czwartek, 31 października 2019

"Dla nas liczy się przede wszystkim zabawa" - z Arturem Kanią i Robertem "Franzem" Wudarskim z Podwórkowych Chuliganów rozmawia Tomasz Piątkowski.

Do polskiej muzyki trafili wprost z płockiego podwórka i są bardziej znani w swoim środowisku, niż się do tego przyznają. Nie znoszą szufladkowania i wielkich słów pod swoim adresem, a w internecie na próżno szukać wywiadu z nimi. Swoją markę potwierdzają przede wszystkim licznymi koncertami, które grają zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami. Chociaż w Londynie można ich usłyszeć prawie co roku, swoją przyszłość wiążą z Europą Wschodnią. Podkreślają, że od początku swojej działalności liczyły się dla nich tylko muzyka i dobra zabawa, co może być jedną z przyczyn, dla których tak skutecznie wymykają się stereotypom i konwenansom biznesu muzycznego, który co prawda zdaje się istnieć gdzieś obok nich, ale zupełnie nie przeszkadza im w tym, co od lat robią na scenie. Bohaterowie niniejszego wywiadu, Podwórkowi Chuligani, to według nas najlepszy dowód na to, że w dzisiejszym zmanierowanym świecie szczery przekaz w muzyce ma szansę obronić się sam.


fot. Anna Piątkowska

 Jak to się stało, że zostaliście Chuliganami z płockiego podwórka ?



Artur Kania: To była połowa lat 90. Muzyka ska wchodziła wtedy jakoś do Polski, a wydawnictwo Rockendroller ze Szczecina promowało ten rodzaj muzyki. Część naszych znajomych poznała tę muzykę wcześniej, między innymi Franek. Ja tam może zetknąłem się trochę z tym rodzajem, słuchając punk rockowych kapel, ale nie wiedziałem wtedy jeszcze, że wykorzystują w swojej twórczości właśnie ten gatunek. Potem jakoś z Frankiem rozmawialiśmy przy okazji koncertu płockiego, że fajnie byłoby zrobić taką właśnie kapelę ska. Po jakimś roku razem z bębniarzem, z którym już kiedyś wcześniej grałem w jakiejś kapelce, zwerbowałem gitarzystę i pykaliśmy sobie w trzech. Mówię do Franka, że skoro jest skład, to czy robimy to, co kiedyś gadaliśmy. Na początku było nas czterech, potem doszła trąbka i tak to się zaczęło kręcić, a był to 1997 r.

Podworkowi Chuligani lata 90. / Fot. MySpace 

 Pamiętam, że w zespole był też saksofon, świadomie z niego zrezygnowaliście?



Artur Kania: Początkowo, jak zespół powstał, w pierwszym składzie, nie było ani klawiszy, ani trąbki, dopiero po jakimś czasie dołączyli, najpierw trębacz i jakieś pół roku później klawiszowiec. Tak było do pierwszej płyty, bo potem ten trębacz odszedł, już teraz nieważne w jakich okolicznościach, ale zrezygnowaliśmy z gościa. Różnie się to wszystko toczyło z ludźmi, którzy grali na saksofonach w naszym zespole. Pierwszy z nich nie był z Płocka, a później, kiedy po drugiej płycie przestaliśmy na chwilę grać, to automatycznie saksofonista też. Po reaktywacji po prostu już go nie było, bo wyjechał. Zostaliśmy więc w pięciu z klawiszowcem włącznie i taki jest ostateczny skład zespołu.

Podworkowi Chuligani lata 90. / Fot. MySpace


Powstaliście w 1997 roku, w okresie, kiedy punk rock miał już swoje lata świetności za sobą, a mimo to pierwsza wasza płyta „Powrót na ulicę”, stała się hitem wśród fanów tego rodzaju muzyki. Płyta zawiera tak kultowe kawałki jak: „Rude boy Janek”, „Chłopcy z ferajny”, „Dżordż Makowiec”,  Mój kumpel Joe”, „Halina”, „Dr Martens”. Jak Wy odbieracie dziś ten sukces? Jako zaprzeczenie kryzysu punk rocka czy jako jego odradzanie się?




Robert „Franz” Wudarski: Robiąc coś takiego jak „Powrót na ulicę”, nie zastanawialiśmy się, czy przez to punk się odrodzi, po prostu od samego początku robiliśmy swoje. Nie myśleliśmy, że trzeba coś nagrać, bo jest kicha i kryzys w punk rocku. Nie patrzyliśmy na takie rzeczy, my w ogóle byliśmy obok tego. Robiliśmy swoje, bez żadnego ciśnienia, żeby podążać za modą. Jest tysiące zespołów, które zrobią coś tylko dlatego, że to może się sprzedać.

fot. Anna Piątkowska


Artur Kania: Była też kwestia tego, że większość zespołów punk rockowych walczyła w swoich teksach o coś lub z czymś, a my po prostu mieliśmy wyjebane na te tematy. Franek pisał typowe brechtackie teksty, co też powodowało, że ludzie zwyczajnie z nich rechotali.


Robert „Franz” Wudarski: Zaczęli się z nami utożsamiać, bo dawaliśmy ludziom radość. Nie było dołujących tekstów - było alkoholowo, poetycko i nieprzemyślane. Taki był początek, beż żadnego wkręcania się w jakiś ruch punkowy. To był 1997 rok, ja wtedy słuchałem bardzo różnej muzyki, ale nie byłem zupełnie na etapie tworzenia zespołu, bo jest jakaś luka w punk rocku.



 To był przypadek, że trafiliście w taki czas.



Robert „Franz” Wudarski:
Dokładnie. Wszystko było na spontonie, począwszy od okładki.

fot. Anna Piątkowska

Artur Kania: Nie było wtedy jeszcze takich zespołów, więc mieliśmy szczęście, że wydawca nam tę płytę wydał.



Robert „Franz” Wudarski: Szufladkowano nas od samego początku. Mówiono, że gramy jakieś ska-punk potem, że ska, a my nie gramy ska, tylko „ciapanego punka”. Ja nie lubię szufladkowania. Teraz robimy street punk, oi!, ska - jesteśmy cały czas w tym klimacie. Dla nas liczy się przede wszystkim zabawa.


Artur Kania:
Jeśli ludzie nas szufladkują, to niech tak robią. Najważniejsze, żeby im się podobało jak gramy. Jeżeli jest odbiór, to nas to po prostu rajcuje.


Wiele zespołów coveruje wasze kawałki. Dla fanów gatunku jesteście jeszcze nie legendą, ale formacją w jakimś stopniu kultową. Czy jesteście tego świadomi?



Robert „Franz” Wudarski: Jesteśmy tacy sami jak każdy, nie zadzieramy nosów. Nie uważamy się za kapelę kultową czy legendarną, to inni o nas tak mówią.


