińskiego. To było niezapomniane przeżycie. Polecam każdemu, kto jeszcze nie miał okazji tam być. 

Tomek: Twój wokal w Thetragonie różni się od tego, jak śpiewałeś w Kruku. Dużo zajęło Ci przestawienie się? Przygotowywałeś się jakoś szczególnie? 


Tomasz Wiśniewski: Żadnych szczególnych przygotowań nie robiłem. Wydaje mi się, że ta umiejętność zmiany wynika u mnie z naturalnego podejścia do muzyki. Pamiętam, że już od pierwszych prób wsłuchiwałem się, gdzie chłopaki stroją nisko gitary, a gdzie trzeba trochę mocy włożyć. I od takich rzeczy zależy, że akurat do danej interpretacji śpiewam tak, a nie inaczej. Jak śpiewam Cichą łzę, mam łagodniejszy wokal, dopóki nie pojawią się ostrzejsze riffy, wtedy jest inaczej. Raczej nie ma w tym żadnej kalkulacji czy przygotowań, to jest naturalne u mnie tak, jak u każdego muzyka. 

Tomek: Niektórzy twierdzą, że polski metal czasy świetności ma za sobą, co przyznał też w rozmowie ze mną i ze Sławkiem Grzegorz Kupczyk („Sprzedaż płyt w Polsce jest taka, a nie inna, a przez miesiąc, czy dwa sprzedamy tych płyt za granicą więcej, niż przez rok w Polsce”) Czy to jest jeden z powodów, że Thetragon emigrował? 

Fot. .thetragonband.com

Wojtek Wojtyczek:
To nie tak, że wyemigrowaliśmy, żeby grać. Tak się nasze życie potoczyło, że udało się reaktywować Thetragon w Londynie, a nie gdzie indziej. Nie byłem do końca tego pewny, że to się uda, bo wyjechałem głównie z powodów osobistych. Marcin dołączył trochę później, a resztę składu poznaliśmy tutaj. Polski metal jest świetny. Mega kapele jak wyżej wymieniany już na przykład Decapitated. 


Tomasz Wiśniewski: Jest wiele młodych, zdolnych zespołów w Polsce, które być może nie mają możliwości, żeby się wypromować. Myślę, że wiele zależy od podejścia, bo jeżeli chcą grać, to można wszędzie, gdzie coś się dzieje. Podobnie płyty tak naprawdę można nagrywać w każdym miejscu. Martwi to, że w Polsce, moim zdaniem brakuje wsparcia pomiędzy kapelami. Jest pewna wyczuwalna zawiść, zazdrość, dlatego często nie ma współpracy. Tutaj jest większa chęć kooperacji, tego wspólnego grania, wspierania się. Tego zawsze mi brakowało w Polsce. To jest moje zdanie, być może to się troszkę zmieniło, odkąd wyjechałem, ale zamiast się wspierać i pomagać sobie, zawsze wyczuwałem jakiś dystans pomiędzy zespołami. Po prostu nie trzeba negować innych, bo to jest bez sensu. Tego hejtu jest za dużo moim zdaniem. 

Tomek: Pochodzicie z Krosna – z tego samego miasta co Decapitated, Krusher, Utopia, MoshMachine i wiele innych. We wrześniu gracie swój pierwszy koncert po odrodzeniu zespołu właśnie w Krośnie. Zdaje się, że jest to koncert w ramach waszej trasy Wings of Destiny, w którą ruszacie po Polsce i Wielkiej Brytanii. Jak uczucia? 




Wojtek Wojtyczek: Tak, to nasz pierwszy koncert po odrodzeniu w naszym kraju, w Krośnie. Trudno powiedzieć jak uczucia. Na pewno się wzruszę. Nie wiem jak chłopaki. Myślę, że będzie ciekawe przyjęcie. Później gramy na festiwalu KrushFest w Jaśle. Oprócz nas zagra też Hunter, Krusher, Thermit i Steel Velvet.