Artur Kania: Słuchając muzyki na you tube zetknąłem się z naszymi coverami. Jeśli jakieś zespoły grają nasze kawałki, to miło nam. Fajnie słyszeć, że ktoś gra nasze kawałki, bo to znaczy, że jakieś tam piętno odcisnęliśmy w polskiej muzyce, skoro ludzie o nas pamiętają.


fot. Anna Piątkowska

Robert Franz” Wudarski: Miałem taką sytuację, wsiadając kiedyś do autobusu z Torunia do Płocka, że tuż za mną jakiś małolat, nagle wyjął dwie pałeczki i krzyknął „O kurwa! Franek! My „Rudboy'a Janka” coverujemy!”. To było bardzo miłe (śmiech).





W Anglii graliście już kilka razy, macie zapewne jakieś własne obserwacje tutejszego rynku ska. Jak wypada angielskie ska w porównaniu do polskiego? Czy nie stało się przypadkiem gatunkiem uprawianym przez skinheadowskich starców (The Specials, The Selecter, The Beat, Bad Manners)?





Artur Kania: Widziałem kiedyś na DVD koncert plenerowy grupy Madness z „Madstock”. Widać tam spory tłum, ale nie wiem, jak to w klubach wypada. Moi znajomi z Anglii mówią, że kiedy chodzili na koncerty ska, to przychodziło sporo ludzi. Na nasze koncerty w większości przychodzą Polacy. Trochę szkoda, że nie ma Anglików, bo skoro już tu jesteśmy, to też chcielibyśmy dla nich zagrać, żeby usłyszeli naszą muzykę i ją porównali ze swoją.


Robert „Franz” Wudarski: W zeszłą środę graliśmy z The Toasters w Warszawie. Mam takiego kumpla, który sprowadza te wszystkie pierwszoligowe zespoły od Agnostic Front zaczynając i zapytałem się go, podobnie jak ty nas teraz, jak stoi punk i ska? On mówi: „Zobacz Franek, w 2013 roku do CDQ w Warszawie, zespół The Toasters przyjechał dwupiętrowym autobusem razem ze swoim supportem. W tym roku jest tylko wokalista i gitarzysta. Wzięli do tego z Europy ludzi ze Scarface i gnieżdżą się w małym busiku”. Scena punk i ska kuleją i jest coraz gorzej. Takie zespoły jak Bad Manners to legendy, które się wszędzie wpasują.



Jak to wygląda u nas w kraju?



Robert „Franz” Wudarski: Vespa ostatni koncert gra teraz, a potem się rozstają na chwilę. Las Melinas gra dalej. Podobnie Pomorska 68, 3CITY, Stompers - te zespoły mieszczą się w klimacie. Robią festiwal Ska Jamboree Gdańsk i jakieś pojedyncze koncerty. W Polsce brakuje festiwali i knajp, gdzie gra się muzykę ska, dlatego często grasz na festiwalach z zespołami metalowymi, czy z innymi. A po drugie, nie pokażesz się, bo nie ma gdzie.




Dlatego też muzyka ska jest często pokazywana na festiwalach reggae.



Robert „Franz” Wudarski: Dokładnie, bo to do siebie pasuje.


Artur Kania: Jeszcze dwa czy trzy lata temu był u nas w Płocku organizowany reggae festiwal „Reggaeland”, gdzie oczywiście były zapraszane zespoły ska, ale przeważały reggae. Wystąpił tam The Selecter.


Robert „Franz” Wudarski: Nie znajdziesz takiego miejsca w Polsce, gdzie byś poszedł do baru, gdzie są rudeboy'e.


Artur Kania: Może jeszcze na południu Polski. W większych miastach coś się kręci.



Często wpadacie grać do Londynu, a gdzie jeszcze gracie oprócz Polski?



Artur Kania: Jakoś tak wypada, że co roku jesteśmy w Londynie. Graliśmy też w Niemczech, w Czechach i na Litwie.



Jak się wam grało na Litwie?



Robert „Franz” Wudarski: Mój znajomy zaprosił nas do Wilna. Tam jest teraz taka scena punka jak u nas ze dwadzieścia lat temu. Na wschodzie są ludzie spragnieni muzyki. Tam się kotłuje. Scena wschodnia jest bardzo ciekawa. Na Białorusi jest mocna scena punkowa, tam dużo ludzi ucierpiało, przez „pana z wąsem”. Pisząc do gościa, wyczuwam, że on nas tam chce, że ludzie chcą nas usłyszeć, żeby sobie fajnie poszaleć na koncertach, a więc trzeba im to dać. Zachód ma swoje zespoły i nie ma co się tam na siłę wpychać. My mamy swoją renomę i nie potrzebujemy jej udowadniać występami na zachodzie. Dla nas ważni są ludzie żądni przekazu, dlatego właśnie chcemy na ten wschód polecieć.



Podwórkowi Chuligani na przestrzeni lat istnienia miał swoje sukcesy i porażki. Jak te doświadczenia wpłynęły na to, co oferujecie swojej publice dzisiaj?






Artur Kania: Mogę powiedzieć, że teraz jest czas, kiedy nam się najlepiej gra. Jesteśmy doświadczeni. Wcześniej trochę inaczej do tego podchodziliśmy. Bywało, że graliśmy trochę na gazie... (śmiech). Teraz kiedy wychodzimy na scenę, dajemy z siebie sto procent, bo chcemy, żeby ludzie, którzy przychodzą, wyszli zadowoleni z naszego koncertu. Kiedyś jak byliśmy gówniarzami, mieliśmy wyjebane na takie sprawy.

fot. Anna Piątkowska

Robert „Franz” Wudarski: Zawsze dajemy przekaz, gramy na sto procent, choć już wiek nie ten (śmiech). Przykładamy się do tego, co robimy. Ludzie płacą za bilety, więc to wymaga od nas pełnego profesjonalizmu.



Przesłuchując wasze albumy, dwie ostatnie płyty, „Na pohybel!” oraz „Prowincjonalna Łobuzerka” zauważa się, że zespół dojrzał, zrobił się poważniejszy. Słychać to w tekstach, które nie są już tylko imprezowe. Jednym z takich poważnych kawałków jest „Okno na świat” z albumu „Prowincjonalna Łobuzerka”.



Robert „Franz” Wudarski: To jest tekst o pedofilii. Pamiętam jak w Berlinie kilka lat temu, nosiłem na kurtce znaczek „Stop Pedofilii”, to ludzie się ze mnie śmiali, a teraz ten temat jest aktualny. Nasze teksty są poważne, bo ja sam zrobiłem się poważniejszy.



Podwórkowi Chuligani kiedyś, a teraz to jest kompletnie inny zespół.



Artur Kania: Jeżeli chodzi o teksty, to masz rację.


Robert „Franz” Wudarski: Teksty i muzyka.




Zespół też bardzo przyspieszył swoje granie, jest ostrzejszy.



Robert „Franz”Wudarski: “Na pohybel!” była płytą bardzo ostrą. Zagraliśmy na niej na dwie gitary.




Najlepszy koncert, jaki dała grupa Podwórkowi Chuligani to....?



Artur Kania: Wszystko jeszcze przed nami chyba.


Robert „Franz” Wudarski: Albo za nami (śmiech). Myślę, że każdy nasz koncert jest inny. Najważniejsze, że się razem dobrze bawimy.

fot. Anna Piątkowska


Życzymy wam, żeby zawsze tak było. Dzięki za wywiad.



Artur Kania: Dziękujemy!


(c) Anna i Tomasz Piątkowscy



sobota, 19 października 2019

Anna Mysłajek: "Słuchaczem jest każdy człowiek, którego spotykam na drodze" (WYWIAD)

Pomysłodawcą i autorem większości pytań do niniejszego wywiadu był red. Sławek Orwat, dziennikarz muzyczny, twórca Listy Polisz Czart i bloga muzycznego Muzyczna Podróż. MuzykTomaniA za to miała wielką przyjemność uczestniczenia w koncercie Anny Mysłajek, który odbył się w krakowskim pubie Oliwa na Kazimierzu 8 marca 2019 roku. Koncert zachwycił nas profesjonalizmem na tyle, że już następnego dnia postanowiliśmy opowiedzieć o tym na antenie Radia Wnet w programie Muzyczna Polska Tygodniówka pod redakcją Tomasza Wybranowskiego. Dzień Kobiet stał się dla nas inspiracją do rozmowy na tematy bliskie płci pięknej, okazją do usłyszenia wielu interesujących, a także szczerych słów z ust tej sympatycznej i utalentowanej artystki. 

fot. Arkadiusz Tumidajski

Anna Piątkowska: Mówisz, że ważne dla ciebie są: muzyka, treści i emocje, które z tych na pozór błahych czynników powstają i przenikają do wnętrza. Od kiedy jesteś zanurzona w muzyce i za czyją sprawą?



Anna Mysłajek: Piętnaście lat już zajmuję się muzyką. Tak się teraz do siebie uśmiecham, bo dokładnie 30 marca skończę trzydzieści lat. Pierwszy raz wystąpiłam przed większą publicznością, kiedy miałam lat czternaście. Jak widać, już większą część życia robię to, co robię. Wiadomo, że nie od razu powstały teksty. Prawie szesnaście już lat występuję sobie na różnych scenach, jestem wokalistką, ale pisanie przyszło trochę później, musiałam do tego dojrzeć. Pierwsze śpiewałam covery, w wieku siedemnastu lat miałam przygodę z teatrem. Wykonywałam interpretacje tekstów, przede wszystkim Agnieszki Osieckiej, Barańczaka, co nie było dla mnie dość wygodne, więc sięgnęłam z moją instruktorką po teksty, które nie były jeszcze muzycznie „zrobione” jak na przykład Rafał Wojaczek i tak to się zaczęło. W wieku dziewiętnastu lat nagrałam pierwszą płytę autorską i od tego czasu nieustannie śpiewam tylko swoje, autorskie teksty. Zmieniali się ludzie, zmieniali się muzycy, zespoły, nawet style, ale uważam, że to wyszło tylko na dobre.


fot. Z archiwum MuzykTomaniA

Anna Piątkowska: Oshalala, Mono Liza i Buenos Agres. Jak spoglądasz na te projekty z perspektywy lat? Co ci dały, a co zabrały?

Anna Mysłajek: Oshalala i Mona Liza to jest ten sam twór. Występowaliśmy pod szyldem Anna Mysłajek i Oshalala. Później przemianowaliśmy się na Mono Lizę. Mono Liza jako mono dźwięki - jeden wokal, klawisz oraz perkusja. To było wtedy niesamowicie oryginalne. Jest to zespół, który mi został w sercu, jest tak odkuty, że aż mi słów brakuje, to było coś niesamowitego i odkrywczego. Do Buenos Ares zostałam zaproszona jako wokalistka, byłam osobą dochodzącą do zespołu. Skład tego zespołu zmieniał się diametralnie. Buenosi, a raczej ci ludzie zabrali mi najwięcej.


Anna Piątkowska: W jakim sensie?


Anna Mysłajek: Wszystkie te rozstania, które nastąpiły, były bardzo przykre. W tym momencie nie mam już żalu do nikogo, bo zajmuje się swoimi rzeczami, moją własną muzyką. Jestem czynna w tym, co robię. Niekiedy gdzieś tam w środku boli, że to się rozwaliło, taki potencjał. Niektórzy nie dorośli do bycia w zespole, teamie, tworzono sztuczne przeszkody, które tamowały rozwój kapeli...


Anna Piątkowska: Dziennikarz muzyczny Sławek Orwat recenzował twój album „Pamięć Psa", więc to pytanie jest od niego: Twoja płyta to ogromny szacunek Artysty dla Słuchającego, a ty dopełniłaś to słowami:  „Najważniejsi są ludzie. To oni swoją obecnością, a potem nieobecnością rysują linie życia: mojego, twojego, każdego." Czy podczas procesu jej tworzenia często myślałaś o tym, jak ludzie odbiorą twój przekaz? Jak postrzegasz swojego statystycznego Słuchacza? Kim jest? Czy to do Niego kierujesz słowa: „ Ty byłeś mi dobry każdego dnia i chcę być wierna ci aż po grób."





Anna Mysłajek: To jest to, co napisałam w mojej krótkiej autobiografii - oczywiście słuchaczem jest każdy człowiek, którego spotykam na drodze. To są moje chłopaki z zespołów, z poprzedniego i obecnego; to jest energia. Uważam, że każdy przesyła niesamowitą energię. Dlatego między innymi są rozstania, dlatego są płacze, dlatego są żale. Są i ogromne radości i szczęścia, jeżeli człowiek jest silny, jest zdeterminowany, wie, co chce robić, to nie ma bata - przychodzą następni ludzie, którzy jeszcze bardziej nas określają. Im jesteśmy starsi, tym bardziej jesteśmy naznaczeni, napiętnowani, bardziej zdeterminowani, świadomi tego, co chcemy robić. Dlatego właśnie jest ta płyta. Dla mnie nie ma „statystycznego słuchacza”. Ja odbiorcę postrzegam w ten sposób; choćby pięć osób przyszło na koncert, to ja ten koncert zagram na sto dwadzieścia pięć procent, bo w tym momencie to nie są przypadkowi ludzie. Jako osoba stojąca świadomie na scenie mam wytworzyć taką aurę, żeby oni zechcieli przyjść na następny koncert.
„Ty byłeś mi dobry każdego dnia i chcę być wierna ci aż po grób"- to nie do słuchacza. Jeżeli Sławek to tak interpretuje, to super i ma absolutnie wolną rękę do tego tekstu. Ja go pisałam z zupełnie innym zamysłem. Myślałam o mojej przeszłości, o moim zerwaniu i rozliczeniu się z muzyczną przeszłością, która gdzieś mnie dręczyła. Ten tekst był takim „wywaleniem kawy na ławę”, powiedzeniem, że wiem, kto przy mnie został i stoi wiernie jak pies, akceptując moje „ja”. To prawdziwi przyjaciele, których tak niewielu...
Tomasz Piątkowski: Czy ty bywasz bardzo pamiętliwa?