Tomasz Wiśniewski: Krosno Iron Klub jest miejscem, które szczególnie miło wspominam jeszcze z czasów, gdy śpiewałem w zespole Kruk. Poznałem tam wielu wspaniałych ludzi, z którymi mam nadzieję znów się spotkać, dlatego cieszę się ogromnie. Mamy również koncerty w Rzeszowie w klubie Vinyl z zespołem Iscariota i Styxx i oczywiście największy na Podkarpaciu festiwal Krushfest. Oprócz tego zagramy w Chorzowie w Leśniczówce z zespołem Styxx i Nocna Straż. 



Tomek: Świetny skład bandów! Wygląda na to, że Thetragon wraca pełną parą i tego wam bardzo życzę! 

Wojtek Wojtyczek: My sobie tego również życzymy.

PS 12 sierpnia 2018 zespół Thetragon wydał oświadczenie, w którym poinformował, że z powodów osobistych z zespołu odszedł gitarzysta Marcin Kielar

Oficjalna strona zespołu
Profil Facebook 

Opracowanie tekstu Anna Piątkowska.


***

Tomasz Piątkowski: Urodziłem się w 1982 roku i należę do pokolenia zmian systemowych w Polsce. Pochodzę z miasteczka Jelcz Laskowice, w którym powstawały słynne ciężarówki. Do mojego zainteresowania muzyką przyczynił się szkolny radiowęzeł, z którego po raz pierwszy usłyszałem kawałek zespołu Metallica pod tytułem “One”, od którego zaczęła się moja fascynacja muzyką. Od tamtego momentu, zupełnie zelektryzowany magią gitary Kirka Hammeta. Poświęcałem niemal każdą wolną chwilę na zgłębianie wiedzy o muzyce. O muzyce rockowej wiem zapewne równie wiele, co o historii, która jest drugą z moich namiętności. Obie traktuję jako źródła niekończących się wątków do rozmów i dyskusji, które z chęcią i upodobaniem jestem w stanie prowadzić z każdym, o każdej porze dnia i nocy. Przybycie na Wyspy Brytyjskie pozwoliło mi poznawać tutejszą scenę muzyczną, otworzyło przede mną możliwości uczestnictwa w koncertach, a czasem nawet osobistego spotkania z legendami świata muzyki jak chociażby występ grupy UFO w St Albans w 2016 roku, po którym na backstage'u spotkałem się osobiście z członkami zespołu.  Uczestniczyłem już w wywiadzie z Lubelską Federacją Bardów oraz z  legendą polskiego heavy metalu Grzegorzem Kupczykiem. Wraz z moją żoną Anią przeprowadziłem wywiad z Darkiem Malejonkiem.



środa, 25 lipca 2018

8 września 2018 w Jaśle, w ramach festiwalu KrushFest 2018 wystąpi londyńsko-krośnieński Thetragon!






W ubiegłą sobotę 21 lipca w St Moritz Club w londyńskim Soho mieliśmy przyjemność uczestniczenia w koncercie zespołu Thetragon, który zagrał małą "rozgrzewkę" przed wrześniowym festiwalem  KrushFest 2018, na którym podzieli scenę z takimi gigantami jak m.in. Hunter, Krusher czy Steel Velvet.

Fot. Krzysztof Plocek (facebook)


Tuż po koncercie, w ciasnych piwnicach klubu zespół udzielił nam wywiadu, który ukaże się już wkrótce. Opowiedział w nim m.in. o najbliższych planach na przyszłość i o tym, czy czują się już w pełni sił, by powrócić do ekstraklasy polskiego metalu na dobre!