Anna Mysłajek: Potrafię wybaczać, ale wiele trzymam z tyłu głowy. Skupiam się na tym, co będzie, a nie na tym, co było.

fot. Paweł Bogacz


Tomasz Piątkowski: „Chodź, spróbuj mnie ogarnąć, jeśli możesz, dotykiem poznać całą, porzuć ten strach. Chciej budować mnie od podstaw i formować, doskonałą tobie mogę się stać...” [...] „Bądź mi głodem, co wypija mój sok, bym mogła tęsknic, dalej pragnąć i żyć! Jeżeli przyjdziesz właśnie po mnie, jeśli w ogóle jesteś, za krótko, by określić - wiem, bądź i zostać chciej...” To bardzo osobiste słowa. Mówią bezpośrednio o tobie, czy to jakaś twórcza obserwacja kobiet?


Anna Mysłajek: Dokładnie, to ja (śmiech). Teksty są bardzo osobiste i nie ukrywam tego. Z racji, że dzisiaj jest Dzień Kobiet, każdej kobiecie życzę przede wszystkim, żeby miarą kobiecości był jej mężczyzna.

Tomasz Piątkowski: Tęsknoty za ulokowaniem uczuć i rzuceniem się bez obaw w bezdenną głębinę dzikich namiętności - czy to jest sedno tego albumu i dlaczego tylu wygłodzonych uczuć ludzi chodzi dziś po świecie pełnym ludzi?



Anna Mysłajek: Na pewno jest w tym albumie pasja, miłość do tego, co się robi, do tego, co się pisze, do tego, co się chce przekazać. Natomiast jest coraz więcej samotnych, wśród tłumu - czas elektroniki. W dobie mediów społecznościowych zatracamy się coraz bardziej w swoich relacjach. Wierzę, że istnieją jeszcze ludzie, którzy szukają czegoś więcej oprócz filmiku na you tube, który na siłę ma wywołać kontrowersje. Kiedyś Krzysiek Grabowski z Pidżamy Porno powiedział mi: „Dziewczyno, zapamiętaj moje słowa. Kiedyś będzie się liczył tylko człowiek z gitarą.” Nie wszystko do tego zmierza, ale ja wierzę, że tak będzie. Kiedyś nagrywaliśmy w studiu jeszcze z Buenos Agres u Piotrka Męczka i Marcina Godlewskiego. Wiadomo jak to w studiu: poprawki powtórzenia, dogrania. Piotrek powiedział coś takiego, co bardzo mi się spodobało: „Kiedyś nie było tak, że każdy mógł sobie przyjść do studia. Jimmiego Hendrixa się zapytaj, ile razy nagrywał swoją partię gitar. Umiesz grać - to zostań! Nie umiesz - to wypierdalaj!” Jak słucham, w jakich warunkach dziś nagrywają, żeby tylko nie zapłacić dobremu realizatorowi lub nagrywają nieprzygotowani. Tutaj trochę gitary, tutaj trochę perkusji, tekst jeszcze niezrobiony — ja się za głowę łapię. Utwór powstaje przede wszystkim w głowie, ale co jeżeli nie ma go w sercu?. Teraz rządzi auto - tunes, dodawanie talentu. A na żywo? Widzimy pełno śniadaniówek, małowartościowych festiwali. Sylwestrów w Zakopanem i innego „badziewia". Rany boskie co się dzieje?! Mnie to naprawdę wkurza! Ludziom się płaci czterysta tysięcy za jeden kawałek, a oni przyjadą nie dość, że ubrani nieodpowiednio, to poruszają tylko gębą! Przepraszam, coś tutaj jest „nie halo"! Drażni mnie to dlatego, że to puszcza Polska Telewizja. Polska Telewizja, która powinna wspierać polską kulturę! Nawet nie wiem jak to nazwać. Dla mnie to nie jest sztuka, to jest jakiś odpad.


Anna Piątkowska: Jak oceniasz swój debiutancki krążek z perspektywy tych kilku miesięcy?


Anna Mysłajek: Dobrze (śmiech). Jeżeli człowiek nie ma takiego myślenia, że coś musi, to zawsze będzie wszystko fajnie. Nigdy nie zakładaliśmy żadnego ciśnienia. Większość koncertów, które graliśmy same do nas „przyszły”. Brzmi to dziwnie, nie? Z nikim się nie ścigamy, nie ma przymusów, nie ma żadnego rozliczenia się, że ktoś zagrał tak czy tak — jesteśmy kumplami. Na próbę przychodzimy i ona ma być przyjemnością, a koncert to już trzeba celebrować.


fot. Iza Gamańska



Anna Piątkowska: Na swoim koncie nie mam milionów dolarów, ale mam znacznie większy dorobek. Co masz na myśli?


Anna Mysłajek: W życiu nie o to chodzi, żeby przychodzić na osiem godzin do pracy, odbijać kartę i zarabiać nie wiadomo ile. W życiu trzeba się rozwijać Mam inną filozofię życia i uważam, że pieniądz to rzecz nabyta. To jest środek i tylko środek. Jest obecnie bardzo wiele różnych możliwości realizacji swoich pasji.






Anna Piątkowska: Czyli pasja jest twoim bogactwem.


Anna Mysłajek: Zdecydowanie. Powiedziałam swoim chłopakom z zespołu, że zawsze będę to robić i to bez względu czy z nimi, czy bez nich (śmiech). Gdyby zawsze dało się grać z nimi, to byłoby super, bo się znakomicie dogadujemy. Nie wiem, czy będę miała z tego zyski, czy nie, bo wiadomo, chciałabym im to wynagrodzić. Marzę, by grać jak najwięcej płatnych koncertów, bo każdy marzy o tym, żeby zarabiać na tym, co kocha. Niestety polskie realia są trochę inne.




Anna Piątkowska: Kto jest twoim największym autorytetem?  „Droga" to twoje słowo - klucz. Czy bardziej wiesz, co powinnaś robić, czy czego czynić już ci nie wolno. Dokąd zmierzasz Anno Mysłajek?


Anna Mysłajek: Oczywiście, że moja Mama, która jest niesamowicie silną osobą. I to ona mnie całkowicie wspiera w tym, co robię. Oczywiście bywają między nami jakieś utarczki i docinki jak na przykład sugestia, że „może byś się zajęła czymś normalnym” (śmiech). Jej siła wynika z jej życia, bo pokonała wielkie góry, żeby wychować mnie i mojego brata. Jest niezmiernie ciepłą, wspaniałomyślną, ufną i życzliwą osobą, która każdemu wyciągnie pomocną dłoń. Mama jest też moim pierwszym krytykiem (śmiech).

fot. Daro Dudziak



Anna Piątkowska: Czym jest dla ciebie kobiecość ?


Anna Mysłajek: Kobiecość to świadomość, że jesteśmy słabymi istotami, dlatego jest nam potrzebne wsparcie. Kobieta potrzebuje ramienia mężczyzny, silnego mężczyzny, który będzie ją wspierał, który będzie dla niej opoką na dobre i na złe. To jest ważne, bo może wszystko przeminąć, uroda, czyli to, co zewnętrzne, ale jeżeli facet patrzy na to, co jest w wewnątrz, to jest właśnie coś niesamowitego. Wszystkie moje teksty są pisane do drugiej osoby liczby pojedynczej. To nie jest nawoływanie o pomoc, ale o zrozumienie i skupienie. Kobieta ma mieć świadomość tego, że jest kobietą, a nie kimś innym. Pokazujmy tę kobiecość, to jest bardzo ważne w życiu.


(c) Anna i Tomasz Piątkowscy
Współpraca redakcyjna Izabela Sanocka

piątek, 23 sierpnia 2019

"Byliśmy oznaką wolności" - z Józefem Skrzekiem, legendą i ikoną polskiej muzyki rozmawiają Anna i Tomasz Piątkowscy.

Gdyby powstał ranking dziesięciu najbardziej legendarnych muzyków w historii polskiego rocka, Józef Skrzek bez wątpienia znalazłby się w jego czołówce. Założyciel SBB, jednej z najbardziej oryginalnych brzmieniowo grup w historii rocka progresywnego, kompozytor, multiinstrumentalista, muzyczny wizjoner i ikona. Można o nim powiedzieć więcej wielkich słów i żadne nie będzie przesadzonym określeniem dla jego talentu czy artystycznej osobowości. Wielu współczesnych artystów dwoi się i troi, aby uchodzić za gwiazdy muzyki, a Józef Skrzek należy to tych, którzy nie muszą tego robić, bo jego dorobek jest zapisany na stałe na kartach historii polskiej muzyki. Nie musimy dodawać, że Józef Skrzek jest największą gwiazdą, z jaką udało się porozmawiać MuzykTomanii. Cieszymy się ogromnie, że możemy się podzielić zapisem tej krótkiej, ale treściwej rozmowy, która odbyła się przy okazji HRPP Festival 28 października 2018 roku.

fot. Anna Piątkowska


Tomasz Piątkowski: Wystąpisz w duecie z Krzysztof Głuch Oscillate w ramach HRPP Festival 2018 w Toruniu. Jesteś tutaj pierwszy raz? 


Józef Skrzek/fot. Anna Piątkowska


Józef Skrzek: Gram dzisiaj ze składem ze Śląska: Krzyśkiem Głuchem, Andrzejem Ruskiem, Agnieszką Łapką... Jest to fajne spotkanie — drugie albo trzecie. Byłem na Śląsku, kiedy nagle wyciągnęli mnie do tego miejsca — więc w porządku (śmiech). Wiele razy bywałem w Toruniu, dość często w Planetarium, zwłaszcza za życia dyrektora Lucjana Józefa Broniewicza, który niestety nagle odszedł. Mam tutaj wielu znajomych, bardzo różnych. Pamiętam, że te spotkania zawsze były piękne. W Hard Rock Pub Pamela jestem pierwszy raz, a to dlatego, że mnie zaprosił ten skład ze Śląska, kiedy byłem z SBB w Ostrawie, a więc się pozbierałem i jestem. 



Tomasz Piątkowski: Skąd twoje zamiłowanie do syntezatorów i klawiszy? 


Józef Skrzek: Od małego byłem kierowany przez mamę na pianistę. Było oczywiście trochę śpiewania — jakieś śląskie pioseneczki i chóralne śpiewy. Z czasem okazało się, że lubię trochę inne barwy i brzmienia.
Od jakiegoś czasu dużo gram na organach piszczałkowych, do których dołączam syntetyzator albo moog. Kiedy żegnałem kumpli ze środowisk bluesowych np. Jurka Kawalca, w katedrze grały na zmianę organy i harmonijka ustna. Zupełnie jak Dawid i Goliat. To było fantastyczne brzmieniowo i myślę, że trafione w sedno! W tym przypadku były to pożegnania wszech czasów. Nawet Janek, mój brat stwierdził, że brzmienie jest wyjątkowe.



Tomasz Piątkowski: Które momenty w historii SBB uważasz za „historyczne”?


Józef Skrzek: Osobiście najbardziej pamiętam mój koncert urodzinowy w Roskilde, kiedy Mr Bob Marley z dziewczynami zaśpiewał mi „Happy Birthday” (śmiech). To było dla SBB wyjątkowe szczęście znaleźć się wśród tak znakomitych artystów. Zaczynaliśmy od piwnicznego grania (underground), co wtedy było dość mocne stylistycznie. Był to dla nas czas poszukiwania czegoś za żelazną kurtyną — przede wszystkim wolności. Kawałeczek tekstu napisany z pewnym kumplem polskiego pochodzenia z Londynu — Markiem Milikiem na serwetce w kawiarni „Freedom” spowodował polskie stwierdzenie o wolności. Miało to niesamowity wydźwięk, jeżeli chodzi o wszystkie koncerty za żelazną kurtyną. Kiedy graliśmy gdzieś w Europie czy na świecie, ludzie żyli wszędzie własnym życiem i tak zawsze było. My za żelazną kurtyną mieliśmy swoje perypetie, dlatego w tamtych czasach SBB było wznoszone wysoko przez publiczność polską, czeską i węgierską. Byliśmy oznaką wolności.




Tomasz Piątkowski: Był moment, że SBB miało szansę stać się gwiazdą o zasięgu globalnym. Co się stało, że jednak nie w pełni to się wam udało? 





Józef Skrzek: Nagle okazało się, że poszczęściło się nam w jakiś sposób. Być może trzeba było jeszcze wykonać parę ruchów zasadniczych. Jeśli bym nagrał muzykę do filmu „Shout" z Jerzym Skolimowskim i Tonym Banksem z Genesis — film był fenomenalny. Byłem wtedy zakontraktowany, miałem trasę europejską, a wszelkie kontrakty zobowiązują. Z Jerzym zrobiłem później muzykę do filmu „Ręce do góry". Oczywiście, gdyby to działo się na Wyspach, byłoby dużo lepiej, jeśli chodzi o show-biznes. Niestety taki jest ten zawód. Jak umiesz się w tym wszystkim poruszać i z kim się zadajesz — takim się stajesz.
Zostałem w Polsce, mam moją „ojcowiznę” i „bazę” na Górnym Śląsku. Tam, gdzie się urodziłem — tam mam pracownię. Urodziłem się „w doma" w sypialni i tam mam pracownię.