***



Zespół powstał w Krośnie pod koniec 1997 roku z inicjatywy Wojtka "Świerszcza" Wojtyczka i zadebiutował na Wojewódzkim Przeglądzie Zespołów Muzycznych, zdobywając jednocześnie III nagrodę oraz wyróżnienie Radia Rzeszów. W marcu 1998 roku wydał swoje pierwsze demo Gate of Darkness, a w 2000 roku album The Everlasting Glace of Enternity, który odniósł spory sukces, zebrał bardzo dobre recenzje, a wywiady z muzykami Thetragonu można było przeczytać w Metal Hammerze, Trashem All oraz 7 Gates. Grupa koncertowała m.in z Acid Drinkers, Closterkeller, Decapitated, Sceptic, Devilin, Christ Agony, Misteria czy Neolith dołączając tym samym do elity polskiego metalu. Pasmo sukcesów kapeli zostało przerwane w 2003 roku, tuż po nagraniu materiału na płytę zatytułowaną Before I Die. W tragicznych okolicznościach zginął wówczas basista Piotr "Cricket" Wojtyczek, co spowodowało, że zespół zdecydował się na zawieszenie swojej działalności do odwołania. Przerwa w koncertowaniu trwała aż do 2013 roku, kiedy to Thetragon reaktywował się w Londynie dając swój pierwszy koncert podczas Earthshaking Fest. Od tamtego czasu powoli powraca na czołowe pozycje sceny metalowej. Sprawy przyspieszyły nieco w 2016 roku, kiedy to do zespołu dołączył Tomek Wiśniewski (Vinnie Moon), znany z Kruka czy Afterlife. W tym samym roku w Bristolu doszło do zarejestrowania materiału na EP-kę zatytułowaną Wings of Destiny, po której dla fanów jasne stało się, że zespół powrócił w najlepszym stylu. W utworze pod tytułem "Cicha łza" grupa oddała hołd zmarłemu basiście "Criketowi". Jest to jedna z najbardziej znanych i lubianych kompozycji na płycie obok tytułowej Wings od Destiny, która wygrała 23 Notowanie Listy Polisz Czart i zapewniła tym samym, grupie powrót na antenę stacji radiowych. W bieżącym roku Thetragon wyrusza w trasę koncertową po Wielkiej Brytanii i Polsce, biorąc udział między innymi w KrushFest 2018, gdzie zagra z takimi gwiazdami jak zespół Hunter, potwierdzając tym samym swoją markę na scenie muzyki metalowej.

Obecny skład zespołu: Wojciech "Świerszcz" Wojtyczek (gitara), Wacław Wolan (bass), Dariusz Kerl (perkusja), Marcin Kielar (gitara), Vinnie Moon (wokal).  






wtorek, 17 lipca 2018

Cyberpunkowy nu metal z serca multikulturowego tygla - grupa Rosen 27 lipca wydaje swoją pierwszą EP.


Nazwa została zaczerpnięta z powieści science fiction Philipa K. Dicka pod tytułem " Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?". Skład zespołu to prawdziwa kulturowa mieszanka: dwóch Polaków, Irańczyk, Duńczyk i Czech (Frötoric, Frisco, Cole Sław, Matt Ress oraz Kam Ikaze). Założycielem i liderem formacji jest raper Frhetoric, który ma już na swoim kącie kilka solowych albumów. Rosen powstało pod koniec 2016 roku i wykonuje mieszankę rocka, nu metalu i hip hop, utrzymaną w konwencji cyberpunkowej z mocno dystopiczną wizją rzeczywistości, co zapowiada już pierwszy z singli zespołu  pod tytułem " Hi Tech Low Life" .