Tomasz Piątkowski: Jak wyglądała twoja współpraca z Czesławem Niemenem? 


Józef Skrzek: Wspaniale! Dostałem zaproszenie od Czesława Niemena, który przygotowywał się do nagrania z niemiecką wytwórnią CBS utworu „Dziwny jest ten świat” w wersji angielskiej. Świetnie zaaklimatyzowałem się w zespole, w którym już był Tomek Jaśkiewicz i Czesław Ratkowski. Podczas spacerów z Niemenem, zwierzyłem mu się na temat SBB. On wtedy zmienił taktykę, przyjął zupełnie nowy skład, nowy aranż - zrobiła się nowa grupa Niemen. Nagraliśmy „Strange is this world” dla CBS, czyli „Dziwny jest ten świat”, „Marionetki” z tekstami Cypriana Norwida, które Czesiek uwielbiał. Doszło jeszcze „Requiem dla Van Gogha”, a potem „Ode to Venus”. Wtedy też pierwszy raz zaśpiewałem z Czesławem. Tak sobie myślałem: „Czesław ma taki brylant w głosie i mam z nim śpiewać?” - ale zaśpiewałem (śmiech). Wielki szacun!




Tomasz Piątkowski: Album SBB “Za linią horyzontu”, który ukazał się dwa lata temu jest albumem wyjątkowym. Został nie tylko nagrany przez oryginalne trio, ale także wzbogacono go o wiele elementów współczesnych, co było dla fanów pewną nowością. 





Józef Skrzek: Jurek wymyślał, całą stylistykę i bardzo siedział przy tej produkcji. Będąc w Stanach, stwierdził, że tam tak grają, ale my raczej chcieliśmy zagrać po swojemu. Ta płyta jest zrobiona na życzenie Trójki i jest naszym kompromisem, próbą tego, czy siebie rozumiemy. W ramach zamknięcia kontraktu trzeba było nagrać płytę, to nagraliśmy ją we dwóch z Anthimosem. Brzmieniowo jest wyjątkowa, ale to jest nisza — progresywny rock na takiej granicy, której nie potrafię określić.
Niedawno dostałem wiadomość od Dyrektora Radia Opole, że 15 listopada ma wyjść koncertowe wydanie płyty SBB z Filharmonią Polską. Wystąpił na niej oryginalny skład: Ja, Piotrowski i Anthimos. To jest w dalszym ciągu muzyka w stylu osobliwym — w sumie cały czas była, tylko że ona najczęściej bywała trochę taka, jakie są mody. Niesamowita sytuacja! My nie gramy stale, mieliśmy dwie dekady pewnej luki - od lat siedemdziesiątych i dopiero w nowym wieku znowu zaczęliśmy grać. Z innym bębniarzem co prawda, bo Jurek próbował być w Stanach, gdzie dziś mieszka. Zespół się kula lekko. Czasami coś sobie zagra . Teraz będziemy grać 11 listopada w Warszawie, utwór „Dziwny jest ten świat”.


Tomasz Piątkowski: Czy można powiedzieć, że rock progresywny jest w Polsce gatunkiem będącym w zaniku?


Józef Skrzek: Zanika. Nie chwyta to, bo ludzie przerzucają się na disco polo, na bardziej „zjadalne” dźwięki typu bum bum bum i to się sprzedaje. Trudno jest dziś wyżyć  komuś, kto jest zawodowcem.

SBB (Józef Skrzek, Jerzy Piotrowski, Apostolis Anthimos /fot. Lesław Sagan, źródło: EAST NEWS

Anna Piątkowska: Popularność disco polo wynika z nachalnej promocji, czy popytu na taką muzykę?


Józef Skrzek: Jedno napędza drugie — ja bym to tak odebrał. Wchodząc w pewne rejony muzyki, trzeba mieć pomysł, wyobraźnie, żeby to było otwarte, a ludzie najczęściej traktują muzykę użytkowo – ona się „kula”. Disco polo jest raczej polkowe ale coś podobnego stylistycznie pojawiło się w każdym kraju. To jest muzyka „folkowa z młotkiem", tam leci np. „wlazł kotek na płotek...” i uderzenia młotka. Masz! Załatwione, po weselach idziemy grać (śmiech)! Nie spłycam tego jednak. Jest wielu fantastycznych artystów i tego trzeba się trzymać.


Tomasz Piątkowski: Jak się czuje ktoś, kto jest dziś uważany za wielką legendę i ikonę rocka w Polsce?


Józef Skrzek: Cieszę się, że żyję (śmiech).



Współpraca redakcyjna Izabela Sanocka
(c) Anna i Tomasz Piątkowscy

wtorek, 6 sierpnia 2019

DEB: "Świat oferuje o wiele więcej niż zniszczenie, wystarczy sięgnąć głębiej" (WYWIAD)

O naszej kolejnej rozmówczyni, Deborze DEB Siwak można powiedzieć na pewno to, że ma osobowość, jest utalentowana, odważna i nieprzeciętna. Nie brak jej też radości i entuzjazmu. Na pewno ma i zawsze miała wszystko to, co potrzebne, aby tworzyć i odnosić przy tym sukcesy. W lipcu tego roku dla przyjaciół i fanów wydała płytę zatytułowaną „Moja droga” będącą zapisem jej przemyśleń z okresu, kiedy wychodziła z najciemniejszych mroków swojego życia. Na początek swojej drogi muzycznej wybrała rap, choć, jak sama przyznaje, nie zamierza się  zamykać w przyszłości na inne gatunki, bo „ma w sobie z każdego po trochę". Na jej debiutanckim krążku znajdziemy nie tylko szczere do bólu  słowa i emocje, ale również prawdy i przemyślenia oparte na własnych przeżyciach. Prawdy o doświadczeniu prawdziwej wolności, miłości i Boga — tego osobowego, bo człowiek to nie tylko rozum, emocje i materia, ale również Duch, który pozwala patrzeć głębiej i sięgać dalej — poza wszelkie ograniczenia i zniewolenia, poza własne słabości i upadki.


DEB/ fot. Mirek Kraszewski

Jak to się stało, że zaczęłaś robić rap? To raczej nietypowa droga dla dziewczyny, bo wymaga nie tylko uporu, ale i charyzmy. Najczęściej kobiety i rap łączy jedynie to, że pojawiają się półnagie w teledyskach.

DEB: Jeśli chodzi o muzę, to zawsze starałam się być wszechstronna i nie zamykać się na jeden gatunek. Tworzyłam od dziecka i towarzyszyła mi w tym głównie gitara, na której najpierw nauczyłam się grać. Po czasie usiadłam za perkusją, a potem wzięłam bas do ręki. Rock idealnie pasował do mojego usposobienia, bo tłumiłam w sobie wiele emocji. Pogrywałam głównie "garażowo" z chłopakami w Gdańsku i trochę w moim rodzinnym mieście.  Potrafiliśmy zamknąć się w garażu na parę dobrych godzin i non stop improwizować. Takich kapel w moim życiu było kilka, większość z nich nie miała żadnej nazwy oprócz jednej, z którą graliśmy u nas, w Nowej Soli i nazywaliśmy się Wyłączeni Awaryjnie.

Fot. Facebook /Debora Siwak

Jeśli chodzi o rap, to odkąd byłam małą dziewczynką w głośnikach w naszym domu leciał oldschool. Mój najstarszy brat opowiadał mi o rapie i skąd się wywodzi subkultura hiphop. Ten rodzaj muzyki był u mnie zawsze w głośnikach, natomiast „wyrzuciłam go” z siebie, dopiero kiedy moje życie przewróciło się o sto osiemdziesiąt stopni do góry nogami. To rap pozwolił mi w jakiś sposób przetrwać moją trudną drogę, choć wcale nie myślałam wtedy o tym, co będę tworzyć. W tamtym momencie to ze mnie po prostu wychodziło. Siedziałam godzinami sama w pokoju i pisałam teksty. Znalazłam swój prywatny azyl.

Fot. Facebook Debora Siwak

Raperka jako nietypowa droga dla dziewczyny? Hmm… Szanuję kobiety z własnym stylem. Nie szanuję żadnego podtekstu seksualnego w teledyskach, czy gdziekolwiek indziej, poza własną sypialnią. Dla mnie jest to po prostu słabe i smutne, że świat muzyczny przyjmuje takie normy. Wszechobecna seksualizacja i uprzedmiotowienie kobiet, nie tylko w muzyce, ma według mnie głębsze dno. Większość co prawda nie widzi w tym problemu, ale później się wszyscy dziwią, skąd jest tyle gwałtów, zdrad, rozwodów i ogólnego braku szacunku do siebie. Wierzymy w wyimaginowany świat, który nie ma żadnych fundamentów, a sprawa jest banalnie prosta — zbierasz zawsze to, co zasiałeś.


Birmingham, to multikulturowa stolica Wielkiej Brytanii. Powiedz, jak się tutaj odnajdujesz. Skąd wzięłaś się w UK i dlaczego właśnie Birmingham?

DEB: Uwielbiam tę "multikulturę"! Mam korzenie cygańsko – polskie. Mój tata jest Romem, a mama Polką, a więc wyrosłam właściwie tak trochę w kulturowej mieszance. Nieraz doświadczyłam pomocy od ludzi z różnych krajów i kultur, tutaj w Birmingham, a więc nie powiem na nikogo złego słowa. Wiadomo, że ludzie jak wszędzie — bywają różni. Boli mnie rasizm. Zawsze wtedy przypomina mi się film „Więzień nienawiści” - bardzo życiowy. Polecam ten stary dobry przekaz. Do Birmingham trafiłam w momencie, kiedy postanowiłam zmienić wszystko i zdecydowałam się szukać Boga, odciąć od życia, jakie prowadziłam przez dziesięciu lat!. Poprosiłam przyjaciółkę, która oferowała mi pomoc o to, czy mogę przyjechać i u niej zamieszkać. Tak się znalazłam tutaj i jestem od półtora roku. Czasem podjęcie jednej prostej decyzji może wszystko w nas zmienić. Jeśli chcemy coś zmienić w naszym życiu, trzeba zacząć od zmian (śmiech).

Fot. Facebook Debora Siwak

Kilka tygodni temu po półtorarocznej pracy wydałaś album „Moja Droga”. Mówisz o nim: „Płyta pełna rozważań, metafor myśli, jak stawać się każdego dnia lepszym od samego siebie. Co pozwoliło — pomogło stanąć mi na nogi i wyjść po 10 latach z nałogu? Gdzie znajduje pokój, skąd czerpie nadzieję, gdzie szukam pytań i czy dostrzegam wdzięczność?”
Co się takiego stało w Twoim życiu, że się pogubiłaś na swojej drodze?
DEB: Wiesz, ja chyba za dużo oczekiwałam od ludzi, a prawie w ogóle od siebie. Wiadomo, że zawodziłam się przy tym za każdym razem, jak i zawodziłam Ludzi wokół mnie. Miałam swoje słabości, którym ulegałam. Uciekałam do babci i prosiłam, żeby się o mnie modliła, jak miałam swoje, jak na tamtą chwilę, ogromne dylematy nastolatki. Wszystko zaczęło się we mnie komplikować, kiedy moja babcia zmarła. Płakałam godzinami nad jej grobem do takiego stopnia, że nad nim zasypiałam ze zmęczenia, a potem znowu budząc się, płakałam. Borykałam się długo i nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić. Uciekłam więc w coś, czego nie znałam, a chciałam bardzo poznać – używki.

Fot. Facebook Debora Siwak
Tłumiłam w sobie ból i zamiast dać sobie pomóc, spróbowałam rzeczy, które mnie ciekawiły — byle się wyciszyć i uciec przed sobą. To mnie niestety pociągnęło w dół, przeczołgało przez dziesięć lat błądzenia i zatracania wszystkiego, co tak naprawdę było dla mnie ważne. Złamałam przy tym prawie wszystkie moralne zasady. Żyłam, udając, że wszystko jest ok. Dopiero teraz rozumiem ludzi, którzy mnie przed tym wszystkim ostrzegali. Szkoda, że tak mało się uczymy na cudzych błędach. Naiwnie myślimy, że jesteśmy inni i w naszym przypadku będzie inaczej. Gdybym tylko mogła cofnąć czas, to bym to zrobiła, bo śmiało mogę stwierdzić, że straciłam dziesięć lat ze swojego życia. Do dziś, każdego dnia niosę jarzmo konsekwencji. To walka, którą jak podejrzewam, będę toczyć już całe życie. Przestrzegam ludzi, bo chce im powiedzieć, że zamiast się męczyć — można po prostu wybrać wolność. Świat oferuje o wiele więcej niż zniszczenie, wystarczy sięgnąć głębiej. Warto o siebie zawalczyć i zadać sobie pytanie, w co inwestujemy każdego dnia i dokąd to nas doprowadzi.

W momencie, kiedy będziemy oddawać ten wywiad do publikacji polskim środowiskiem hiphopowym wstrząsnęła kolejna tragedia - nie żyje raper Raca. Wcześniej życie odebrał sobie Tomasz Chada. Teraz, po śmierci Racy, Bambo The Smuggler napisał na swoim profilu FB „Zdjęcia na Instagramie wyglądają ładnie. Wszystko jest w jak najlepszym porządku, wszyscy są piękni, młodzi, bogaci. Prawda jest zupełnie inna – samotni, szukający wrażeń w twardych narkotykach i przygodnym seksie przedstawiciele naszego arcypięknego kraju tworzą etos człowieka Zorro — to znaczy człowieka, który pod maską ukrywa swoje najgorsze demony. Mam myśli samobójcze, większość artystów ma. Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Nie bójcie się otwarcie powiedzieć o tym, co was trapi i co wam leży na sercu. Zróbcie to, zanim będzie zbyt późno...”
Czytając tego posta przyszła mi natychmiast na myśl twoja piosenka Szumi Bal Czym są maski w tym utworze? Z kim rozliczasz się, wytykając: „zakładacie maski na pyski”?