  
Chłopaki z samego serca jednej z największych metropolii świata, nie przebierają w słowach, a ich obraz otoczenia daleki jest od tego, który na co dzień odnajdują nastolatki na wyświetlaczach swoich smart-fonów topowych marek. Rosen serwuje słuchaczom dawkę uderzeniową w postaci mocnych tekstów, równie mocnych i świetnie brzmiących riffów gitarowych, perkusji i elektroniki nie oszczędzając przy tym nikogo.
Rosen bierze pod lupę wady współczesnego społeczeństwa ślepo podążającego za zdobyczami techniki, zapatrzonego w siebie, rozpaczliwie poszukującego atencji jako jedynego celu swojej egzystencji. Wykonanie? Rewelacja! Frhotoric strzela słowem z prędkością karabinu maszynowego!  Trąci kunsztem z najwyższej półki pod każdym względem, co już zostało zauważone przez muzyczne środowisko Londynu. EP jak do tej pory, jeszcze przedpremierowo, zbiera świetne recenzje i nie ma się co dziwić, bo dawno nie miałam okazji słyszeć tylu świetnych kawałków na jednym krążku.

Rosen fot. rosenofficial.com

Drugi z ich singli "Riot" celuje w ignorancje i cenzurę polityczną. Utwór rozpoczyna się dość spokojnie, aby zaraz potem porazić słuchacza mocą riffów gitarowych i perkusji tworząc perfekcyjną, jak dla mnie muzyczną zadymę. To wszystko świetnie współgra z tekstem i wokalem Frhetoric'a rewelacyjnie oddając atmosferę motywów ulicznej rebelii.



"Reverie" to utwór nieco spokojniejszy. Tutaj usłyszymy najwięcej partii wokalu, z którym świetnie współgrają perkusja gitara i klawisze. Tekst opowiada o presji jakiej poddana jest jednostka przez otaczający świat, a w niedawno wpuszczonym do sieci video możemy zobaczyć Rosen'owskiego czarodzieja gitary Mateusza Bućkuna w roli głównej. 



Na EP znajdziemy jeszcze trzy inne kompozycje. Wszystkie utrzymane są w podobnej koncepcji, ale z pewnością żadna z nich nie zawiedzie fanów nu metalu, którzy podobnie jak ja, mocno stęsknili się za połączeniem dobrych tekstów i ostrej muzy, do jakiego przyzwyczaiły nas takie zespoły jak choćby Linkin Park.

Przyznam szczerze, że właśnie na teksty zwracam uwagę w pierwszej kolejności i to właśnie one, mocno rockowe uderzenie gitarowe z elementami elektroniki, profesjonalne wykonanie, a także autentyczność sprawiają, że Rosen zdobyło moją uwagę. To wszystko tutaj jest, a nawet więcej! Rosen na dokładkę bowiem, jest zespołem z pomysłem na siebie i swoją EP postanowił wydać na pendrivie, co uważam za absolutnie rewelacyjny pomysł. 

Fot. Facebook @TwistedOrange 

Jako poszukiwacz nowości i wielbiciel gatunku niezmiernie cieszy mnie fakt, że jako jedna z pierwszych osób mam okazje donieść o tym zespole w moim ojczystym języku. Jestem przekonana, że takich jak ja będzie więcej, bo Rosen to grupa, obok której nie wolno przejść obojętnie. 



Płyta do kupienia w przedsprzedaży również na iTunes i Google Play.

Oficjalna strona zespołu
Profil Facebook
Istagram


***


Anna Piątkowska – choć urodziłam się i wychowałam na Podhalu, nie tańczyłam ani nie śpiewałam w żadnym z zespołów góralskich. W ósmej klasie szkoły podstawowej zostałam szkolnym DJ, pozostając jednocześnie wielką fanką polskiego rocka. Od zawsze było mi bliżej do cięższych rodzajów muzyki. W muzyce poszukuję nie tylko piękna, ale i ciekawych treści. Staram się być otwarta na różnorodność gatunków. Nigdy nie wiadomo, co lub kto może przyciągnąć moją uwagę. Od kilku miesięcy mam szczęście obracać się w świecie pasjonatów muzyki, co sprawiło, że sama zapragnęłam ten świat przybliżać innym. Moją pasję dzieli ze mną mąż, z którym współtworzę niniejszego bloga.