DEB: W stu procentach zgadzam się z tym, co powiedział Bambo The Smuggler. Smutne jest to, że dobro jest odbierane jako słabość. Czasem nie chcemy być asertywni tylko dlatego, by się przypodobać lub coś udowodnić. Pozostaje pytanie: gdzie w tym wszystkim jesteśmy my? Sprzedajemy się za czyjeś opinie. Potrafimy dla kogoś zrobić tak wiele, a sami ze sobą żyjemy byle jak. Wszystko, co budujemy, to opinie w oczach innych. Nie kochamy się, nie spędzamy ze sobą czasu, nie robimy tego, co kochamy i nie otaczamy się właściwymi ludźmi, bo boimy się samotności. Często spychamy się na drugi plan, a przecież... jesteś, żyjesz, pragniesz, marzysz, myślisz! Jak mówi Quczaj: "ukochoj się" - to klucz do twojego i mojego prywatnego szczęścia. Szumi Bal to prywatne sytuacje kierowane bezpośrednio do takich ludzi, do których mówię: bądźmy szczerzy, prawda boli, prawda wymaga, ale i uwalnia. Wciąż się uczę kochać bliźnich. Widzę ten cały paraliż emocji dookoła. Ciężko jest iść pod prąd. W Łap prawdy track cytuję: „Patrzę ludziom w oczy — otępiałe, niezrozumiałe. Potrafisz w nie spojrzeć czy szukasz aprobaty? Świat jest zniszczony — nie ujrzysz pochwały” Powrót do punktu wyjścia, to jest to moje „ja”, które buduje osobiście z Panem Bogiem, pomimo opinii innych ludzi. Choć czasem i ja muszę przyjąć prawdę na klatę i dać sobie ją czasem powiedzieć. Najważniejsze to żyć w prawdzie przed samym sobą. Dość już masek. Miałam ich wystarczająco dużo w życiu.

Fot. Facebook DEB
Memoria” -  jeden z moich ulubionych kawałków na płycie,  to wspólny numer nagrany z czeskim raperem, który tworzy pod pseudonimem OneFrejm. Wspominasz, że od tego zaczęła się Twoja droga z rapem. Potem nagrałaś jeszcze duet z Arci Baroyan, ale oprócz tego dwa razy zdążyłaś być supportem TAU. Raz w grudniu i raz w styczniu, w Londynie przy okazji „Beats of Mercy vol. 1”. Jak Ci udało doprowadzić do tych nagrań i występów?

DEB: Support przed Tau?! Wow! Ktoś, kto mnie zna dłużej, wie, ile ten raper dla mnie znaczy i jak ważne było dla mnie móc przed nim zagrać. To niesamowite, bo gdy jeszcze żyłam w nałogu, jego przemiana z Medium na Tau strzeliła we mnie jak piorun. Każda wydana płyta od Restauratora po Egzegezę — coś niesamowitego! Wielki szacunek, bo to mentor jakich mało w dzisiejszym świecie, szanuję całym sercem.
Fot. Facebook Debora Siwak
Pierwszy support wygrałam w konkursie. Szczerze mówiąc na odczepnego, wzięłam udział z pewną świadomością, że i tak nie mam szans (śmiech). Nie mogłam uwierzyć, kiedy dostałam wiadomość od jego DJ-a. Bilet na samolot kupowałam z dnia na dzień. Następny support zagrałam już w Londynie i zaproponował mi go sam Tau. Zgłosiłam się do organizatorów w tej sprawie zaraz po suporcie w Warszawie i się udało. Niesamowite przeżycie! Nie ukrywam, że mam cichą nadzieję co do wytwórni Bozon Records. Jeśli chodzi o pozostałe "featy", to co mogę powiedzieć? Arci - „megaotwarty” człowiek — polecam muzycznie! Dobre serduszko, zawsze mogę liczyć na jego wsparcie. Zgadaliśmy się, żeby razem coś nagrać. Ja miałam już zarys i poszło jak "z płatka". A czeskiego rapera OneFrejm — Pacia miałam tuż za ścianą, bo wynajmowaliśmy obok siebie pokoje. To był totalny spontan! Pozdrawiam Pacio!



Twoja muzyka "kręci się" wokół jednoznacznego przekazu. Można ją nazwać rapem chrześcijańskim, choć nie wszyscy lubią to określenie. Jak Ty określasz to, co robisz?

DEB: Cytuje rapera Anatoma: „Nie tworzę muzyki chrześcijańskiej. Jestem chrześcijaninem, który tworzy muzykę". Podpisuję się pod tym - "jakie życie taki rap”.

Mówisz: „płyta powstawała wraz z moim wstawaniem z kolan”, wspominasz, ile zawdzięczasz swojej mamie, która wsparła cię modlitwami. Płytą oddajesz trochę to, co dostałaś od innych, czyli wiarę, że podniesiesz się z kolan?

                   
    
DEB: Wiesz, to piękne, kiedy najbliżsi w ciebie wierzą. Taką osobą zawsze była moja mama. Ona się nie poddawała. Pamiętam, był okres, kiedy „poleciałam” strasznie i zaczęłam brać dożylnie. Odcięłam się zupełnie i nie miałam z nią kontaktu, pomimo jej zabiegów. Ona miewała sny, jak leżę i umieram, ale „wymodliła” mnie. Gdyby nie jej modlitwy i innych, to podejrzewam, że by mnie tutaj nie było. Modlitwa ma moc. Dzisiaj to ja chcę być wsparciem dla każdego, kto być może nie ma takiego szczęścia jak ja, gdzie „człowiek człowiekowi człowiekiem” jak pisał Borszewic. Patrzę z perspektywy życia, bo dopóki żyjesz — nigdy nie trać nadziei. Śmieję się czasem, że moje własne piosenki dodają mi otuchy w gorszych dniach, lubię do nich wracać. Chciałabym, żeby Ludzie, odsłuchując tej płyty, znaleźli żywe świadectwo kogoś, kto zaufał Bogu i się nie zawiódł. Nasz progres wymaga wysiłku, a nie życia wydarzeniami. Wszystkiego dobrego życzę.

Dzięki za wywiad. Wszystkiego dobrego.

Fot. Facebook Debora Siwak
MuzykTomaniA dziękuje Deborze Siwak oraz Mirkowi Kraszewskiemu za udostępnienie zdjęć na potrzeby niniejszego wywiadu. 

Rozmawiała Anna Piątkowska

(c) Anna i Tomasz Piątkowscy